środa, 22 października 2014

Elity wystawiają dupska do cmokania

O tym, że ten tekst będzie napakowany truizmami i banałami wiedziałem już w momencie gdy poczułem potrzebę by go napisać. Trudno. Jak śpiewał ongiś Stuhr, ten starszy - "czasami człowiek musi, inaczej się udusi". To też coby się nie udusić, piszę.

Każdy kto w dniu wczorajszym nie był na zamorskich wakacjach, albo nie prowadzi życia pustelniczego, słyszał co naopowiadał amerykańskiemu redaktorowi Politico nasz ex-Minister Obrony Narodowej (to jeszcze jak się z Kaczyńskim lubili), ex-Minister Spraw Zagranicznych, obecny Marszałek Sejmu, ulubieniec amerykańskich mediów i polityków - Radek Sikorski. Clue całej tej niefartownej wypowiedzi pozostawię bez komentarza (jestem przekonany, że Do Rzeczy dogłębnie przeanalizuje temat przez następne kilka tygodni). Pominąć mogę również brednie które pan Sikorski opowiadał aby sprostować wpadkę (to niemalże poziom szkolnego wytłumaczenia na nieodrobione zadanie domowe). To co mnie w całej tek akcji ubodło, to arogancja i absolutny brak poczucia odpowiedzialności przed społeczeństwem, który Minister zaprezentował w czasie pierwszej konferencji  prasowej. No bo jak człowiek, który chcąc nie chcąc łoży swoje ciężko zarobione pieniądze (oh, taki pragmatyczny, uniwersalny argument) na utrzymanie państwowej administracji w osobie między innymi Ministra Sikorskiego, ma zareagować na sytuację, gdy jego utrzymanek odmawia publicznej odpowiedzi na proste pytania - co naopowiadał Benowi Judah, ile w tym było prawdy i dlaczego dowiadujemy się o tym dopiero po ponad 6 latach. Na te pytania, jak wspomniałem - na pewno odpowie niebawem Rafał Ziemkiewicz, mnie chodzi jedynie o elementarne poczucie przyzwoitości - odpowiedź w formie autoryzowanego wywiadu dla JEDNEJ gazety, która publikuje ją za paywallem (treścią płatną)? Bitch, please!

Absolutnie i jednoznacznie obrzydza mnie tzw. "aparat państwowy" utrzymujący klasę polityczną zapewniającą pełnowymiarową karierę dla elity cyników, oderwanych od poczucia obowiązku i odpowiedzialności przed tymi których "reprezentują". Bandy showmanów i dorobkiewiczów, którzy niczym Palikot czy Niesiołowski miotają się od prawa do lewa, byle tylko nie odejść od chlewa. Nie. Nie jestem dzięki temu dzisiaj bliżej Korwina niż byłem wczoraj.

Jeżeli tli się we mnie jeszcze odrobina wiary w demokrację, jako system w którym ludzie nie pozbawieni pokory, ale jednocześnie pełni determinacji i idealizmu REPREZENTUJĄ swoje środowiska,  bagno które fundujemy sobie po każdym głosowaniu "na mniejsze zło", oddając swój los w ręce partii, która w sondażach wypada nieźle (nikt nie chce stawiać na przegranych…)skutecznie ją zdławi...

środa, 3 września 2014

Panoptikon

Panoptikon był budowlą więzienną, zaprojektowaną końcem XVIII w przez Jeremy-ego Benthama. Budynek ten zbudowany miał być w sposób umożliwiający strażnikom absolutną inwigilację więźniów w taki sposób, by Ci nie byli świadomi tego, że są obserwowani. Autor projektu wyobrażał sobie w ten sposób idealną funkcjonalność nie tylko więzień, ale i innych budowli publicznych.

