piątek, 22 kwietnia 2016

"Światowe media donoszą, że prezydent pierdnął..."

Media społecznościowe,  być może bardziej niż sam internet, zupełnie zmieniły sposób w jaki konsumujemy informacje. Możliwe, że większość z nas właśnie tam, na Twitterze, Facebooku, Tmblerze, wpierw szuka informacyjnego ładunku. Nic w tym zaskakującego - wszystko zagregowane, podane w krótkiej, atrakcyjnej formie, tylko... jakie informacje trafiają do naszych feedów? Zupelnie abstrahując (tym razem) od sprytnych algorytmów wyrzucających nam spersonalizowane treści, sama specyfika powszechności tych narzędzi, sprawia że publicystą zostaje każdy mający dostęp do sieci. Tak egalitarna forma ma oczywiście mnóstwo zalet, niemniej brak reporterskiego zacięcia i dystansu sprawia, że "wiralne" stają się głownie treści emocjonujące oraz łatwe w konsumpcji. W taki oto sposób na wyciagnięcie ręki mam na swoim facebookowym wallu szereg informacji o tym jak Kukiz bluzgał w kuluarach na Zawiszę, co z ambony pierdolił Międlar, jakie bzdury wygadywał Waszczykowski, na próżno jednak szukać choćby informacji o TTIP czy CETA i dotyczących ich ustaleń poczynionych ewentualnie podczas konferencji Polish-American Investment Dialogue, w której niedawno uczestniczyła Premier RP. Trudniej też znaleźć jakieś wzmianki o projekcie Ustawy Antyterrorystycznej, która notabene trafiła, chyba nieco przypadkiem, w ręce organizacji Panoptykon, podczas gdy zdrowy rozsądek podpowiada, że wraz ze wspomnianą transatlantycką umową handlową, powinna być w centrum zainteresowania wszystkich obywateli, bo przecież będzie miała bezpośredni wpływ na ich życie. Inaczej niż majaczenie posłanki Pawłowicz i relacje miedzy Prezydentem RP a prezesem jego partii. Wydaje się, że sami w sobie taki konsumencki nawyk kształcimy, takie też informacje dostajemy rownież od mediów głównego nurtu - emocjonujące, nie rzeczowe.
Ta dominacja formy nad treścią, emocji nad wkładem merytorycznym, rzutuje rownież na nasze polityczne zaangażowanie, które bliższe jest kibolstwu niż uczestnictwu w organizowaniu życia społecznego (że tak idealistycznie to określę). Tym samym - pojęcie lewicy i prawicy zupełnie straciło na znaczeniu, gdy ludzie lewicowo wrażliwi obstają za szowinistycznym Leszkiem Millerem czy oddają głos na neoliberalną Platformę Obywatelską, prawica natomiast inwestuje w socjalizujące gospodarczo Prawo i Sprawiedliwość. W efekcie rownież projektowane pieczołowicie przez spin doktorów kampanie wyborcze są w rzeczywistości niczym innym jak sprawnie zrealizowaną kampanią reklamową grającą na naszych emocjach i usypiającą analityczny zew czy zdrowy rozsądek. 
Chciałbym wierzyć, że powstająca Rada Mediów Narodowych magicznie sprawi, że media publiczne, w odróżnieniu od tych komercyjnych, nie będą działały w imię wskaźników oglądalności i kapitału ręklamodawcow oraz akcjonariuszy, a publicznej misji. Z natury jednak jestem gościem "szklanka-do-połowy-pusta", więc pozostanę przy swoim rytuale codziennego przeszukiwania Twittera oraz śledzenia dodanych do readerów kanałow INFORMACYJNYCH oraz publicystycznych. Papkę zostawię sobie na weekendowy relaks.

