piątek, 14 października 2016

Hillary Trump

Z perspektywy europejskiego obserwatora, wybory prezydenckie w USA mogą wydawać się zarówno ekscytujące, jak i mało zróżnicowane z drugiej strony(porównując je choćby do tych odbywających się na starym kontynencie). Przeciętny wyborca amerykański, w trakcie wielu miesięcy przygotować do mianowania nowego prezydenta, poznał kilka nazwisk: Trump, Clinton, Sanders, Cruz, Rubio, wszystkie związane z dwoma dominującymi partiami - Demokratami oraz Republikanami. Ostatecznie, po prawyborach i wykluczeniu wewnątrzpartyjnej konkurencji, w głowach publiki zapisały się dwa nazwiska: Trump i Clinton. Zadbały o to niemal wszystkie, duże, narodowe i międzynarodowe media. Jak to się stało, że świat tak mało słyszał o Jill Stein z Partii Zielonych, Garrym Johnsonie - Libertarianinie, czy niezależnym Evanie McMullinie? Ano żadne z nich nie zostało zaproszone na oficjalne debaty prezydenckie, organizowane przez Comission Of Presidential Debates. Kandydaci, którzy mimo wszystko chcieli skorzystać z wydawało by się naturalnego w demokracji prawa do zaprezentowania swojej platofrmy podczas debaty, nie zostali do niej dopuszczeni, czy wręcz zmuszeni do opuszczenia miejsca w którym ta się odbywała..


Czym jest tak zwana "Komisja Debat Prezydenckich"? Wbrew swojej szumnej i urzędowo brzmiącej nazwie, jest to niezależna korporacja o charakterze non-profit, działająca jednak dzięki hojnym datkom majętnych sponsorów. CPD powstało w roku 1987, z inicjatywy oficjeli dwóch największych partii: Demokratów i Republikanów. Ta organizacja zarządzana przez dominujące w lokalnej polityce środowiska powstała w odpowiedzi na niezadawalające dla niego działania League Of Women Voters, która odpowiadała za debaty od roku 1976. Przełomowym zdaje się być rok 1980, kiedy Jimmy Carter konkurujący z Ronaldem Reaganem zrezygnował ze swojego udziału w debacie, z racji dopuszczenia przez Ligę, mającego ok. 15% poparcia, niezależnego kandydata Johna Andersona. W kolejnych wyborach, w roku 1984, kandydaci z szeregów republikańsko - demokratycznych: Reagan i Mondale kolejno odrzucili 83 nazwiska proponowanych przez Ligę moderatorów debaty. Rok przed kolejnymi wyborami narodziła się Komisja, przewodzona m.in. przez Franka Fahrenkopfa, który - jak sam przyznał podczas konferencji prasowej w 1987: "osobiście wierzy, że kandydaci tzw. trzecich partii powinni być wykluczeni z debat". Symboliczny próg 15% zostaje przyjęty jako warunek konieczny dla dopuszczenia do debaty, w rezultacie kandydaci z partii nie mających za sobą dużego kapitału nie są w stanie w żaden sposób przebić się do świadomości wyborców. Błędne koło zostaje domknięte, a miliony Amerykanów powierza swoje życie ludziom wybieranym zgodnie z filozofią "mniejszego zła". Kolejni lokatorzy Białego Domu różnią się od siebie głównie retoryką, grzecznie realizując interesy lobby zbrojeniowego, energetycznego czy spożywczego.

Czy  można więc winić Amerykanów, że za ich sprawą na czele największego globalnego gracza stanie prymitywny szowinista - ksenofob lub cyniczna manipulatorka? Dotarcie do niezależnych mediów, prezentujących innych, nie związanych  z establishmentem kandydatów wymaga zachodu, a przede wszystkim świadomości, że takowe istnieją. Dopóki o kierunku i formie publicznej debaty decydują prywatne korporacje pod przykrywką niezależnych organizacji takich jak CPD, dopóty możemy mówić o demokracji, conajwyżej fasadowej...

http://www.democracynow.org
http://www.commondreams.org
http://www.truthdig.com
http://www.alternet.org

sobota, 17 września 2016

Pakowanie - sztuka niedoceniana

Zamiast pisać kolejny tekst o tragediach tego świata, postanowiłem podzielić się swoimi doświadczeniami z podróży. Dokładniej rzecz biorąc, przygotowań do podróży, a będąc nawet bardziej precyzyjnym - umiejętnością pakowania. Pakowania efektywnego - dodam, bo wrzucić kilka ciuchów do walizki potrafi chyba każdy. Osobiście, nauczony wszelkiego rodzaju punkowymi wyjazdami, gdzie kawałek miejsca na nadkolu vana jest na wagę złota, zarówno na 2 dniowy, jak i 2 tygodniowy wyjazd pakuję się do jednego plecaka. Po kolei:
Zakładamy wariację wyjazdu na dłużej, w przypadku krótszego.... jest jeszcze łatwiej. 


