niedziela, 29 stycznia 2017

Jajko Czy Kura

Wybieramy sobie liderów, którzy reprezentują nasączone nienawiścią i ksenofobią społeczeństwo, czy liderzy propagujący taką właśnie retorykę legitymizują (i prowokują) zachowania społeczne oparte na nienawiści?





Trend wrogości do wszystkiego co nie jest spójne z białym, chrześcijańskim profilem etniczno-tożsamościowym wydaje się być szczególnie dominujący w europejskim i amerykańskim pejzażu społecznym. Od Brexit, poprzez ustawy antyaborcyjne i antyimigrancką retorykę, po Trumpa obsadzającego swoją administrację neonazistami. Horyzont wydaje się być zdominowany przez dyskurs obarczający winą za światowy kryzys "obcych" oraz "lewacką" ideologię otwartości.  Na myśl przywodzi to niemiecki marzec 1933. Wydaje się, że coś co tliło się od lat, powstrzymywane nieco przez "poprawność polityczną", teraz dostało zielone światło i eksplodowało. Pali meczety i bije studentów z wymiany. Demoluje sklepy i domy imigrantów (również polskich) oraz (znów) upolitycznia kobiecie łona. Prawa mniejszości seksualnych zeszły na dalszy plan, bo wątpliwe jest prawo do własnego zdania, jeżeli nie jest ono spójne z dominującym kierunkiem rozumowania.


Często sam jestem ofiarom swojego zbyt dużego zaufania w demokrację i wiary w wartość płynącą z różnorodności światopoglądowej. Nadal wierzę, że monopol paradygmatu i duszenie się we własnej, sztywnej wizji świata nie służy ani społecznemu współżyciu, dialogowi ani jakiemukolwiek rozwojowi. Natomiast sytuacja w której dominująca narracja, mało tego, że niechętnie dopuszcza do głosu innych, orze osiągnięcia, które - jak wierzę, pozwalają nam koegzystować we względnym pokoju, wydaje się być sygnałem alarmowym. Żadne przywileje i prawa nie są nam dane. Są, dopóki je egzekwujemy i ich bronimy.





Czy zatem fala kryzysów gospodarczych, coraz większe rozwarstwienie społeczne, plutokratyczne rządy (często mylnie określane "lewicowymi") były powodem frustracji, sprytnie wykorzystanej przez prawicowych populistów? Czy też nienawiść do wszystkiego co inne i obce głęboko zakorzeniona jest w naszych umysłach i czeka tylko na szansę by objąć stery naszej historii? Uparcie i naiwnie chcę wierzyć, że nienawiść to sprytnie ukierunkowana przez cynicznych demagogów złość.  Trudno było by mi żyć z przekonaniem, że każdy wyborca Trumpa, PiS, Theresy May czy Marine Le Pen to ziejący nienawiścią ksenofob. To oznaczało by, że jakiekolwiek próby wpływania na aktualną rzeczywistość są zupełnie beznadziejne i oznaczają wojnę - my kontra oni.


Bezcelowe Dywagacje Polityczne

Co wybory  naszych liderów mówią o nas samych? Czy faktycznie są oni odbiciem naszej kolektywnej świadomości, albo przynajmniej świadomości tych, którzy do tej roli ich powołali? Było by to pewnie wygodne uproszczenie, dające zarówno oponentom jak i zwolennikom oręże łatwej klasyfikacji całych grup wyborców. Tymczasem wydaje się, że elektorat Prawa i Sprawiedliwości, Platformy Obywatelskiej czy jakiejkolwiek innej partii nie jest jednolitą masą o identycznych motywacjach i oczekiwaniach, a próba takiego uproszczenia to nic innego jak mechanizm myślenia stereotypowego.