piątek, 12 lutego 2016

Kurcząca się planeta

Pierwotnie tekst ten ukazał się w Zielonych Wiadomościach, wydał mi się jednak na tyle istotny, by powielić go na stronach mojego bloga. Problem błyskawicznie zaludniającej się planety i zasobów niewystarczających aby rosnącą populacje wyżywić, pojawia się w zarówno w prasie naukowej jak i w popkulturowej przestrzeni od dawna. Niewydolność czy wręcz szkodliwość obecnego systemu spożywczego zainteresowała świat stosunkowo niedawno, a rozpędu w ostatnim czasie nadał temu niewygodnemu tematowi świetny dokument Cowspiracy.
Poniżej zebrałem kilka faktów, istotnych jeżeli jako gatunek chcemy przetrwać bez konieczności znacznego ograniczenia antropopresji.

Publikacje takie jak  "The Future of Planet Earth: Scientific Challenges in the Coming Century" autorstwa United States Geological Survey (USGS) czy raport z serii  "Global Environment Outlook" autorstwa United Nations Environment Programme (UNEP) zgodnie ostrzegają, że utrzymanie dotychczasowego tempa wzrostu liczebności naszego gatunku sprawi, że oczekiwane 9 miliardów ludzi w roku 2050 będzie dla naszej planety wyzwaniem o wiele ponad jej możliwości. Możliwości produkcji pokarmu, dla którego przewidziana jest maksymalnie 38% powierzchnia planety, będzie znacznie poniżej potrzeb tak ogromnej populacji. Niewystarczające może okazać się również 54 miliardy ton tlenu produkowane corocznie przez rosnące na Ziemi rośliny. Poniżej potrzeb przeżycia i zachowania zdrowia jest również przewidywana ilość czystej wody przypadająca na każdego mieszkańca planety. Do ogromnej ilość produkowanych ścieków oraz odpadów przemysłowych, dodajmy jeszcze naturalną chęć dostosowywania stylu życia do standardów świata zachodniego, wraz z ich zapotrzebowaniem energetyczno-żywnościowym i The Hunger Games wydaje się sielanką.

Opublikowany ponad rok temu w "Proceedings of the National Academy of Sciences" artykuł podważa jednak, by ograniczanie przyrostu naturalnego, samo w sobie było szybkim i łatwym rozwiązaniem gnębiących ludzkość problemów. W chwili obecnej populacja ludzi wrasta równo o 1,2% rocznie, równocześnie populacja zwierząt hodowlanych wrasta w tym samym czasie o 2,4%. W prostym przeliczeniu, do wspomnianego roku 2050 planeta będzie musiała pomieścić dodatkowe 120 milionów ton ludzi oraz 400 milionów ton zwierząt hodowlanych. Przemysł hodowlany globalnie  zużywa 3/4 powierzchni gleby, na której uprawiane są rośliny przeznaczone do konsumpcji - co oznacza, że jedynie 1/4 z nich zjadana jest bezpośrednio przez ludzi. Uprawy na potrzeby hodowli zwierząt odbywają się często nie tylko kosztem roślinnego pożywienia mogącego zaspokoić potrzeby ludzi, ale i tropikalnych lasów zamieszkiwanych przez dzikie gatunki zwierząt. Tutaj pojawia się kolejna ofiara masowej hodowli zwierząt przeznaczonych do konsumpcji - wymieranie gatunków dzikich zwierząt. Następnym pokłosiem przemysłu jest znacznie zwiększone zużycie oraz zanieczyszczenie globalnych zapasów wody. Dla przykładu, do "wyprodukowania" kilograma wołowiny potrzebne jest 15400 litrów wody. Do wyhodowania takiej samej masy pokarmu roślinnego, na przykład kukurydzy, potrzeba 1220 litrów (czyli mniej niż 10% ilości zużywanej do produkcji mięsa) , ziemniaków 290 litrów itd. 
W samych Stanach Zjednoczonych, produkcja mięsa odpowiada za wytwarzanie ilości ścieków 13 razy większej niż ta wytwarzana bezpośrednio przez populację ludzi.
Dodajmy do tego gazy cieplarniane (dwutlenek węgla oraz metan), wytwarzane poprzez hodowlę zwierząt w ilości większej niż sumarycznie produkowane przez przemysł samochodowy, samolotowy i pozostałe formy transportu, a okaże się, że wybór tego co jemy, dla przyszłości naszej planety znaczy tak samo wiele jak planowanie rodziny czy transformacja energetyczna.