W maju 2013, w hotelowym pokoju w Hong Kongu, młody administrator systemów CIA przekazał Glennowi Greenwaldowi - dziennikarzowi współpracującemu wówczas z Guardianem, komplet "wykradzionych" NSA informacji mówiących o rozbudowanych systemach inwigilacji obywateli przez tą agencję. Newsy te sukcesywnie pojawiały się w mediach: Guardian, NY Times, Washington Post. Przez jakiś czas świadomość, że każda rozmowa telefoniczna, mail, aktywność w sieci czy dane z systemów monitoringu mogą być przechwytywane i analizowane przez służby Sojuszu Pięciorga Oczu (USA-UK-Australia-Nowa Zelandia-Kanada) wstrząsnęła opinią publiczną. Gdy dodatkowo okazało się, że metadane pozyskiwane przez służby obejmują obywateli - zarówno USA jak i Unii Europejskiej (oczom NSA nie umknęły również południowo-amerykańskie źródła danych), świat zdawało by się większą uwagę zwróci na prywatność przeciętnych obywateli i,społecznościowych/mailach stał się tematem wrażliwym. Na pewno też ludzie większą uwagę zaczęli przykładać do tego, co w sieci publikują, z kim i o czym rozmawiają. Czy NSA zakończyła swój program kolekcjonowania metadanych? Czy ludzie masowo domagali się oddania ich prywatnej przestrzeni na powrót w ich ręce? Informacje jakie na bieżąco wyciekają świadczą o tym, że NSA nie tylko nie zaprzestało zbierania danych, ale i stworzyło narzędzie umożliwiające sprawniejsze przeszukiwanie zdobytych danych (projekt ten świadczy również o wielkości baz, które ma na swoich serwerach agencja..). Zdania na temat tego, czy inwigilacja jest szkodliwa dla życia społecznego również są podzielone. Część osób zapytana o dyskomfort związany ze świadomością bycia podsłuchiwanym/ną odpowiada, że dopóki nie mamy nic do ukrycia, nie powinniśmy się obawiać, że ktoś patrzy (te same osoby zazwyczaj niechętnie odnoszą się do propozycji udostępnienia hasła do swojej skrzynki pocztowej osobie trzeciej…).
zgodnie z nadzieją autorów wycieków, nigdy nie będzie już taki sam. Czy udało się osiągnąć cel? Zapewne temat prywatności na portalach

Ideą Panoptikonu, przelanej także na papier przez Georga Orwella w "1984" był nadzór tak szeroko zakrojony i tak skrzętnie ukryty przed oczyma obserwowanych, aby Ci ze strachu przed potencjalną inwigilacją sami siebie pilnowali. Fakt, że każdy nasz ruch może być obserwowany sprawia, że nasza podświadomość dyktuje nam co powinniśmy a czego nie powinniśmy robić. Czy inaczej - czego obserwujący oczekiwali by od nas a co według nich było by karygodne (co nie zawsze będzie zgodne z jakimkolwiek moralnym paradygmatem). Czy w takim razie wyciek który uświadomił całemu niemal światu, że jest obserwowany mógł zaszkodzić władzy nadużywającej swoich kompetencji, czy też pomóc jej stworzyć "wewnętrznego policjanta" w głowach ludzi? Czy jednak świadomość, że jesteśmy podglądani, i w jaki sposób się o dzieje uruchomi kreatywność w kontrofensywie?
Wyniki ostatniego referendum w Krakowie, w którym głosujący w zatrważającej przewadze 69,73% opowiedzieli się za uruchomieniem w mieście monitoringu wizyjnego, nie napawa mnie optymizmem..

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

"Plant-based diet", zielone power smoothie i zagubienie priorytetów.