 


Odzienie wierzchnie
Jedne spodnie, na własną dupę - jeżeli wyjazd wiąże się z graniem koncertów warto drugą parę wrzucić do plecaka. Nie polecam przepacać jedynej pary spodni. Jeżeli wyjazd jest czysto turystyczny, jedne spodnie powinny wystarczyć (jeżeli sezon trafia nam się letni, do plecaka spodzień krótki)
Bluza, na grzbiet - windbreaker/przeciwdeszczówka, jeżeli zwiewny, do plecaka

T-Shirty
Ważna sprawa - nic bardziej reprezentatywnego niż koszulka z ulubioną kapelą (albo z ulubionej firmy): 5/6 szmatek na dwutygodniowy wyjazd powinno być w sam raz - znowu, jeżeli to wyjazd koncertowy, ekstra koszulka do przepocenia w trakcie gigu.

Bielizna
Bokserki (czy slipy, jak kto woli) - analogicznie jak t-shirty: 5/6 par, skarpety - 4/5 par

Kosmetyczka
Wszelkie małe pojemniczki przeznaczone do podróży samolotowych, sprawdzą się rownież w naziemnych wojażach. Maszynka do golenia - jeżeli, elektryczna. Ewentualnie medykamenty, plasterki itd

Gadżety
iPad, jak koledzy przynudzają, można zagrać w Plants vs Zombie. Ładowarki, kable, słuchawki:  najlepiej w małej, poręcznej torebeczce. Mały ręcznik, mokre chusteczki. Wszystko mieści się w dodatkowej, mniejszej kieszeni mojego plecaka. Okulary słoneczne! Nic bardziej frustrujacego niż ich brak.

Pakowanie 
Ciuchy najlepiej zwijać w rulony i pakować systemem: poziomo środkiem i pionowo bokami

Zarządzanie
Żeby cały system się sprawdził, trzeba przygotować się na odpowiednie zarządzanie zasobami.
Bieliznę, najlepiej prać - jeśli jest taka możliwość. Jeśli nie ma,  skarpetki można nosić wpierw na prawej, potem na lewej stronie. Wypranie majtów uda się choćby pod kranem w kiblu na stacji benzynowej. Suszenie przez okno zadziała lepiej niż niejedna suszarka. Na śmierdzące, przepocone rzeczy warto mieć szczelny worek lub odrębną kieszeń (najlepsze plecaki dla surferów, z kieszenią na mokre boardshorty), inaczej świeżynki po jednym dniu mezaliansu również będą capić. T-Shirty należy wymieniać trybem organoleptycznym, nie cyklami. 

Zaryzykował bym stwierdzenie, że ten system sprawdzi się dla każdego, niemniej owy każdy, sam do niego musi się przekonać. Jak wszędzie, i tutaj kierował bym się zasadą: "nie uszczęśliwiajmy nikogo na siłę".. 


wtorek, 21 czerwca 2016

Krótka refleksja o gównianej branży żywieniowej

Wczoraj media społecznościowe aż huczały po informacyjnej eksplozji dotyczącej zarzutu łamania praw pracowniczych w jednej z wegańskich restauracji. Słuszne oburzenie podsycane było dodatkowo oczekiwaniem "etyczności" tego typu biznesu. Sprawa wydaje się być w toku, mnie - bardziej od clue sprawy, przykrywanego warstwami szybkiej informacji, poraziły setki komentarzy, z których płynie dosyć ciekawy wniosek: praca w gastronomii jest pracą gównianą. Na gównianą lub żadną umowę, za gówniane pieniądze i w gównianej atmosferze (bo szybko trzeba wykarmić wymagającego klienta). W związku z powyższym, wszelkie oczekiwania pracownikow tej branży, odnośnie lepszej płacy, stabilnej formy zatrudnienia czy komfortowych warunków, można sobie w dupę wsadzić, wiedzieli bowiem na co się pisali w momencie zatrudnienia. Trudno zarzucić właścicielom rzeczonych biznesów, by owe fakty podczas zatrudniania pracownikow skrywali, jak się bowiem okazuje wszyscy to wiedzą - gastronomia to gówniana branża. 