piątek, 9 października 2015

"Największa" zaleta JOW

O tym w jaki sposób zastąpienie ordynacji proporcjonalnej większościową (czego wymagają Jednomandatowe Okręgi Wyborcze) wpłynie na obniżenie reprezentacji różnych grup społecznych w parlamencie, zapisano całe arkusze. Każdy - czy to zwolennik, czy przeciwnik tego systemu, wie już, że do parlamentu w Jednomandatowych Okręgach Wyborczych dostaje się "pierwszy na mecie". Zazwyczaj będzie to osobnik wywodzący się z partii na tyle dużej i bogatej, że mógł pozwolić sobie na lokalną akcję promocyjną i wryć się świadomość wyborców ze swojego okręgu. W takim wypadku interesy grupy wyborców kandydata dobiegającego do mety nawet jako drugi, mogą co najwyżej być przedmiotem dyskusji publicznej (dzięki mediom - głównie internetowym) natomiast mniejszą szansę mają stać się tematem sejmowych projektów i legislacji. Zwolennicy natomiast, uznają ten fakt za ofiarę wartą by wyborcy mogli oddać głos na znanego sobie kandydata, a ten był odpowiedzialny bezpośrednio przed nimi. Idea o tyle piękna, co rozmywająca oraz idealizująca rzeczywiste procesy polityczne.
Ten koronny argument, uznawany nawet przez przeciwników JOWów, czyli głosowanie na człowieka zamiast na partię, jest w moim odczuciu o tyle nie trafiony, że to właśnie partia jest platformą polityczną, która przez narzędzia jak na ten przykład dyscyplina partyjna, kreuje w jaki sposób posłowie i kluby parlamentarne pracują w Sejmie. To zwykle partie mają program (choć to zdaje się wychodzić z mody, na rzecz nośnych haseł i populizmu) a twarze pojawiające się w kampanii wyborczej mają być jedynie jego nośnikami. Gdy w ławach sejmowych dochodzi do głosowania, znaczenie ma zazwyczaj spójna polityka partyjna, nie aparycja naszego reprezentanta.
Czym różni się kampania partyjna od kampanii personalnej, widać dosyć dobrze na przykładzie wyborów prezydenckich. Jakkolwiek silne, wyraziste osobowości są atrakcyjne medialnie, plebiscyt zajebistości bardzo często odbywa się kosztem merytorycznej dyskusji. Odpowiedzialność przed wyborcami? Ciekawe jak często wyborcom zdarza się choćby napisać maila do jednego z posłów czy senatorów ze swojego okręgu. Nie bez powodu biura poselskie nie mają ogromnych poczekalni i rozbudowanego systemu umawiania spotkań z wyborcami. Po wrzuceniu głosu do urny 7/8 wyborców ma w dupie politykę, robiąc wyjątki dla rodzinnych kłótni przy imieninowym stole. Nie jestem przekonany, że ograniczenie do jednego mandatu per okręg w tej relacji cokolwiek mogło by zmienić.

środa, 16 września 2015

Nie chce mi się więcej dyskutować o imigrantach



Od niemal miesiąca, polski internet po brzegi wypełnił się opiniami specjalistów od bliskowschodniej polityki. Od idiotów, którzy uciekających przed wojną domową uchodźców, chcą wysyłać do obozów koncentracyjnych albo topić w morzu (nad kretynami prezentującymi podobne poglądy nie warto się pochylać), po strategów, którzy chętnie przyjęli by kobiety i dzieci, silnych zdrowych mężczyzn jednak, odesłali na front aby walczyli - niczym Polscy bohaterowie z popularnych t-shirtów noszonych przez patriotyczną młodzież, o wolność swojej ojczyzny. Taki pogląd, zdaje się być nacechowany arogancją i zupełnym niezrozumieniem sytuacji w Syrii i na Bliskim Wschodzie w ogóle.

