środa, 29 lipca 2015

"Zjednoczeni Stoimy, Podzieleni Padamy"

Narzekanie na kondycję "sceny" hardcore punk jest jednocześnie popularną formą luźnych pogawędek po koncertowych, jak i materiałem do kontestacji dla tych bardziej niezależnych, scenowych myślicieli. Ponieważ punkt widzenia może w sporym stopniu zależeć od tego w jakim zespole grasz, albo na jakie koncerty chadzasz, zaznaczę, że opisuję swoje subiektywne odczucia i swoje zeń związane refleksje.

Dla mnie tendencja ujemna na koncertach hardcore punk rozpoczęła się gdzieś ok. roku 2010-2012. Czyli mniej więcej wówczas gdy zdecydowaliśmy zakończyć "karierę" zespołu. Co prawda rok później stęskniliśmy się za sobą i za graniem na tyle, by powrócić w odświeżonym składzie, świeżą nazwą i przemodelowanymi oczekiwaniami. Teraz, to co utwierdza mnie w przekonaniu o spadającej kondycji tego bajzelku, to fakt że miejsca które odwiedzaliśmy 5-8 lat temu, wypchane wówczas rozentuzjazmowaną młodzieżą, teraz świecą pustkami urozmaiconymi wytrwałymi, lecz nieco już znudzonymi weteranami sceny. Przyczyn może być setki - począwszy od tego, że jesteśmy po prostu słabym zespołem, a na niesprzyjającej demografii kończąc. Jako że wakacje to czas sprzyjający różnym punkowym spędom, było ostatnio sporo okazji by wspólnie ponarzekać - refleksje jakie wykluły się w efekcie, nie będą pewnie szczególnie zaskakujące, ale dla spokojnego sumienia, warte spisania.

Z jednej strony, od długiego czasu w punkrocku brakuje mi czegoś, co do tej pory odróżniało tą scenę od wszystkich innych - idee, wartości, odpowiedzi na potrzebę buntu. Bez nich, hardcore punk staje się kolejnym gatunkiem muzycznym, często na dosyć słabym poziomie. Ową bezideowość zdają się podkreślać rozmaite, popularne zespoły - ich prawo. Jedną z wartości tej sceny zawsze była spora swoboda dla prezentowanych na niej poglądów. Manifestowanie, że w hardcore chodzi o dobrą zabawę i muzykę sprawia jednak, że ta scena nie oferuje kompletnie niczego atrakcyjniejszego niż jakakolwiek inna scena, skupiona na muzyce i zabawie.

Z drugiej strony, od jakiś 10 lat da się zauważyć w scenie coś, co nazwał bym ujednolicaniem wydarzeń scenowych. W Krakowie, gdzie mieszkam, długi czas w różnych klubach, różni organizatorzy robili koncerty posegregowane tematycznie. Z jednej strony crustowe, screamowe, tzw. "zaangażowane" koncerty, z drugiej gigi hardcorowych, straight edge-owych hord, kolejne tough-guy hc, jeszcze inne to klasyczny punk czy tzw. metal core. W efekcie pomiędzy pierwszymi trzema rodzajami imprez zdarzały się migracje publiczności, kolejne dwa natomiast, były już dosyć szczelne. Pamiętam kilka lat temu, gdy chciałem zobaczyć się z moimi przyjaciółmi z Angelreich, czy Odszukać Listopad, na ich koncertach widziałem masę dzieciaków, których nigdy nie widziałem na innych koncertach.
Wydaje się, że takie uporządkowanie jest na korzyść wszystkim: organizatorzy układają line-up pod zaproszoną "gwiazdę", na koncert przychodzą wyłącznie zainteresowani, zmniejsza się też ryzyko ewentualnych nieporozumień wśród "fanów" różnych nurtów hc punka. Dla odbiorców również łatwiej jest pójść na koncert, gdzie zobaczą wyłącznie interesujące ich kapele. Wydaje się, że to absolutnie słuszna linia ewolucji. Ja jednak myślę, że jest zupełnie inaczej.
Nigdy nie chciałem zamykać się w konkretnym nurcie hardcore. Sporo moich znajomych jest zaskoczona, że lubię zarówno Madball, Econochrist, G.I.S.M., Zielone Żabki czy Lagwagon. Ale bez czerpania ze wszystkich źródeł punkrockowych, już dawno stracił bym zainteresowanie tą muzyką. To jest właśnie moja obawa - dzieciaki które wchodzą w scenę, albo w jedną ze "scen" około punkowych, nastawiają się często na konkretny nurt grania, co w naturalny sposób po kilku latach zaczyna być nudne (ile kopii Madball, Youth Of Today czy Discharge można przesłuchać..). Sporo z nich po tym okresie zachwytu, w najlepszym razie szuka innych nurtów, w najgorszym (a co z moich obserwacji wynika - najczęstszym) odpada i szuka swojego miejsca zupełnie gdzie indziej.
Kolejna strata przy takim rozdrobnieniu punkrocka, to strata w warstwie pozamuzycznej. Widać do dosyć wyraźnie w scenie metal coreowej, gdzie idee takie jak D.I.Y. (czyli niemal absolutny fundament hardcore-a), wegetarianizm, ekologia zostały zupełnie wyparte ze świadomości "fanów". To spora ironia, bo przecież to "ojcowie założyciele" tego stylu grania hardcore (Earth Crisis, Morning Again czy nawet późne Black Flag) bardzo mocno podkreślali swoje przywiązanie do idei "more than music".
Wypłowienie imprez punkowych, to zasadniczo kolejny element ułatwiający, czy wręcz zmuszający organizatorów do rozbijania imprez względem stylu grania kapel nań grającym. Cóż bowiem może łączyć ze sobą kapele zupełnie różnych nurtów, nie mających również wspólnego, ideologicznego mianownika? Na imprezach takich jak Fluff Fest, gdzie grają kapele na pierwszy rzut oka z kompletnie różnych bajek, cementem klejącym całą tą konstrukcję jest idea, dyskusja, zaangażowanie w kwestie praw zwierząt, praw ludzi, politykę, straight edge. Dla mnie hardcore punk, bardziej niż scena muzyczna, to platforma, na której można zaprezentować różne muzyczne pomysły, oparte na wypracowanych fundamentach, ale jednak wnoszące również jakąś nową jakość. Platforma na której poza muzyką możemy dzielić się również ideami i pomysłami.