Nie ma wątpliwości, że tendencje w polityce europejskiej oraz amerykańskiej w obecnym czasie są skoncentrowane wokół reakcyjnego, konserwatywnego, a często ksenofobicznego nurtu. Niemniej stwierdzenie, że jest to wynik upadku wartości postępowych czy też porażki mało wyrazistych i konsekwentnych środowisk lewicowych, będzie tylko małą częścią prawdy. Tak jak nie da się w łatwy sposób sklasyfikować wyborców danej formacji, nie sposób też wskazać jednej przyczyny (i ewentualnego remedium na nią) tego stanu rzeczy. Najpierw trzeba by rozdzielić motywacje ludzi czynnie uczestniczących w procesach politycznych - na emocjonalne i merytoryczne. Przeważnie w podejmowaniu decyzji towarzyszą nam wszystkim obydwa elementy, niemniej w różnych stosunkach. Biorąc pod uwagę trend memoizacji i infantylizacji przekazu (przy okazji kampanii wyborczych ale również w czasie sankcjonowania, czy też podważania - w przypadku opozycji, rzeczywistości powyborczej) mniemam, że większość odbiorców komunikatów, to ludzie kierujący się głównie emocjami. Tak przynajmniej obstawiają spin doktorzy, co szczególnie widać było w wyborach prezydenckich w USA, gdzie urząd objął gość najpopularniejszy, najgłośniejszy i działający według marketingowej maksymy: "nieważne jak mówią, byle by mówili". Krótkie i proste zabiegi retoryczne ("pozbędziemy się imigrantów", "wysuszymy bagno", "rozbijemy układy"), nazywane czasami "populizmem", zdecydowanie trafiają w emocje i o ile nie zostaną przeanalizowane przez rozum, w łatwy sposób polaryzują odbiorców. Część - zazwyczaj zmęczona status quo, bez namysłu podda się nośnym hasłom, inna część - zrażona hasłami godzącymi w ich wartości, przeciwnie. O ile postać Trumpa może być łatwiejsza do klasyfikacji - z racji na pewnego rodzaju dystynkcję jaką niesie ze sobą amerykański urząd prezydenta i tego jak bardzo postać popularnego biznesmena z niewyparzoną gębą i totalitarnymi zapędami do niej nie przystaje, o tyle różnice pomiędzy dwoma największymi obozami politycznymi w Polsce mogą pozostawiać więcej odcieni szarości.
Przechodząc do drugiej grupy uczestników życia politycznego - tych rządnych informacji merytorycznych, sprawa wydaje się nieco komplikować. Szczególnie z perspektywy partii, która chciała by ze swoim programem wpisać się w potrzeby społeczne, ucząc się ich na podstawie wyników ostatnich wyborów. Klasyczny rozdział (lewica - prawica) wydaje się nie mieć zastosowania w przypadku partii, które (nawet jeżeli na poziomie deklaratywnym tylko) są jednocześnie postępowe społecznie (czyli klasycznie kojarzone z lewicą) a liberalne gospodarczo (klasycznie konserwatywna polityka fiskalna kojarzona z prawicą), lub odwrotnie. Być może rozdział dwuosiowy (Lewica, Prawica, Populiści, Libertarianie) bardziej przystaje do czasów w których żyjemy, wydaje mi się jednak, że ilość informacji i zmiany społeczno-gospodarcze przed jakimi stoimy generują nieco inny rozdział:

  • Widzów - którym do podjęcia decyzji wystarczy dobry spektakl i nośne hasła
  • Analityków - którzy przed podjęciem decyzji przeanalizują program wyborczy, wycieki z WikiLeaks, stos artykułów z portali internetowych i raporty finansowe kandydatów
  • Wiernych Wyborców - którzy od lat głosują na swoją partię, niezależnie jaki program i jakie hasła aktualnie ona promuje
Jak pisałem wyżej, każdy z nas może mieć cechy ze wszystkich tych grup, tyle że w różnym stopniu dominujące nasz proces decyzyjny.
Na pytanie w jaki sposób politycy powinni reagować na tak zróżnicowany profil wyborców, nie ma chyba dobrej odpowiedzi. Być może autentyczna propozycja wartości, w które sami wierzą, podana w przejrzystej i rzeczowej formie ma największą szansę na to, by każde z ugrupować zbudowało swój własny elektorat. Aktualna taktyka generowania strachu, tworzenia medialnego show sprawia, że często rozsądni ludzie podejmują mało rozsądne decyzje.  Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że w dobie społecznych zawiłości, triumfu bezsensownej w polityce roli spin doktorów i ludzkiej tendencji do stereotypowania, to jest naiwne myślenie życzeniowe porównywalne z tym, abyśmy wszyscy byli szczęśliwi, piękni i bogaci.