Geopolityka, w wersji lite - nie trzeba wertować wiadomości wojskowo-politycznych by mieć podstawową świadomość tego, co aktualnie dzieje się np. w Syrii. Spoglądając na stronę Wikipedii można szybko zauważyć, że nie jest to wojna czarno-biała, tych złych z tymi dobrymi. Nie jest to wojna zgodna z wyobrażeniem polskich patriotycznych romantyków. Jest to konflikt, w który zaangażowanych jest wiele stron, często odmiennych kulturowo, religijnie czy etnicznie. Organizacje islamskie, Kurdowie, Szyici, Sunnici, Chrześcijanie, rebelianci, stronnicy al-Asada. Nawet będąc Syryjczykiem, odważnym i zdecydowanym ginąć za ojczyznę, miałbym chyba spory problem z tym, komu dać się zabić.
Aroganckie bohaterstwo - rozumiem, że zalew biało-czerwonych koszulek z Polską Walczącą przy akompaniamencie nośnych hip-hopowych hitów patriotycznych dodaje skrzydeł odwadze, ale porady kto i za co powinien umierać, z pozycji mieszkańca kraju plasującego się w czołówce najbezpieczniejszych i dostatnich państw świata, brzmi arogancko. Ludzi, którzy mają praktyczne pojęcie czym jest wojna, można by pewnie zebrać w jednej sali gimnastycznej większego liceum w Krakowie, reszta co najwyżej grywała w Medal Of Honor. Proszę więc - nie róbcie sobie wstydu.
Memy - popularne na Facebooku obrazki, naładowane bardziej emocjami niż logiką, to doskonałe narzędzie manipulacji, na podstawie którego powstaje szereg paszkwili publikowanych również w tzw. "prawicowej" prasie. Flaga ISIS wśród grupy uchodźców, zdjęcia agresywnych Muzułmanów taranujących europejskie granice - wystarczy przeciągnąć zdjęcie do okna wyszukiwania grafiki Google, ustawić datę sprzed 2015 i zobaczyć jakimi bzdurami karmi nas Internet, podsycając strach a w efekcie nienawiść.
Hidżra - czyli w tradycji Islamu ucieczka przez prześladowaniem i terrorem, przedefiniowana w Internetach jako sprytna strategia “inwazcji poprzez imigrację”. Oczywiście można swą paranoję popchnąć jeszcze dalej i wierzyć, że Tatarzy, żyjący w Polsce od czasów gdy nasza ojczyzna była jeszcze kolebką multikulturowości i tolerancji w Europie (ehh..), są uśpionymi agentami ISIS. Niemniej strach niemal 40 milionowego, nowoczesnego i bezpiecznego kraju przed niespełna 3 tysiącami (!) uchodźców, to jakiś obłęd.
Projekt Multikulti - marginalizacja mniejszości etnicznych i religijnych z jednej strony, strach przykrywany tzw “polityczną poprawnością” z drugiej, to nie jest najlepsza strategia na integrację kulturową. Błędy Francji czy Anglii mogą jedynie wzbogacić nasze podejście do tego ambitnego projektu. Mamy również tradycję Rzeczpospolitej Obojga Narodów, owocem której we wschodniej Polsce mieszkać może jeszcze  do 3 tysięcy (resztę w latach 40-tych zeszłego wieku, wybił wąsaty bohater części uczestników patriotycznych pochodów..) doskonale zintegrowanych Sunnitów. Nie słyszałem o Szariacie w Rzeszowie ani o zamachowcach-samobójcach w Białymstoku.