 

Co natomiast mówi o nas jako o społeczeństwie fakt degradowania wartości pracy ludzi, którzy nas karmią, przygotowują jedzenie, zajmują się rolnictwem (rownież uwłaczającą w oczach dużej części społeczeństwa profesja), gdy tym samym rzutem, wszelkiej maści traderów, korporacyjnych mącicieli czy speców od reklamy awansujemy do grona wykwalifikowanych ekspertów? Zdaję sobie sprawę z naiwności tego pytania, jednocześnie czuję, że powinniśmy je sobie zadać.

piątek, 22 kwietnia 2016

"Światowe media donoszą, że prezydent pierdnął..."

Media społecznościowe,  być może bardziej niż sam internet, zupełnie zmieniły sposób w jaki konsumujemy informacje. Możliwe, że większość z nas właśnie tam, na Twitterze, Facebooku, Tmblerze, wpierw szuka informacyjnego ładunku. Nic w tym zaskakującego - wszystko zagregowane, podane w krótkiej, atrakcyjnej formie, tylko... jakie informacje trafiają do naszych feedów? Zupelnie abstrahując (tym razem) od sprytnych algorytmów wyrzucających nam spersonalizowane treści, sama specyfika powszechności tych narzędzi, sprawia że publicystą zostaje każdy mający dostęp do sieci. Tak egalitarna forma ma oczywiście mnóstwo zalet, niemniej brak reporterskiego zacięcia i dystansu sprawia, że "wiralne" stają się głownie treści emocjonujące oraz łatwe w konsumpcji. W taki oto sposób na wyciagnięcie ręki mam na swoim facebookowym wallu szereg informacji o tym jak Kukiz bluzgał w kuluarach na Zawiszę, co z ambony pierdolił Międlar, jakie bzdury wygadywał Waszczykowski, na próżno jednak szukać choćby informacji o TTIP czy CETA i dotyczących ich ustaleń poczynionych ewentualnie podczas konferencji Polish-American Investment Dialogue, w której niedawno uczestniczyła Premier RP. Trudniej też znaleźć jakieś wzmianki o projekcie Ustawy Antyterrorystycznej, która notabene trafiła, chyba nieco przypadkiem, w ręce organizacji Panoptykon, podczas gdy zdrowy rozsądek podpowiada, że wraz ze wspomnianą transatlantycką umową handlową, powinna być w centrum zainteresowania wszystkich obywateli, bo przecież będzie miała bezpośredni wpływ na ich życie. Inaczej niż majaczenie posłanki Pawłowicz i relacje miedzy Prezydentem RP a prezesem jego partii. Wydaje się, że sami w sobie taki konsumencki nawyk kształcimy, takie też informacje dostajemy rownież od mediów głównego nurtu - emocjonujące, nie rzeczowe.
Ta dominacja formy nad treścią, emocji nad wkładem merytorycznym, rzutuje rownież na nasze polityczne zaangażowanie, które bliższe jest kibolstwu niż uczestnictwu w organizowaniu życia społecznego (że tak idealistycznie to określę). Tym samym - pojęcie lewicy i prawicy zupełnie straciło na znaczeniu, gdy ludzie lewicowo wrażliwi obstają za szowinistycznym Leszkiem Millerem czy oddają głos na neoliberalną Platformę Obywatelską, prawica natomiast inwestuje w socjalizujące gospodarczo Prawo i Sprawiedliwość. W efekcie rownież projektowane pieczołowicie przez spin doktorów kampanie wyborcze są w rzeczywistości niczym innym jak sprawnie zrealizowaną kampanią reklamową grającą na naszych emocjach i usypiającą analityczny zew czy zdrowy rozsądek. 
Chciałbym wierzyć, że powstająca Rada Mediów Narodowych magicznie sprawi, że media publiczne, w odróżnieniu od tych komercyjnych, nie będą działały w imię wskaźników oglądalności i kapitału ręklamodawcow oraz akcjonariuszy, a publicznej misji. Z natury jednak jestem gościem "szklanka-do-połowy-pusta", więc pozostanę przy swoim rytuale codziennego przeszukiwania Twittera oraz śledzenia dodanych do readerów kanałow INFORMACYJNYCH oraz publicystycznych. Papkę zostawię sobie na weekendowy relaks.