Nigdy nie myślałem, że ten banalny frazes: "united we stand, divided we fall" okaże
się dla mnie tak istotnym motto. Cieszę się, że są organizatorzy koncertów - również w moim mieście, którzy nie boją się zaryzykować i robią imprezy skupiające wszystko co w hardcore punku najfajniejsze - zarówno muzycznie jak i światopoglądowo. Jeżeli ta scena przetrwa kolejne lata, to właśnie dzięki ludziom takim jak oni.

sobota, 16 maja 2015

Dyskusja

Żyjemy w bardzo spolaryzowanych społeczeństwach. Większość z nas ma silną opinię na krążące w dyskursie publicznym kwestie. Osoby nawet zupełnie niereligijne (często anty religijne), z bigoteryjnym zacietrzewieniem stoją za dogmatami, w które święcie wierzą. Często sam jestem temu winien, szczególnie w kwestiach, które traktuję emocjonalnie - vide prawa zwierząt. Posiadanie silnych poglądów i wokalizowanie ich nie jest naturalnie niczym złym i niestosownym. Istnieje natomiast cienka granica pomiędzy przekonaniem do swoich racji i próby ich bronienia w dyskusji, a dewocją i dogmatyzmem, który zamyka nam uszy i oczy na jakiekolwiek obce racje - a w takim przypadku, ciężko określić przerzucanie się z kimś argumentami (a często inwektywami) mianem dyskusji.
Szczęśliwie i zarazem nieco nieszczęśliwie, czasy w których przyszło nam żyć to epoka szybkiej, łatwo dostępnej informacji. Wyciągnij rękę a złapiesz w garść taką ilość wiedzy, że trudno Ci będzie ją udźwignąć. Cała mądrość wypracowana przez miliardy ludzi jest tuż za ekranem komputera, tabletu, smartfona. Dwa kliknięcia stąd znajdziesz argumenty do każdej, prowadzonej przez siebie dyskusji czy też sprzeczki. Szczęśliwie, bo wiedzę, której nasi przodkowie nawet nie mogli powąchać, przy odrobinie farta i poświęconego czasu mogli jej ułamek wydobyć z książek (to taki papierowy relikt minionych czasów), my mamy nanosekundy od siebie. Już nawet nie musimy zasiadać do Teleekspresu, żeby z wujkiem posprzeczać się w związku z ostatnimi wyborami - zarówno ja, jak i wujek mamy potrzebne nam informacje, często nacechowane publicystycznie, w tysiącach newsfeedów na portalach internetowych. Nieco nieszczęśliwie jednak, każdy z nas dotrze do innego, spersonalizowanego newsfeeda. Jeżeli mieliście okazję trafić na książkę The Filter Bubble Eliego Parisera, ewentualnie znacie jakieś jego publikacje, wypowiedzi, na pewno znany Wam jest termin "bańki informacyjnej". Termin ten określa sprytne algorytmy, działające m.in. w wyszukiwarkach Google, Yahoo, na portalach społecznociowych Facebook, Twitter, Google+, czy też w serwisach informacyjnych, które często robią z tego oficjalną zaletę produktu (np. Zite - aplikacja do agregowania newsów, na tablety i smartfony). Algorytm, który na podstawie śladów zostawionych przez nas na różnych portalach (często przetrzymywanych w naszych przeglądarkach internetowych, w formie pliku cookie) buduje pewien obraz użytkownika i zestawia treści spersonalizowane - specjalnie dla Ciebie. Fajnie. Gdy w kłótni na temat globalnego ocieplenia, wklepię hasło "argumenty globalne ocieplenie" w Google, otrzymam szereg naukowych publikacji oraz opinii opowiadających o zagrożeniach oraz antropogenicznych źródłach ocieplenia klimatu. Mój oponent natomiast, wklepując dokładnie to samo hasło, otrzyma zupełnie inne zestawienie wyników - popierające jego tezy. To jest moment w którym oboje znajdujemy się w ideologicznym klinczu i to co dzieje się dalej, ciężko nazwać dyskusją.
Odbiciem spolaryzowanego oraz zideologizowanego społeczeństwa, są też jego, tak zwani przedstawiciele - politycy, budujący swoją tożsamość na głośno wypowiadanych frazesach i słownych utarczkach z przeciwnikiem. Miejsce gdzie dyskusja i konsensus jest potrzebne, można by rzec, że są one pewnego rodzaju niezbędnikiem demokracji, zostały zastąpione przez dogmatyzm i upór.
Pamiętam w szkole podstawowej, na lekcjach Wiedzy o Społeczeństwie uczono mnie, że jedną z podstawowych zasad dziennikarstwa jest bezstronność. Że dobrze napisany tytuł i nagłówek artykułu, to taki który nie wartościuje i nie sugeruje opinii. Dzisiaj wystarczy włączyć TVN24 czy Polsat News (czy inny, dowolny kanał informacyjny) aby usłyszeć jak redaktorzy ostentacyjnie i bez ogródek prezentują swoje sympatie oraz antypatie względem opisywanych zdarzeń czy osób.