Rasizm, nacjonalizm, ksenofobia to różne określenia na jeden mechanizm. Mechanizm uproszczenia i uogólnienia. Sposób na dopasowanie skomplikowanej rzeczywistości do prostych, czarno-białych  szablonów myślowych. Uogólnienie, które wciska ludzi w ramy naszych wyobrażeń: Cygan - złodziej, Arab - terrorysta, Polak - cebulak. Tak jak ja nie czuję się szczególnie związany z ludźmi broniącymi krzyża na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, tak zapewne prowadzący zagazowany po faszystowskiej demonstracji falafel Mahmoud Rai, nie czuje związku z libańskimi terrorystami.
Ten mechanizm, często wynikający z intelektualnego lenistwa, czasami z emocjonalnego impulsu, boli również przy okazji antyfaszystowskich, tolerancyjnych przyjaciół, którzy zapominają czasami, że brak szacunku dla ludzi narodowości polskiej (“cebulaków”) to po prostu forma nacjonalizmu.

Jeżeli oceniać ludzi, to po czynach lub słowach (a i tutaj zachował bym pewien dystans) nie po przynależności etnicznej, kulturowej czy narodowej.

środa, 29 lipca 2015

"Zjednoczeni Stoimy, Podzieleni Padamy"

Narzekanie na kondycję "sceny" hardcore punk jest jednocześnie popularną formą luźnych pogawędek po koncertowych, jak i materiałem do kontestacji dla tych bardziej niezależnych, scenowych myślicieli. Ponieważ punkt widzenia może w sporym stopniu zależeć od tego w jakim zespole grasz, albo na jakie koncerty chadzasz, zaznaczę, że opisuję swoje subiektywne odczucia i swoje zeń związane refleksje.

Dla mnie tendencja ujemna na koncertach hardcore punk rozpoczęła się gdzieś ok. roku 2010-2012. Czyli mniej więcej wówczas gdy zdecydowaliśmy zakończyć "karierę" zespołu. Co prawda rok później stęskniliśmy się za sobą i za graniem na tyle, by powrócić w odświeżonym składzie, świeżą nazwą i przemodelowanymi oczekiwaniami. Teraz, to co utwierdza mnie w przekonaniu o spadającej kondycji tego bajzelku, to fakt że miejsca które odwiedzaliśmy 5-8 lat temu, wypchane wówczas rozentuzjazmowaną młodzieżą, teraz świecą pustkami urozmaiconymi wytrwałymi, lecz nieco już znudzonymi weteranami sceny. Przyczyn może być setki - począwszy od tego, że jesteśmy po prostu słabym zespołem, a na niesprzyjającej demografii kończąc. Jako że wakacje to czas sprzyjający różnym punkowym spędom, było ostatnio sporo okazji by wspólnie ponarzekać - refleksje jakie wykluły się w efekcie, nie będą pewnie szczególnie zaskakujące, ale dla spokojnego sumienia, warte spisania.

Z jednej strony, od długiego czasu w punkrocku brakuje mi czegoś, co do tej pory odróżniało tą scenę od wszystkich innych - idee, wartości, odpowiedzi na potrzebę buntu. Bez nich, hardcore punk staje się kolejnym gatunkiem muzycznym, często na dosyć słabym poziomie. Ową bezideowość zdają się podkreślać rozmaite, popularne zespoły - ich prawo. Jedną z wartości tej sceny zawsze była spora swoboda dla prezentowanych na niej poglądów. Manifestowanie, że w hardcore chodzi o dobrą zabawę i muzykę sprawia jednak, że ta scena nie oferuje kompletnie niczego atrakcyjniejszego niż jakakolwiek inna scena, skupiona na muzyce i zabawie.