piątek, 12 lutego 2016

Kurcząca się planeta

Pierwotnie tekst ten ukazał się w Zielonych Wiadomościach, wydał mi się jednak na tyle istotny, by powielić go na stronach mojego bloga. Problem błyskawicznie zaludniającej się planety i zasobów niewystarczających aby rosnącą populacje wyżywić, pojawia się w zarówno w prasie naukowej jak i w popkulturowej przestrzeni od dawna. Niewydolność czy wręcz szkodliwość obecnego systemu spożywczego zainteresowała świat stosunkowo niedawno, a rozpędu w ostatnim czasie nadał temu niewygodnemu tematowi świetny dokument Cowspiracy.
Poniżej zebrałem kilka faktów, istotnych jeżeli jako gatunek chcemy przetrwać bez konieczności znacznego ograniczenia antropopresji.

Publikacje takie jak  "The Future of Planet Earth: Scientific Challenges in the Coming Century" autorstwa United States Geological Survey (USGS) czy raport z serii  "Global Environment Outlook" autorstwa United Nations Environment Programme (UNEP) zgodnie ostrzegają, że utrzymanie dotychczasowego tempa wzrostu liczebności naszego gatunku sprawi, że oczekiwane 9 miliardów ludzi w roku 2050 będzie dla naszej planety wyzwaniem o wiele ponad jej możliwości. Możliwości produkcji pokarmu, dla którego przewidziana jest maksymalnie 38% powierzchnia planety, będzie znacznie poniżej potrzeb tak ogromnej populacji. Niewystarczające może okazać się również 54 miliardy ton tlenu produkowane corocznie przez rosnące na Ziemi rośliny. Poniżej potrzeb przeżycia i zachowania zdrowia jest również przewidywana ilość czystej wody przypadająca na każdego mieszkańca planety. Do ogromnej ilość produkowanych ścieków oraz odpadów przemysłowych, dodajmy jeszcze naturalną chęć dostosowywania stylu życia do standardów świata zachodniego, wraz z ich zapotrzebowaniem energetyczno-żywnościowym i The Hunger Games wydaje się sielanką.

Opublikowany ponad rok temu w "Proceedings of the National Academy of Sciences" artykuł podważa jednak, by ograniczanie przyrostu naturalnego, samo w sobie było szybkim i łatwym rozwiązaniem gnębiących ludzkość problemów. W chwili obecnej populacja ludzi wrasta równo o 1,2% rocznie, równocześnie populacja zwierząt hodowlanych wrasta w tym samym czasie o 2,4%. W prostym przeliczeniu, do wspomnianego roku 2050 planeta będzie musiała pomieścić dodatkowe 120 milionów ton ludzi oraz 400 milionów ton zwierząt hodowlanych. Przemysł hodowlany globalnie  zużywa 3/4 powierzchni gleby, na której uprawiane są rośliny przeznaczone do konsumpcji - co oznacza, że jedynie 1/4 z nich zjadana jest bezpośrednio przez ludzi. Uprawy na potrzeby hodowli zwierząt odbywają się często nie tylko kosztem roślinnego pożywienia mogącego zaspokoić potrzeby ludzi, ale i tropikalnych lasów zamieszkiwanych przez dzikie gatunki zwierząt. Tutaj pojawia się kolejna ofiara masowej hodowli zwierząt przeznaczonych do konsumpcji - wymieranie gatunków dzikich zwierząt. Następnym pokłosiem przemysłu jest znacznie zwiększone zużycie oraz zanieczyszczenie globalnych zapasów wody. Dla przykładu, do "wyprodukowania" kilograma wołowiny potrzebne jest 15400 litrów wody. Do wyhodowania takiej samej masy pokarmu roślinnego, na przykład kukurydzy, potrzeba 1220 litrów (czyli mniej niż 10% ilości zużywanej do produkcji mięsa) , ziemniaków 290 litrów itd. 
W samych Stanach Zjednoczonych, produkcja mięsa odpowiada za wytwarzanie ilości ścieków 13 razy większej niż ta wytwarzana bezpośrednio przez populację ludzi.
Dodajmy do tego gazy cieplarniane (dwutlenek węgla oraz metan), wytwarzane poprzez hodowlę zwierząt w ilości większej niż sumarycznie produkowane przez przemysł samochodowy, samolotowy i pozostałe formy transportu, a okaże się, że wybór tego co jemy, dla przyszłości naszej planety znaczy tak samo wiele jak planowanie rodziny czy transformacja energetyczna.