Dyskusja powinna dawać nam możliwość znalezienia wspólnego mianownika, możliwość odkrycia wspólnej drogi i pójścia nią na przód. Przerzucanie się argumentami, bez poświęcenia odrobiny uwagi rozmówcy, przypomina raczej przeciąganie liny - jeśli siły są wyrównane, to zostaniemy w miejscu, po dwóch stronach retorycznego frontu. Jakkolwiek ważnym jest by posiadać swoje opinie i dzielić się nimi, warto czasami uwierzyć, że inny punkt widzenia może wzbogacić naszą wiedzę a nie zagrozić naszej tożsamości.

niedziela, 10 maja 2015

Reżim w dobie mediów społecznościowych

Jako że publicystyka nie wychodzi mi być może tak dobrze jak Chrisowi Hedges-owi, dzisiaj postanowiłem zmierzyć się z political fiction.




Przy okazji wyborów, przyszedł mi do głowy taki o to scenariusz:
a co by było, gdyby któryś z kandydatów, któremu uda się zdobyć ..ekhm.. zaufanie społeczne pod postacią oddanych nań głosów, okazał się mieć jaja tak duże, że pojutrze rano większość dotychczasowych ministrów staje przed Trybunałem Stanu i nad nadwiślański kraj nadciąga upragniona sprawiedliwość? Jegomość ten ma spójną i jednorodną wizję tego jak ma funkcjonować państwo i nie zawaha się wcielić jej w życie. Podobne przewroty miały już w historii miejsce, więc można by się do nich ewentualnie odwołać. Mamy więc lojalnych sekretarzy stanu, ludzi honoru z klarownymi poglądami i silnym poczuciu lojalności. Mamy zindoktrynowany aparat państwowy, posłuszne służby porządkowe, a po kilkunastu dniach (w zależności od skuteczności działań i propagandy) zastraszone i potulne społeczeństwo. Teraz mozna spodziewać się powstania rozbudowanych struktur agencji bezpieczeństwa wewnętrznego, które z ewentualnymi dysydentami i wrogami Nowej Wielkiej Polski mogły by się raz-dwa rozprawić. Z tym że aparat ten po części został wyręczony za wczasu. Tak naprawdę wystarczy kilku zmyślnych, pryszczatych użytkowników intersieci, którzy przetrząsnom portale społecznościowe w poszukiwaniu zakazanych wpisów. Nie wiem jak Wy, ale mam wrażenie że w przypadku gdyby głową nowego reżimu został którykolwiek z obecnych kandydatów, najprawdopodobniej jako jeden z pierwszych skończył bym z kulą w potylicy. Obawiam się, że duża cześć moich fejsbukowych znajomych, równie szybko spotkała by się w dziurze z wapnem.
Żyjemy w społeczeństwie bardzo wyrazistym światopoglądowo. Nawet jak ktoś szczególnych poglądów nie ma, to też się tym chwali. Napewno jest to wartościowe dla dobra dyskusji i wymiany poglądów (abstrahując od polskiej skłonności do polaryzowania postaw i zatcietrzewiania się w nich), wartosciowe niestety może byc rownież w wyżej opisanej, abstrakcyjnej sytuacji. Cieżko było by poprostu przenieść ruch oporu do podziemia, internet nie zapomina..