Z drugiej strony, od jakiś 10 lat da się zauważyć w scenie coś, co nazwał bym ujednolicaniem wydarzeń scenowych. W Krakowie, gdzie mieszkam, długi czas w różnych klubach, różni organizatorzy robili koncerty posegregowane tematycznie. Z jednej strony crustowe, screamowe, tzw. "zaangażowane" koncerty, z drugiej gigi hardcorowych, straight edge-owych hord, kolejne tough-guy hc, jeszcze inne to klasyczny punk czy tzw. metal core. W efekcie pomiędzy pierwszymi trzema rodzajami imprez zdarzały się migracje publiczności, kolejne dwa natomiast, były już dosyć szczelne. Pamiętam kilka lat temu, gdy chciałem zobaczyć się z moimi przyjaciółmi z Angelreich, czy Odszukać Listopad, na ich koncertach widziałem masę dzieciaków, których nigdy nie widziałem na innych koncertach.
Wydaje się, że takie uporządkowanie jest na korzyść wszystkim: organizatorzy układają line-up pod zaproszoną "gwiazdę", na koncert przychodzą wyłącznie zainteresowani, zmniejsza się też ryzyko ewentualnych nieporozumień wśród "fanów" różnych nurtów hc punka. Dla odbiorców również łatwiej jest pójść na koncert, gdzie zobaczą wyłącznie interesujące ich kapele. Wydaje się, że to absolutnie słuszna linia ewolucji. Ja jednak myślę, że jest zupełnie inaczej.
Nigdy nie chciałem zamykać się w konkretnym nurcie hardcore. Sporo moich znajomych jest zaskoczona, że lubię zarówno Madball, Econochrist, G.I.S.M., Zielone Żabki czy Lagwagon. Ale bez czerpania ze wszystkich źródeł punkrockowych, już dawno stracił bym zainteresowanie tą muzyką. To jest właśnie moja obawa - dzieciaki które wchodzą w scenę, albo w jedną ze "scen" około punkowych, nastawiają się często na konkretny nurt grania, co w naturalny sposób po kilku latach zaczyna być nudne (ile kopii Madball, Youth Of Today czy Discharge można przesłuchać..). Sporo z nich po tym okresie zachwytu, w najlepszym razie szuka innych nurtów, w najgorszym (a co z moich obserwacji wynika - najczęstszym) odpada i szuka swojego miejsca zupełnie gdzie indziej.
Kolejna strata przy takim rozdrobnieniu punkrocka, to strata w warstwie pozamuzycznej. Widać do dosyć wyraźnie w scenie metal coreowej, gdzie idee takie jak D.I.Y. (czyli niemal absolutny fundament hardcore-a), wegetarianizm, ekologia zostały zupełnie wyparte ze świadomości "fanów". To spora ironia, bo przecież to "ojcowie założyciele" tego stylu grania hardcore (Earth Crisis, Morning Again czy nawet późne Black Flag) bardzo mocno podkreślali swoje przywiązanie do idei "more than music".
Wypłowienie imprez punkowych, to zasadniczo kolejny element ułatwiający, czy wręcz zmuszający organizatorów do rozbijania imprez względem stylu grania kapel nań grającym. Cóż bowiem może łączyć ze sobą kapele zupełnie różnych nurtów, nie mających również wspólnego, ideologicznego mianownika? Na imprezach takich jak Fluff Fest, gdzie grają kapele na pierwszy rzut oka z kompletnie różnych bajek, cementem klejącym całą tą konstrukcję jest idea, dyskusja, zaangażowanie w kwestie praw zwierząt, praw ludzi, politykę, straight edge. Dla mnie hardcore punk, bardziej niż scena muzyczna, to platforma, na której można zaprezentować różne muzyczne pomysły, oparte na wypracowanych fundamentach, ale jednak wnoszące również jakąś nową jakość. Platforma na której poza muzyką możemy dzielić się również ideami i pomysłami.