Kiedy pod koniec lat 90tych zostawałem wegetarianiem, a potem - milenijnie, weganinem, nie miałem ani wiedzy, ani środków, ani też szczególnej ochoty aby czerpać z tego stylu życia jakieś ponadstandardowe benefity zdrowotne. Książką, która zmieniła moje życie była "Milcząca Arka" Juliet Gellatley. Aspekt zdrowotny niejedzenia/jedzenia mięsa był w niej zaledwie liźnięty, a cały ciężar treści tej książki, zawieszony był na haku służącym do wieszania zwłok zabijanych na szynkę krów.
Cóż zresztą mogło przekonywać młodego punkowca ze skłonnościami autodestrukcyjnymi do tego, by stosował dietę zdrowotną..? Z resztą.. przez pierwsze 10 lat, swój wegetarianizm a potem weganizm praktykowałem głównie na wyjazdach koncertowo-załoganckich, bez warunków do gotowania (czy robienia sobie organic, green power smoothies), plus mój budżet i sklepowo-knajpowy asortyment pozwalał zazwyczaj jedynie na kultowe już zestawy - frytki z surówką, albo orzeszki solone i banany. W ogóle mam wrażenie, że frytki i  Polo-Cocta na przełomie wieku były dla wegnizmu tym, czym jest teraz jarmuż i jagody goji przepijane napojem z kombuchy. Ludzie w moim otoczeniu czerpali swoją wiedzę z tematycznych zinów traktujących o prawach zwierząt i akcjach bezpośrednich, zamiast z działu dietetycznego w Men's Heath. Czasy się zmieniają. Wraz ze wzrostem świadomości społecznej, mocno zupgradeowały się sklepowe półki, a za popularnością weganizmu nastąpiła - mam wrażenie, również zmiana w priorytetach z nim związanych. Nie sposób odmówić zasług dla popularyzacji tego stylu życia wszystkim sportowym aktywistom wieszającym sobie w pokojach plakat Scotta Jurka. Nie śmiem również krytykować moich przyjaciół i znajomych, którzy dzięki pobijaniu rekordów w Endomondo i przygotowywaniu modelowych potraw na Instagram lepiej się czują, świetnie wyglądają i przy tym promują ograniczony w okrucieństwo wobec zwierząt sposób na życie. Mam pełną świadomość, że obok organizacji jak Empatia czy Viva, polski weganizm o kilka dobrych lat do przodu popchnęli Vege Runners. Sam od kilku lat o daje się odrobinę ponieść tej pozytywnej modzie i zwracam większą uwagę na to co jem i ile czasu spędzam przez TV a ile w ruchu. Niemniej ze zdrowego stylu życia nie robię sobie dogmatu. Ze stylu życia wolnego od okrucieństwa wobec zwierząt - już tak. Piszę ten tekst, bo ten szift priorytetów związanych z niejedzeniem mięsa odrobinę mnie niepokoi.
Od popularnego zastępowania weganizmu terminem "plant-based diet", po wytykanie kto nie jest true, przez pryzmat konserwantów w jego ciastkach - ten kierunek nie do końca mi
odpowiada. Pomimo, że zawsze wychodziłem z założenia, że z perspektywy zwierząt nie istotne jest czy nie zjadasz ich ze względów etycznych, czy dlatego że Ellen Page została weganką, przykład papierowego zapału blogerki Jordan Younger (The Blonde Vegan), która uczyniła z weganizmu dysfunkcję dietetyczną, licząc na jakieś jego cudowne, zdrowotne efekty, utwierdza mnie w przekonaniu - potrzebna jest jakaś głębsza świadomość czemu to służy..

czwartek, 5 czerwca 2014

Trzeźwa ryba w morzu piwa

W mojej kilkunastoletniej, ciągle przedłużającej się fazie, nazwanej ongiś przez Iana MacKaye-a - Straight Edge , wpadałem w wir różnych zdarzeń związanych z intoksykującym się towarzystwem. Raz bywało zabawnie, raz żenująco, innym razem zaś po prostu nudno. W moim najbliższym otoczeniu nigdy nie było silnej załogi S.E. (choć lata 2002-2004 to chyba jedyny okres kiedy udawało się zorganizować 100% straightedge-ową imprezę - "domówkę" dla kilkudziesięciu przyjaciół). Właściwie na stałe, w koncertowych wypadach towarzyszył mi jeden trzeźwy przyjaciel, cała reszta waliła do ryja jak przystało Podhalaninowi.

Podczas wyjazdów z zespołem często jestem jedyną niepijącą osobą w ekipie. Zdarza mi się słyszeć wówczas od osób postronnych wyrazy współczucia i rokowania rychłego rozpadu kapeli. To fakt, czasami pilnowanie grupy najebanych kolegów może być uciążliwe. Rozmowa, nawet z serdecznym kumplem, który z trudem potrafi złożyć zdanie, też do największych w życiu przyjemności nie należy. I tak - zdarza mi się umierać z nudów, gdy reszta pogrąża się w alkoholowym amoku. Nie zmienia to faktu, pomimo że uwaleni, nadal są to moi koledzy i przyjaciele, z którymi - nawet przez pryzmat alkoholowej bariery, łatwiej znaleźć mi wspólny język niż z większością nie upojonych znajomych z tak zwanej "poza sceny" (choć i tu zdarzają się wyjątki). Jeżeli chodzi o sam zespół, to tutaj trochę jak w małżeństwie - jeśli chcesz by kapela przetrwała dłużej niż rok, musisz nauczyć się tolerować różne "niedoskonałości" twoich współgrajków i uwierz mi - poalkoholowy drift niekoniecznie będzie największym brudem, który wypłynie w okresie tzw. wzajemnego docierania się.