piątek, 14 października 2016

Hillary Trump

Z perspektywy europejskiego obserwatora, wybory prezydenckie w USA mogą wydawać się zarówno ekscytujące, jak i mało zróżnicowane z drugiej strony(porównując je choćby do tych odbywających się na starym kontynencie). Przeciętny wyborca amerykański, w trakcie wielu miesięcy przygotować do mianowania nowego prezydenta, poznał kilka nazwisk: Trump, Clinton, Sanders, Cruz, Rubio, wszystkie związane z dwoma dominującymi partiami - Demokratami oraz Republikanami. Ostatecznie, po prawyborach i wykluczeniu wewnątrzpartyjnej konkurencji, w głowach publiki zapisały się dwa nazwiska: Trump i Clinton. Zadbały o to niemal wszystkie, duże, narodowe i międzynarodowe media. Jak to się stało, że świat tak mało słyszał o Jill Stein z Partii Zielonych, Garrym Johnsonie - Libertarianinie, czy niezależnym Evanie McMullinie? Ano żadne z nich nie zostało zaproszone na oficjalne debaty prezydenckie, organizowane przez Comission Of Presidential Debates. Kandydaci, którzy mimo wszystko chcieli skorzystać z wydawało by się naturalnego w demokracji prawa do zaprezentowania swojej platofrmy podczas debaty, nie zostali do niej dopuszczeni, czy wręcz zmuszeni do opuszczenia miejsca w którym ta się odbywała..


Czym jest tak zwana "Komisja Debat Prezydenckich"? Wbrew swojej szumnej i urzędowo brzmiącej nazwie, jest to niezależna korporacja o charakterze non-profit, działająca jednak dzięki hojnym datkom majętnych sponsorów. CPD powstało w roku 1987, z inicjatywy oficjeli dwóch największych partii: Demokratów i Republikanów. Ta organizacja zarządzana przez dominujące w lokalnej polityce środowiska powstała w odpowiedzi na niezadawalające dla niego działania League Of Women Voters, która odpowiadała za debaty od roku 1976. Przełomowym zdaje się być rok 1980, kiedy Jimmy Carter konkurujący z Ronaldem Reaganem zrezygnował ze swojego udziału w debacie, z racji dopuszczenia przez Ligę, mającego ok. 15% poparcia, niezależnego kandydata Johna Andersona. W kolejnych wyborach, w roku 1984, kandydaci z szeregów republikańsko - demokratycznych: Reagan i Mondale kolejno odrzucili 83 nazwiska proponowanych przez Ligę moderatorów debaty. Rok przed kolejnymi wyborami narodziła się Komisja, przewodzona m.in. przez Franka Fahrenkopfa, który - jak sam przyznał podczas konferencji prasowej w 1987: "osobiście wierzy, że kandydaci tzw. trzecich partii powinni być wykluczeni z debat". Symboliczny próg 15% zostaje przyjęty jako warunek konieczny dla dopuszczenia do debaty, w rezultacie kandydaci z partii nie mających za sobą dużego kapitału nie są w stanie w żaden sposób przebić się do świadomości wyborców. Błędne koło zostaje domknięte, a miliony Amerykanów powierza swoje życie ludziom wybieranym zgodnie z filozofią "mniejszego zła". Kolejni lokatorzy Białego Domu różnią się od siebie głównie retoryką, grzecznie realizując interesy lobby zbrojeniowego, energetycznego czy spożywczego.

Czy  można więc winić Amerykanów, że za ich sprawą na czele największego globalnego gracza stanie prymitywny szowinista - ksenofob lub cyniczna manipulatorka? Dotarcie do niezależnych mediów, prezentujących innych, nie związanych  z establishmentem kandydatów wymaga zachodu, a przede wszystkim świadomości, że takowe istnieją. Dopóki o kierunku i formie publicznej debaty decydują prywatne korporacje pod przykrywką niezależnych organizacji takich jak CPD, dopóty możemy mówić o demokracji, conajwyżej fasadowej...

http://www.democracynow.org
http://www.commondreams.org
http://www.truthdig.com
http://www.alternet.org

sobota, 17 września 2016

Pakowanie - sztuka niedoceniana

Zamiast pisać kolejny tekst o tragediach tego świata, postanowiłem podzielić się swoimi doświadczeniami z podróży. Dokładniej rzecz biorąc, przygotowań do podróży, a będąc nawet bardziej precyzyjnym - umiejętnością pakowania. Pakowania efektywnego - dodam, bo wrzucić kilka ciuchów do walizki potrafi chyba każdy. Osobiście, nauczony wszelkiego rodzaju punkowymi wyjazdami, gdzie kawałek miejsca na nadkolu vana jest na wagę złota, zarówno na 2 dniowy, jak i 2 tygodniowy wyjazd pakuję się do jednego plecaka. Po kolei:
Zakładamy wariację wyjazdu na dłużej, w przypadku krótszego.... jest jeszcze łatwiej. 