Nigdy nie myślałem, że ten banalny frazes: "united we stand, divided we fall" okaże
się dla mnie tak istotnym motto. Cieszę się, że są organizatorzy koncertów - również w moim mieście, którzy nie boją się zaryzykować i robią imprezy skupiające wszystko co w hardcore punku najfajniejsze - zarówno muzycznie jak i światopoglądowo. Jeżeli ta scena przetrwa kolejne lata, to właśnie dzięki ludziom takim jak oni.

sobota, 16 maja 2015

Dyskusja

Żyjemy w bardzo spolaryzowanych społeczeństwach. Większość z nas ma silną opinię na krążące w dyskursie publicznym kwestie. Osoby nawet zupełnie niereligijne (często anty religijne), z bigoteryjnym zacietrzewieniem stoją za dogmatami, w które święcie wierzą. Często sam jestem temu winien, szczególnie w kwestiach, które traktuję emocjonalnie - vide prawa zwierząt. Posiadanie silnych poglądów i wokalizowanie ich nie jest naturalnie niczym złym i niestosownym. Istnieje natomiast cienka granica pomiędzy przekonaniem do swoich racji i próby ich bronienia w dyskusji, a dewocją i dogmatyzmem, który zamyka nam uszy i oczy na jakiekolwiek obce racje - a w takim przypadku, ciężko określić przerzucanie się z kimś argumentami (a często inwektywami) mianem dyskusji.
Szczęśliwie i zarazem nieco nieszczęśliwie, czasy w których przyszło nam żyć to epoka szybkiej, łatwo dostępnej informacji. Wyciągnij rękę a złapiesz w garść taką ilość wiedzy, że trudno Ci będzie ją udźwignąć. Cała mądrość wypracowana przez miliardy ludzi jest tuż za ekranem komputera, tabletu, smartfona. Dwa kliknięcia stąd znajdziesz argumenty do każdej, prowadzonej przez siebie dyskusji czy też sprzeczki. Szczęśliwie, bo wiedzę, której nasi przodkowie nawet nie mogli powąchać, przy odrobinie farta i poświęconego czasu mogli jej ułamek wydobyć z książek (to taki papierowy relikt minionych czasów), my mamy nanosekundy od siebie. Już nawet nie musimy zasiadać do Teleekspresu, żeby z wujkiem posprzeczać się w związku z ostatnimi wyborami - zarówno ja, jak i wujek mamy potrzebne nam informacje, często nacechowane publicystycznie, w tysiącach newsfeedów na portalach internetowych. Nieco nieszczęśliwie jednak, każdy z nas dotrze do innego, spersonalizowanego newsfeeda. Jeżeli mieliście okazję trafić na książkę The Filter Bubble Eliego Parisera, ewentualnie znacie jakieś jego publikacje, wypowiedzi, na pewno znany Wam jest termin "bańki informacyjnej". Termin ten określa sprytne algorytmy, działające m.in. w wyszukiwarkach Google, Yahoo, na portalach społecznociowych Facebook, Twitter, Google+, czy też w serwisach informacyjnych, które często robią z tego oficjalną zaletę produktu (np. Zite - aplikacja do agregowania newsów, na tablety i smartfony). Algorytm, który na podstawie śladów zostawionych przez nas na różnych portalach (często przetrzymywanych w naszych przeglądarkach internetowych, w formie pliku cookie) buduje pewien obraz użytkownika i zestawia treści spersonalizowane - specjalnie dla Ciebie. Fajnie. Gdy w kłótni na temat globalnego ocieplenia, wklepię hasło "argumenty globalne ocieplenie" w Google, otrzymam szereg naukowych publikacji oraz opinii opowiadających o zagrożeniach oraz antropogenicznych źródłach ocieplenia klimatu. Mój oponent natomiast, wklepując dokładnie to samo hasło, otrzyma zupełnie inne zestawienie wyników - popierające jego tezy. To jest moment w którym oboje znajdujemy się w ideologicznym klinczu i to co dzieje się dalej, ciężko nazwać dyskusją.
Odbiciem spolaryzowanego oraz zideologizowanego społeczeństwa, są też jego, tak zwani przedstawiciele - politycy, budujący swoją tożsamość na głośno wypowiadanych frazesach i słownych utarczkach z przeciwnikiem. Miejsce gdzie dyskusja i konsensus jest potrzebne, można by rzec, że są one pewnego rodzaju niezbędnikiem demokracji, zostały zastąpione przez dogmatyzm i upór.
Pamiętam w szkole podstawowej, na lekcjach Wiedzy o Społeczeństwie uczono mnie, że jedną z podstawowych zasad dziennikarstwa jest bezstronność. Że dobrze napisany tytuł i nagłówek artykułu, to taki który nie wartościuje i nie sugeruje opinii. Dzisiaj wystarczy włączyć TVN24 czy Polsat News (czy inny, dowolny kanał informacyjny) aby usłyszeć jak redaktorzy ostentacyjnie i bez ogródek prezentują swoje sympatie oraz antypatie względem opisywanych zdarzeń czy osób.