Reasumując: nie musicie żałować rodzynka w załodze -
czas spędzony w pijącym towarzystwie może być równie zabawny jak i żenujący. Dokładnie tak samo jak czas spędzony z abstynentami, za wszelką cenę próbującymi udowodnić jak zajebiście potrafią bawić się bez wspomagaczy.

czwartek, 22 maja 2014

Eurowybory

Od kilku dni sraczka związana z niedzielnymi wyborami do Europarlamentu nabiera rozpędu. Premier ostrzega nas, że nie zagłosowanie na kogokolwiek (nieważne na kogo) przyniesie nam wstyd na arenie międzynarodowej. Zanim braknie nam papieru toaletowego, proponuję refleksję. Głosowanie na "kogokolwiek" proponowane przez pana Tuska wpisuje się zasadniczo w nijaką i mało merytoryczną kampanię wyborczą. Podstawowym problemem w postrzeganiu procesu poprzedzającego jakiekolwiek wybory, jest jej uproduktowienie. Spoty wyborcze przypominają reklamę szamponu, przepełnioną frazesami bez większego znaczenia. Wybór dokonywany przez obywatela ma opierać się na wizualnej atrakcyjności produktu i przywiązaniu do marki - zupełnie jak wybór konsumencki. Na chwilę obecną ordynacja wyborcza przewiduje finansowania kampanii ze środków partii oraz wpłacanych przez osoby fizyczne na poczet Funduszu Wyborczego. Przewiduje ona limit środków wydanych w ramach reklamy i jest on liczony za pomocą ambitnego matematycznego wzoru poprzez podzielenie liczby wszystkich zarejestrowanych wyborców w kraju przez liczbę 560 i pomnożenie uzyskanego wyniku przez liczbę mandatów posłów lub senatorów wybieranych w danym okręgu wyborczym, w którym komitet zarejestrował swojego kandydata). Niemniej o ile duże, bogate partie wraz ze swoimi ambicjami mogą czuć się przez owy limit ograniczane, te mniejsze muszą potraktować go jako abstrakcję. Ponieważ do zarejestrowania kandydatów w poszczególnych okręgach również potrzebne są pieniądze (aby stworzyć listy poparcia też jakoś trzeba dotrzeć do ludzi), limity tych mniej uprzywilejowanych partii są jeszcze mniejsze, nadal jednak nieosiągalne. W rezultacie z jednej strony mamy telewizyjne spoty, niczym przedświąteczne reklamy Coca-Coli, napędzające szum wokół dużych, bogatszych ugrupowań, z drugiej facebookowe kampanie mniejszych partii, nie trafiające pod strzechy stacji telewizyjnych.  Jest naturalnie droga trzecia - etatowy clown, który właściwie bez kosztowo przyciągnie uwagę mediów i poparcie nie do końca świadomych jeszcze otaczających ich świata dzieciaków. Ale czy na takiej retoryce w przestrzeni publicznej nam zależy?
Wracając do niedzielnych wyborów - wbrew oczekiwaniom premiera, nie zamierzam pójść do urny aby oddać głos na "kogokolwiek", bo szanuję swój głos i swój czas. Nie głosuję na "mniejsze zło" i o ile nie mogę dać swojego poparcia osobie/osobą które mogły by reprezentować moje potrzeby i moje interesy w parlamencie (jednym, czy drugim), skorzystam z wolnej niedzieli w bardziej sensowny sposób