 


Odzienie wierzchnie
Jedne spodnie, na własną dupę - jeżeli wyjazd wiąże się z graniem koncertów warto drugą parę wrzucić do plecaka. Nie polecam przepacać jedynej pary spodni. Jeżeli wyjazd jest czysto turystyczny, jedne spodnie powinny wystarczyć (jeżeli sezon trafia nam się letni, do plecaka spodzień krótki)
Bluza, na grzbiet - windbreaker/przeciwdeszczówka, jeżeli zwiewny, do plecaka

T-Shirty
Ważna sprawa - nic bardziej reprezentatywnego niż koszulka z ulubioną kapelą (albo z ulubionej firmy): 5/6 szmatek na dwutygodniowy wyjazd powinno być w sam raz - znowu, jeżeli to wyjazd koncertowy, ekstra koszulka do przepocenia w trakcie gigu.

Bielizna
Bokserki (czy slipy, jak kto woli) - analogicznie jak t-shirty: 5/6 par, skarpety - 4/5 par

Kosmetyczka
Wszelkie małe pojemniczki przeznaczone do podróży samolotowych, sprawdzą się rownież w naziemnych wojażach. Maszynka do golenia - jeżeli, elektryczna. Ewentualnie medykamenty, plasterki itd

Gadżety
iPad, jak koledzy przynudzają, można zagrać w Plants vs Zombie. Ładowarki, kable, słuchawki:  najlepiej w małej, poręcznej torebeczce. Mały ręcznik, mokre chusteczki. Wszystko mieści się w dodatkowej, mniejszej kieszeni mojego plecaka. Okulary słoneczne! Nic bardziej frustrujacego niż ich brak.

Pakowanie 
Ciuchy najlepiej zwijać w rulony i pakować systemem: poziomo środkiem i pionowo bokami

Zarządzanie
Żeby cały system się sprawdził, trzeba przygotować się na odpowiednie zarządzanie zasobami.
Bieliznę, najlepiej prać - jeśli jest taka możliwość. Jeśli nie ma,  skarpetki można nosić wpierw na prawej, potem na lewej stronie. Wypranie majtów uda się choćby pod kranem w kiblu na stacji benzynowej. Suszenie przez okno zadziała lepiej niż niejedna suszarka. Na śmierdzące, przepocone rzeczy warto mieć szczelny worek lub odrębną kieszeń (najlepsze plecaki dla surferów, z kieszenią na mokre boardshorty), inaczej świeżynki po jednym dniu mezaliansu również będą capić. T-Shirty należy wymieniać trybem organoleptycznym, nie cyklami. 

Zaryzykował bym stwierdzenie, że ten system sprawdzi się dla każdego, niemniej owy każdy, sam do niego musi się przekonać. Jak wszędzie, i tutaj kierował bym się zasadą: "nie uszczęśliwiajmy nikogo na siłę".. 


wtorek, 21 czerwca 2016

Krótka refleksja o gównianej branży żywieniowej

Wczoraj media społecznościowe aż huczały po informacyjnej eksplozji dotyczącej zarzutu łamania praw pracowniczych w jednej z wegańskich restauracji. Słuszne oburzenie podsycane było dodatkowo oczekiwaniem "etyczności" tego typu biznesu. Sprawa wydaje się być w toku, mnie - bardziej od clue sprawy, przykrywanego warstwami szybkiej informacji, poraziły setki komentarzy, z których płynie dosyć ciekawy wniosek: praca w gastronomii jest pracą gównianą. Na gównianą lub żadną umowę, za gówniane pieniądze i w gównianej atmosferze (bo szybko trzeba wykarmić wymagającego klienta). W związku z powyższym, wszelkie oczekiwania pracownikow tej branży, odnośnie lepszej płacy, stabilnej formy zatrudnienia czy komfortowych warunków, można sobie w dupę wsadzić, wiedzieli bowiem na co się pisali w momencie zatrudnienia. Trudno zarzucić właścicielom rzeczonych biznesów, by owe fakty podczas zatrudniania pracownikow skrywali, jak się bowiem okazuje wszyscy to wiedzą - gastronomia to gówniana branża. 