piątek, 9 października 2015

"Największa" zaleta JOW

O tym w jaki sposób zastąpienie ordynacji proporcjonalnej większościową (czego wymagają Jednomandatowe Okręgi Wyborcze) wpłynie na obniżenie reprezentacji różnych grup społecznych w parlamencie, zapisano całe arkusze. Każdy - czy to zwolennik, czy przeciwnik tego systemu, wie już, że do parlamentu w Jednomandatowych Okręgach Wyborczych dostaje się "pierwszy na mecie". Zazwyczaj będzie to osobnik wywodzący się z partii na tyle dużej i bogatej, że mógł pozwolić sobie na lokalną akcję promocyjną i wryć się świadomość wyborców ze swojego okręgu. W takim wypadku interesy grupy wyborców kandydata dobiegającego do mety nawet jako drugi, mogą co najwyżej być przedmiotem dyskusji publicznej (dzięki mediom - głównie internetowym) natomiast mniejszą szansę mają stać się tematem sejmowych projektów i legislacji. Zwolennicy natomiast, uznają ten fakt za ofiarę wartą by wyborcy mogli oddać głos na znanego sobie kandydata, a ten był odpowiedzialny bezpośrednio przed nimi. Idea o tyle piękna, co rozmywająca oraz idealizująca rzeczywiste procesy polityczne.
Ten koronny argument, uznawany nawet przez przeciwników JOWów, czyli głosowanie na człowieka zamiast na partię, jest w moim odczuciu o tyle nie trafiony, że to właśnie partia jest platformą polityczną, która przez narzędzia jak na ten przykład dyscyplina partyjna, kreuje w jaki sposób posłowie i kluby parlamentarne pracują w Sejmie. To zwykle partie mają program (choć to zdaje się wychodzić z mody, na rzecz nośnych haseł i populizmu) a twarze pojawiające się w kampanii wyborczej mają być jedynie jego nośnikami. Gdy w ławach sejmowych dochodzi do głosowania, znaczenie ma zazwyczaj spójna polityka partyjna, nie aparycja naszego reprezentanta.
Czym różni się kampania partyjna od kampanii personalnej, widać dosyć dobrze na przykładzie wyborów prezydenckich. Jakkolwiek silne, wyraziste osobowości są atrakcyjne medialnie, plebiscyt zajebistości bardzo często odbywa się kosztem merytorycznej dyskusji. Odpowiedzialność przed wyborcami? Ciekawe jak często wyborcom zdarza się choćby napisać maila do jednego z posłów czy senatorów ze swojego okręgu. Nie bez powodu biura poselskie nie mają ogromnych poczekalni i rozbudowanego systemu umawiania spotkań z wyborcami. Po wrzuceniu głosu do urny 7/8 wyborców ma w dupie politykę, robiąc wyjątki dla rodzinnych kłótni przy imieninowym stole. Nie jestem przekonany, że ograniczenie do jednego mandatu per okręg w tej relacji cokolwiek mogło by zmienić.

środa, 16 września 2015

Nie chce mi się więcej dyskutować o imigrantach



Od niemal miesiąca, polski internet po brzegi wypełnił się opiniami specjalistów od bliskowschodniej polityki. Od idiotów, którzy uciekających przed wojną domową uchodźców, chcą wysyłać do obozów koncentracyjnych albo topić w morzu (nad kretynami prezentującymi podobne poglądy nie warto się pochylać), po strategów, którzy chętnie przyjęli by kobiety i dzieci, silnych zdrowych mężczyzn jednak, odesłali na front aby walczyli - niczym Polscy bohaterowie z popularnych t-shirtów noszonych przez patriotyczną młodzież, o wolność swojej ojczyzny. Taki pogląd, zdaje się być nacechowany arogancją i zupełnym niezrozumieniem sytuacji w Syrii i na Bliskim Wschodzie w ogóle.