poniedziałek, 19 maja 2014

Aspekty Muzyki

Eurowizja

Śrenio śledzę co dzieje się w świecie masowej muzyki popularnej. O wydarzeniu na które udała się w tym roku nasza przaśna wokalistka mająca być następcą Edyty Górniak, wspierana przez charyzmatycznego producenta , zapomniałem na długie lata (jak z resztą podejrzewam większa część Polaków). Przypomniano mi o nim szczątkowo docierającymi do mnie informacjami o charakterze skandalu, jakoby tegoroczną edycję konkursu wygrała "baba z brodą". Przyznam, że nie przykładałem większej wagi do tych informacji, po pierwsze zaskoczyła mnie ona podczas turystycznego wypadu do Berlina (ręczę, że są tam ciekawsze rzeczy niż darmowe WiFi i śledzenie pudelkowych plotek), niemniej już po powrocie przekonałem się jak ważną w życiu kulturalnym oraz, co zaskoczyło mnie nieco bardziej - politycznym, jest ta zapomniana na 20 lat impreza. Dla niewtajemniczonych, Eurowizja to konkurs piosenki, co warte wytłumaczenia, bo opierając swoją percepcję na komentarzach medialno - społecznościowych, można by odnieść wrażenie że to rewia piękności. Rewia, na świętość której targnęła się Conchita Wurst, swoją nieogoloną twarzą. Zignoruję w tym momencie gorzkie komentarze polityków opcji pisowej, którzy oskarżają "tą kreaturę" o zamach na naszą cywilizację, przemilczę też nieco bardziej stonowane wyrazy niezrozumienia tych nieco scentrowanych z partii siostrzanej. Zaskakuje mnie oburzenie przeciętnego słuchacza, który zniesmaczony zdaje się być faktem, że piosnka Donatana i Cleo, brzmiąca nieco jak weselna wersja Spice Girls, została pokonana przez dobrze wykonany (obiektywnie, bo fanem ani jednego ani drugiego nie jestem) przez Conchitę numer, z powodzeniem mogący otwierać kolejny film o przygodach Jamesa Bonda.
O gustach ponoć się nie rozmawia, niemniej w całej tej aferze element potencjalnie najważniejszy - muzyka, został zgnieciony ciężarem konserwatywnych uprzedzeń. Element estetyczny, seksapil wydaje się być z muzyce mainstreamowej rzeczą najważniejszą. Wszelkie niedociągnięcia techniczne bowiem skorygować może Audio Tune, brak talentu zastąpi inwestycja w  produkcję, brak fajnych cycków i buzi natomiast wydaje się być skazą niekorygowalną (gdy w biznes planie chirurg plastyczny ciągnie bilans mocno w dół..)

DIY

Przeświadczenie, że wszystko można zrobić samemu, nie czekając na wsparcie przemysłu muzycznego, wydawców muzycznej prasy czy właścicieli klubów, to motor napędzający punkową maszynę od lat. Koncerty organizowane przez siatki znajomych na całym świecie, często rówież grających w kapelach, też podróżujących i potencjalnie potrzebujących pomocy przy zorganizowaniu koncertu dla ich zespołów w Twoim mieście, to coś co pozwala na funkcjonowanie tej sceny niezależnie od rynkowego popytu. To mechanizm, który zapewnia możliwość zaprezentowanie czegoś ciekawego - muzycznie oraz ideologicznie, nawet jeżeli nie jest to łatwe, przyjemne i konsumpcyjnie atrakcyjne dla przeciętnego bywalca klubów i koncertowni. Jasne, że machina czasami zawodzi i tydzień przed rozpoczęciem trasy okazać się może, że kilu organizatorów postanowiło odpuścić sobie zaplanowane koncerty. Jasne, że kapeli zdarza się spać na podłodze i jeść ryż z ketchupem. Ale ta słodko-gorzka idea pozwala na funkcjonowanie i tworzenie w alternatywie do supermarketowego przemysłu muzycznego opartego na castingach do X-Factora.

Więcej Niż Muzyka

Nigdy nie byłem gościem twierdzącym, że Podwórkowi Chuligani są mniej punkowi od Apatii. Wierzę, że w przestrzeni Hardcore Punk jest miejsce nie tylko na różne muzyczne eksperymenty, ale i na różne podejścia do życia. Jasne, że są pewne intuicyjne granice, po przekroczeniu których ciężko jest zespół umieścić w tej przestrzeni, ale polityczne zaangażowanie nie jest dla mnie elementem koniecznym aby kapela mogła otrzymać legitymację. To jedynie moja rzecz. Zawsze byłem i nadal jestem zainteresowany kapelami z konkretnym, politycznie zaangażowanym przekazem bardziej, niż tymi śpiewającymi o piciu/albo niepiciu piwa (choć i takie lubię). Wielu rzeczy z obszarów polityczno - społecznych, ochrony przyrody, praw ludzi czy praw zwierząt uczyłem się z tekstów punkowych kapel. A przynajmniej był to dla mnie zapalnik by sięgnąć nieco głębiej. Zaryzykuję stwierdzenie, że dla osób będących w tej scenie nieco dłużej, Hardcore Punk to znacznie więcej niż muzyka - to kultura, to siatka - czasem lepiej a czasem gorzej zorganizowanych znajomych, którzy bezinteresownie ze sobą współpracują. To forum na którym dzielić się można informacjami, poglądami i pomysłami. To przestrzeń w której można być poprostu kreatywnym. To grupa ludzi, którzy nie zawahają się bezinteresownie pomagać sobie nawzajem. To idea.
Właśnie te rzeczy odróżniają to zjawisko od kawiarnianego rocka dla hipsterów, czy kuc metalu granego w klubach na uniwersyteckich akademikach.