 

Co natomiast mówi o nas jako o społeczeństwie fakt degradowania wartości pracy ludzi, którzy nas karmią, przygotowują jedzenie, zajmują się rolnictwem (rownież uwłaczającą w oczach dużej części społeczeństwa profesja), gdy tym samym rzutem, wszelkiej maści traderów, korporacyjnych mącicieli czy speców od reklamy awansujemy do grona wykwalifikowanych ekspertów? Zdaję sobie sprawę z naiwności tego pytania, jednocześnie czuję, że powinniśmy je sobie zadać.

piątek, 22 kwietnia 2016

"Światowe media donoszą, że prezydent pierdnął..."

Media społecznościowe,  być może bardziej niż sam internet, zupełnie zmieniły sposób w jaki konsumujemy informacje. Możliwe, że większość z nas właśnie tam, na Twitterze, Facebooku, Tmblerze, wpierw szuka informacyjnego ładunku. Nic w tym zaskakującego - wszystko zagregowane, podane w krótkiej, atrakcyjnej formie, tylko... jakie informacje trafiają do naszych feedów? Zupelnie abstrahując (tym razem) od sprytnych algorytmów wyrzucających nam spersonalizowane treści, sama specyfika powszechności tych narzędzi, sprawia że publicystą zostaje każdy mający dostęp do sieci. Tak egalitarna forma ma oczywiście mnóstwo zalet, niemniej brak reporterskiego zacięcia i dystansu sprawia, że "wiralne" stają się głownie treści emocjonujące oraz łatwe w konsumpcji. W taki oto sposób na wyciagnięcie ręki mam na swoim facebookowym wallu szereg informacji o tym jak Kukiz bluzgał w kuluarach na Zawiszę, co z ambony pierdolił Międlar, jakie bzdury wygadywał Waszczykowski, na próżno jednak szukać choćby informacji o TTIP czy CETA i dotyczących ich ustaleń poczynionych ewentualnie podczas konferencji Polish-American Investment Dialogue, w której niedawno uczestniczyła Premier RP. Trudniej też znaleźć jakieś wzmianki o projekcie Ustawy Antyterrorystycznej, która notabene trafiła, chyba nieco przypadkiem, w ręce organizacji Panoptykon, podczas gdy zdrowy rozsądek podpowiada, że wraz ze wspomnianą transatlantycką umową handlową, powinna być w centrum zainteresowania wszystkich obywateli, bo przecież będzie miała bezpośredni wpływ na ich życie. Inaczej niż majaczenie posłanki Pawłowicz i relacje miedzy Prezydentem RP a prezesem jego partii. Wydaje się, że sami w sobie taki konsumencki nawyk kształcimy, takie też informacje dostajemy rownież od mediów głównego nurtu - emocjonujące, nie rzeczowe.
Ta dominacja formy nad treścią, emocji nad wkładem merytorycznym, rzutuje rownież na nasze polityczne zaangażowanie, które bliższe jest kibolstwu niż uczestnictwu w organizowaniu życia społecznego (że tak idealistycznie to określę). Tym samym - pojęcie lewicy i prawicy zupełnie straciło na znaczeniu, gdy ludzie lewicowo wrażliwi obstają za szowinistycznym Leszkiem Millerem czy oddają głos na neoliberalną Platformę Obywatelską, prawica natomiast inwestuje w socjalizujące gospodarczo Prawo i Sprawiedliwość. W efekcie rownież projektowane pieczołowicie przez spin doktorów kampanie wyborcze są w rzeczywistości niczym innym jak sprawnie zrealizowaną kampanią reklamową grającą na naszych emocjach i usypiającą analityczny zew czy zdrowy rozsądek. 
Chciałbym wierzyć, że powstająca Rada Mediów Narodowych magicznie sprawi, że media publiczne, w odróżnieniu od tych komercyjnych, nie będą działały w imię wskaźników oglądalności i kapitału ręklamodawcow oraz akcjonariuszy, a publicznej misji. Z natury jednak jestem gościem "szklanka-do-połowy-pusta", więc pozostanę przy swoim rytuale codziennego przeszukiwania Twittera oraz śledzenia dodanych do readerów kanałow INFORMACYJNYCH oraz publicystycznych. Papkę zostawię sobie na weekendowy relaks.