sobota, 28 marca 2015

Abstynencja i antypatriotyzm

Lubię Nie Pić

Wraz ze wzrostem popularności weganizmu, w sieci znaleźć można setki memów i tekstów odpowiadających na irytujące pytania pokroju: "co wy jecie?", "skąd bierzecie białko?", "czy niejedzone krowy nie przejmą kontroli nad światem?". Sam, szczęśliwie z podobnymi pytaniami spotykam się coraz rzadziej, niemniej - jak się okazuje, nie tylko niejedzenie zwierząt wprawia część ludu w nie lada konsternację. Równie zaskakujące może okazać się niepicie alkoholu. Hej, ok - też tam byłem! Gdy w swoich szalonych latach upojenia i upalenia ktoś wspominał mi o niepijących punkach, pukałem się w głowę. Jak trashować bez woodzitsoo? Czym zająć ręce na spotkaniu z ekipą, jak nie szlugiem? Jak bez przysmażenia słuchać i interpretować teksty Pennywise? Niewyobrażalne. Niemniej Straight Edge zaczęło pociągać mnie bardziej i bardziej, w miarę jak obserwowałem moich bliskich znajomych, radzących sobie z używkami coraz gorzej. Autorefleksję uruchomił we mnie - paradoksalnie, mocno imprezowy przyjaciel (który w dalszym ciągu z resztą niczego sobie nie odmawia) szczerym do bólu stwierdzeniem: "stary, ludzie przestają zapraszać nas na domówki, boją się że narobisz gnoju.."

Kilka tygodni później, słuchając Take A Stand od Youth Of Today, pierwszy raz namalowałem sobie iksy na dłoniach. Teraz, 15 lat później, iksy mam wytatuowane w kilku miejscach ciała, i tak naprawdę z łatwością potrafię odpowiedzieć na pytanie - "dlaczego nie pijesz", tylko czasami zwyczajnie nie chce mi się wdawać w dyskusję.
Nie piję, bo lubię być trzeźwy. Lubię mieć kontrolę nad tym co robię i mówię. To zajebiste uczucie (zwłaszcza o poranku po…). Nie piję, bo jak śpiewał Ian MacKaye - mam lepsze rzeczy do roboty. Nie piję/nie palę, bo nie chcę pogłębiać swoich paranoi w relacjach z innymi ludźmi. Nie lubię być pijany, bo trzeźwość ułatwia mi koncentrację nad tym co dzieje się dookoła. Nie piję, bo zbyt łatwo się ogłupić, gdy rzeczywistość cię przygniata. Nie piję, bo prawie wszyscy piją - żaden to punk robić to co prawie wszyscy. Nie piję, bo straight edge-owe t-shirty mają fajniejsze wzory, niż te noszone przez studentów AGH (sorry za stereotypy, studenci). Nie piję, bo widzę co alkohol może robić z ludźmi. Dodatkowo, utwierdziłem się w swojej deklaracji gdy obejrzałem ostatni teledysk Frontside (sam nie wiem dlaczego kliknąłem "play"…)
Poza tym, czy ja pytam kogoś dlaczego pije..?