środa, 16 kwietnia 2014

Słowa jak toca

Tak jak gość obok, wychowałem się w okowach łatwo rzucanych epitetów. "Pedalskimi", "gejowymi" czy "ciotowatymi" określeniami skuty był nasz szkolny słownik, w którym pewnie większość słów miała ranić lub wyszydzić. Dzieciaki potrafią być dla siebie okrutne - i nie jest to wcale znak nowych, strasznych czasów - tak było od zawsze. W taki sposób - agresją słowną i fizyczną, oznacza się swój status w szkolnej mikrospołeczności. Nikt z nas nie zastanawiał się wówczas nad znaczeniem tych łatwo rzucanych w twarz oponenta haseł, nikt z nas też zapewne nie miał w intencji faktycznej agresji wobec czyjejkolwiek seksualności. Nikt z nas nie miał tak głębokiej refleksji względem tych chłopięcych wygłupów na szkolnym podwórku ("chłopcy muszą być chłopcami").
Moja pierwsza refleksja pojawiła się w późnym już stadium podstawówki, podczas jednej z wypraw deskorolkowych, gdy twarzą w twarz spotkałem lokalnego transseksualistę - Lucy. To była ta "ciota", która owym epitetem mogła poczuć się autentycznie urażona. Swój przebłysk wrażliwości zawdzięczam zapewne punkrockowi (ta, wiem jak to brzmi) i związanej z nim chęci bycia innym (mimo naturalnych instynktów i buzujących hormonów) niż moi rówieśnicy.
Te słowa, które zdecydowanie mogą ranić, przenoszone na domowy grunt, często eskalowane przez rodzicielską akceptację, stają się łatwym łupem dla ideologii szerzonych przez "narodowo-katolickie", daleko prawicowe organizacje. Łupem, który łatwo przekuć można na konkretnie ukierunkowaną nienawiść.



Ktoś kto dał się zapędzić w intelektualny kurwidołek, w którym niechęć do środowisk LGBTiQ argumentuje się "nienaturalnością" tych "zwyrodniałych" zachowań, łatwo się z niego wygrzebie, zmuszając zwoje do odrobiny refleksji. W ogóle termin "naturalności" różnych zachowań w kontekście społeczeństwa, które 50% swojego życia przeniosła do sfery zapisanej w kodzie binarnym, z miejsca na miejsce przenosi się za sprawką pojazdów jeżdżących czy latających,  a swoją doczesną egzystencję przedłuża za pomocą syntetycznych implantów, brzmi jak lekko ironiczny żart. Nie ma w naszym życiu nic naturalnego, z perspektywy choćby rezydentów zamieszkujących tą planetę 200 lat temu.
"Nienaturalne" i "patologiczne" środowisko do wychowania dzieci? Nie będę nawet z tym polemizował. MOPS ma sporo statystyk i historii apropos tego "naturalnego"..

Zdaje się, że to co chcę powiedzieć zawrzeć można w jednym zdaniu: często kształtujemy swoje uprzedzenia dopuszczając do użytku terminy uwłaczające pewnym grupom społecznym - w taki sposób amerykańscy żołnierze wysyłani na iracki front uczyli się dehumanizować przeciwnika i w taki sposób polskie dzieci uczą się nienawidzić "pedałów", "żydów" czy "cyganów".  Każdemu z nad zdarza się zażartować,  pójść pod prąd znienawidzonej "politycznej poprawności", najczęściej w małym, zaufanym towarzystwie. Jakkolwiek niewinnie, być może właśnie tu zaczyna się spirala nienawiści.