Dyskusja powinna dawać nam możliwość znalezienia wspólnego mianownika, możliwość odkrycia wspólnej drogi i pójścia nią na przód. Przerzucanie się argumentami, bez poświęcenia odrobiny uwagi rozmówcy, przypomina raczej przeciąganie liny - jeśli siły są wyrównane, to zostaniemy w miejscu, po dwóch stronach retorycznego frontu. Jakkolwiek ważnym jest by posiadać swoje opinie i dzielić się nimi, warto czasami uwierzyć, że inny punkt widzenia może wzbogacić naszą wiedzę a nie zagrozić naszej tożsamości.

niedziela, 10 maja 2015

Reżim w dobie mediów społecznościowych

Jako że publicystyka nie wychodzi mi być może tak dobrze jak Chrisowi Hedges-owi, dzisiaj postanowiłem zmierzyć się z political fiction.




Przy okazji wyborów, przyszedł mi do głowy taki o to scenariusz:
a co by było, gdyby któryś z kandydatów, któremu uda się zdobyć ..ekhm.. zaufanie społeczne pod postacią oddanych nań głosów, okazał się mieć jaja tak duże, że pojutrze rano większość dotychczasowych ministrów staje przed Trybunałem Stanu i nad nadwiślański kraj nadciąga upragniona sprawiedliwość? Jegomość ten ma spójną i jednorodną wizję tego jak ma funkcjonować państwo i nie zawaha się wcielić jej w życie. Podobne przewroty miały już w historii miejsce, więc można by się do nich ewentualnie odwołać. Mamy więc lojalnych sekretarzy stanu, ludzi honoru z klarownymi poglądami i silnym poczuciu lojalności. Mamy zindoktrynowany aparat państwowy, posłuszne służby porządkowe, a po kilkunastu dniach (w zależności od skuteczności działań i propagandy) zastraszone i potulne społeczeństwo. Teraz mozna spodziewać się powstania rozbudowanych struktur agencji bezpieczeństwa wewnętrznego, które z ewentualnymi dysydentami i wrogami Nowej Wielkiej Polski mogły by się raz-dwa rozprawić. Z tym że aparat ten po części został wyręczony za wczasu. Tak naprawdę wystarczy kilku zmyślnych, pryszczatych użytkowników intersieci, którzy przetrząsnom portale społecznościowe w poszukiwaniu zakazanych wpisów. Nie wiem jak Wy, ale mam wrażenie że w przypadku gdyby głową nowego reżimu został którykolwiek z obecnych kandydatów, najprawdopodobniej jako jeden z pierwszych skończył bym z kulą w potylicy. Obawiam się, że duża cześć moich fejsbukowych znajomych, równie szybko spotkała by się w dziurze z wapnem.
Żyjemy w społeczeństwie bardzo wyrazistym światopoglądowo. Nawet jak ktoś szczególnych poglądów nie ma, to też się tym chwali. Napewno jest to wartościowe dla dobra dyskusji i wymiany poglądów (abstrahując od polskiej skłonności do polaryzowania postaw i zatcietrzewiania się w nich), wartosciowe niestety może byc rownież w wyżej opisanej, abstrakcyjnej sytuacji. Cieżko było by poprostu przenieść ruch oporu do podziemia, internet nie zapomina..