Geopolityka, w wersji lite - nie trzeba wertować wiadomości wojskowo-politycznych by mieć podstawową świadomość tego, co aktualnie dzieje się np. w Syrii. Spoglądając na stronę Wikipedii można szybko zauważyć, że nie jest to wojna czarno-biała, tych złych z tymi dobrymi. Nie jest to wojna zgodna z wyobrażeniem polskich patriotycznych romantyków. Jest to konflikt, w który zaangażowanych jest wiele stron, często odmiennych kulturowo, religijnie czy etnicznie. Organizacje islamskie, Kurdowie, Szyici, Sunnici, Chrześcijanie, rebelianci, stronnicy al-Asada. Nawet będąc Syryjczykiem, odważnym i zdecydowanym ginąć za ojczyznę, miałbym chyba spory problem z tym, komu dać się zabić.
Aroganckie bohaterstwo - rozumiem, że zalew biało-czerwonych koszulek z Polską Walczącą przy akompaniamencie nośnych hip-hopowych hitów patriotycznych dodaje skrzydeł odwadze, ale porady kto i za co powinien umierać, z pozycji mieszkańca kraju plasującego się w czołówce najbezpieczniejszych i dostatnich państw świata, brzmi arogancko. Ludzi, którzy mają praktyczne pojęcie czym jest wojna, można by pewnie zebrać w jednej sali gimnastycznej większego liceum w Krakowie, reszta co najwyżej grywała w Medal Of Honor. Proszę więc - nie róbcie sobie wstydu.
Memy - popularne na Facebooku obrazki, naładowane bardziej emocjami niż logiką, to doskonałe narzędzie manipulacji, na podstawie którego powstaje szereg paszkwili publikowanych również w tzw. "prawicowej" prasie. Flaga ISIS wśród grupy uchodźców, zdjęcia agresywnych Muzułmanów taranujących europejskie granice - wystarczy przeciągnąć zdjęcie do okna wyszukiwania grafiki Google, ustawić datę sprzed 2015 i zobaczyć jakimi bzdurami karmi nas Internet, podsycając strach a w efekcie nienawiść.
Hidżra - czyli w tradycji Islamu ucieczka przez prześladowaniem i terrorem, przedefiniowana w Internetach jako sprytna strategia “inwazcji poprzez imigrację”. Oczywiście można swą paranoję popchnąć jeszcze dalej i wierzyć, że Tatarzy, żyjący w Polsce od czasów gdy nasza ojczyzna była jeszcze kolebką multikulturowości i tolerancji w Europie (ehh..), są uśpionymi agentami ISIS. Niemniej strach niemal 40 milionowego, nowoczesnego i bezpiecznego kraju przed niespełna 3 tysiącami (!) uchodźców, to jakiś obłęd.
Projekt Multikulti - marginalizacja mniejszości etnicznych i religijnych z jednej strony, strach przykrywany tzw “polityczną poprawnością” z drugiej, to nie jest najlepsza strategia na integrację kulturową. Błędy Francji czy Anglii mogą jedynie wzbogacić nasze podejście do tego ambitnego projektu. Mamy również tradycję Rzeczpospolitej Obojga Narodów, owocem której we wschodniej Polsce mieszkać może jeszcze  do 3 tysięcy (resztę w latach 40-tych zeszłego wieku, wybił wąsaty bohater części uczestników patriotycznych pochodów..) doskonale zintegrowanych Sunnitów. Nie słyszałem o Szariacie w Rzeszowie ani o zamachowcach-samobójcach w Białymstoku.

Rasizm, nacjonalizm, ksenofobia to różne określenia na jeden mechanizm. Mechanizm uproszczenia i uogólnienia. Sposób na dopasowanie skomplikowanej rzeczywistości do prostych, czarno-białych  szablonów myślowych. Uogólnienie, które wciska ludzi w ramy naszych wyobrażeń: Cygan - złodziej, Arab - terrorysta, Polak - cebulak. Tak jak ja nie czuję się szczególnie związany z ludźmi broniącymi krzyża na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, tak zapewne prowadzący zagazowany po faszystowskiej demonstracji falafel Mahmoud Rai, nie czuje związku z libańskimi terrorystami.
Ten mechanizm, często wynikający z intelektualnego lenistwa, czasami z emocjonalnego impulsu, boli również przy okazji antyfaszystowskich, tolerancyjnych przyjaciół, którzy zapominają czasami, że brak szacunku dla ludzi narodowości polskiej (“cebulaków”) to po prostu forma nacjonalizmu.

Jeżeli oceniać ludzi, to po czynach lub słowach (a i tutaj zachował bym pewien dystans) nie po przynależności etnicznej, kulturowej czy narodowej.