piątek, 12 lutego 2016

Kurcząca się planeta

Pierwotnie tekst ten ukazał się w Zielonych Wiadomościach, wydał mi się jednak na tyle istotny, by powielić go na stronach mojego bloga. Problem błyskawicznie zaludniającej się planety i zasobów niewystarczających aby rosnącą populacje wyżywić, pojawia się w zarówno w prasie naukowej jak i w popkulturowej przestrzeni od dawna. Niewydolność czy wręcz szkodliwość obecnego systemu spożywczego zainteresowała świat stosunkowo niedawno, a rozpędu w ostatnim czasie nadał temu niewygodnemu tematowi świetny dokument Cowspiracy.
Poniżej zebrałem kilka faktów, istotnych jeżeli jako gatunek chcemy przetrwać bez konieczności znacznego ograniczenia antropopresji.

Publikacje takie jak  "The Future of Planet Earth: Scientific Challenges in the Coming Century" autorstwa United States Geological Survey (USGS) czy raport z serii  "Global Environment Outlook" autorstwa United Nations Environment Programme (UNEP) zgodnie ostrzegają, że utrzymanie dotychczasowego tempa wzrostu liczebności naszego gatunku sprawi, że oczekiwane 9 miliardów ludzi w roku 2050 będzie dla naszej planety wyzwaniem o wiele ponad jej możliwości. Możliwości produkcji pokarmu, dla którego przewidziana jest maksymalnie 38% powierzchnia planety, będzie znacznie poniżej potrzeb tak ogromnej populacji. Niewystarczające może okazać się również 54 miliardy ton tlenu produkowane corocznie przez rosnące na Ziemi rośliny. Poniżej potrzeb przeżycia i zachowania zdrowia jest również przewidywana ilość czystej wody przypadająca na każdego mieszkańca planety. Do ogromnej ilość produkowanych ścieków oraz odpadów przemysłowych, dodajmy jeszcze naturalną chęć dostosowywania stylu życia do standardów świata zachodniego, wraz z ich zapotrzebowaniem energetyczno-żywnościowym i The Hunger Games wydaje się sielanką.

Opublikowany ponad rok temu w "Proceedings of the National Academy of Sciences" artykuł podważa jednak, by ograniczanie przyrostu naturalnego, samo w sobie było szybkim i łatwym rozwiązaniem gnębiących ludzkość problemów. W chwili obecnej populacja ludzi wrasta równo o 1,2% rocznie, równocześnie populacja zwierząt hodowlanych wrasta w tym samym czasie o 2,4%. W prostym przeliczeniu, do wspomnianego roku 2050 planeta będzie musiała pomieścić dodatkowe 120 milionów ton ludzi oraz 400 milionów ton zwierząt hodowlanych. Przemysł hodowlany globalnie  zużywa 3/4 powierzchni gleby, na której uprawiane są rośliny przeznaczone do konsumpcji - co oznacza, że jedynie 1/4 z nich zjadana jest bezpośrednio przez ludzi. Uprawy na potrzeby hodowli zwierząt odbywają się często nie tylko kosztem roślinnego pożywienia mogącego zaspokoić potrzeby ludzi, ale i tropikalnych lasów zamieszkiwanych przez dzikie gatunki zwierząt. Tutaj pojawia się kolejna ofiara masowej hodowli zwierząt przeznaczonych do konsumpcji - wymieranie gatunków dzikich zwierząt. Następnym pokłosiem przemysłu jest znacznie zwiększone zużycie oraz zanieczyszczenie globalnych zapasów wody. Dla przykładu, do "wyprodukowania" kilograma wołowiny potrzebne jest 15400 litrów wody. Do wyhodowania takiej samej masy pokarmu roślinnego, na przykład kukurydzy, potrzeba 1220 litrów (czyli mniej niż 10% ilości zużywanej do produkcji mięsa) , ziemniaków 290 litrów itd. 
W samych Stanach Zjednoczonych, produkcja mięsa odpowiada za wytwarzanie ilości ścieków 13 razy większej niż ta wytwarzana bezpośrednio przez populację ludzi.
Dodajmy do tego gazy cieplarniane (dwutlenek węgla oraz metan), wytwarzane poprzez hodowlę zwierząt w ilości większej niż sumarycznie produkowane przez przemysł samochodowy, samolotowy i pozostałe formy transportu, a okaże się, że wybór tego co jemy, dla przyszłości naszej planety znaczy tak samo wiele jak planowanie rodziny czy transformacja energetyczna.