Antypatriotyzm

Od wielu lat pojęcie patriotyzmu jest przeformatowywane i zawłaszczane przez grupę oszustów, którzy w koszulkach Polski Walczącej czczą niepodległość Polski, by potem na Orlim Gnieździe wspólnie hailować do ulubionych piosenek zespołów wielbiących pana z wąsem. Ciekawe co powiedzieli by na to ramię w ramię maszerujący z nimi w pochodzie weterani z AK… Próżno logiki szukać również w szeregach "patriotycznej"organizacji Falanga, sprzymierzonej 11 listopada z Bolszewikami. Cały tzw. Ruch Narodowy, podbijający serca spragnionej wartości młodzieży, to raczej idiotyczny żart niż przejaw choćby odrobiny szacunku do kraju i jego historii. Paranoiczna masa białych, katolickich bigotów którym bliscy są jedynie inni biali, katoliccy bigoci … równie dobrze mogli by wspólnie mieszkać na księżycu, odseparowani od reszty znienawidzonego przez siebie społeczeństwa (polecam!)
Czy ja jestem patriotą? Czuję się emocjonalnie związany ze swoim regionem. Czuję potrzebę angażowania się w lokalną politykę. W pewien sposób dumny jestem z multikulturowej i tolerancyjnej historii Polski, przyjemnie jest też mieć świadomość, że nasza konstytucja była jednym z pionierów nowoczesnej demokracji w Europie. Czy to już patriotyzm? Nie wiem. Wiem natomiast, że przejaskrawione i nielogiczne postawy, które sprawiają, że czasem wstydzę się swojej polskości, patriotyzmem nie są.

poniedziałek, 2 marca 2015

Bad Hair Day

Jeden z tych dni, gdy wstajesz z łóżka pełen nadziei, życie jednak postanawia sprowadzić cię do poziomu gleby. Myjesz zęby, bo tak powinieneś robić, żeby ci z paszczy nie wypadły inspirowane paradontozą, upuszczasz szczoteczkę wprost na około muszlowy obszar łazienkowej podłogi. W międzyczasie ekspres do kawy, mający przygotować ci najpyszniejszy element poranka, wariuje i przelewa wodę z kawą, zamiast do dzbanka, wprost na kuchenny blat - okazało się, że nie domknąłeś kieszeni z filtrem. Znowu… Nadal nie tracisz nadziei, przecież to tylko ciężki poranek. Jesteś zaspany, masz niewiele czasu, sporo planów i całe to gówno… Postanawiasz wziąć się w garść i spacerem udać  do pracy. Po wyjściu na pole świat zaskakuje cię po raz kolejny - z nieba leje się deszcz. Zajebiście. Nie wracasz po parasol, bo jesteś spóźniony. Chcesz posłuchać pokrzepiającej muzyki, ale jedyne co znajduje się na twojej playliście to Dead Kennedys. Słuchając płyty sprzed ponad 30 lat, z przykrością uświadamiasz sobie jak bardzo teksty zawartych nań kawałków ciągle są aktualne. Nadal toczą się niesprawiedliwe wojny, na których zyskują elity a tracą (czasem i życie) obydwie strony mięsa armatniego. Ludzie w dalszym ciągu są chciwi, w dupie mają bliźnich, a środowisko naturalne znaczy dla nich niewiele w obliczu potencjalnych zysków. W pracy odbijasz się od kilku ścian i wyczekujesz pójścia do domu, gdzie twoją jedyną ambicją jest zrobić sobie obiad i obejrzeć ulubiony serial. Po drodze dowiadujesz się, że koncerty twojego zespołu, na które bardzo liczyłeś strzelił chuj, bo przecież hardcore jest w tak zajebistej kondycji…
Idziesz do sklepu, z nadzieją że kupisz coś naprawdę zajebistego co poprawi twój nastrój, bo przecież żyjemy w zajebistych czasach, gdzie wegański ser możesz kupić w osiedlowym sklepie (nigdy nie sądziłeś, że takowych dożyjesz). To pozytywne zjawisko, nie? Prócz tego, że 98% ludzkości dalej wpierdala mięso, gdzieś mając cierpienie zwierząt i katastrofę ekologiczną zawarte w ich kotlecie. Docierasz do domu, przygotowujesz sobie wymarzony obiad, siadasz przed telewizorem i.. okazuje się, że twój ulubiony serial to powtórka. Włączasz kanał informacyjny a tam karierowi politycy, tak elastyczni, że w przeciągu dwóch ostatnich dekad barwy polityczne zmieniali częściej niż bieliznę, roztaczają śmiałą wizję przyszłości, przyszłości, która przecież nie nadejdzie, bo zdechniemy z głodu lub zarażeni egzotyczną chorobą spowodowaną ocieplającym się klimatem oraz idiotami bojkotującymi szczepienia.  Ci przespali lekcję historii na której reszta uczyła się jak, nim farmacja pchnęła cywilizację do przodu, ludzie dożywali trzydziestki i umierali na przeziębienie. W sumie może taka selekcja była potrzebna. Nie było wówczas trzykrotnego przeludnienia na planecie zwanej Ziemia - co dzień dymanej przez jej mieszkańców. Odpalasz Instagrama, żeby oddać się bezmyślnej rozrywce przeglądania cudzych zdjęć, a tam posty PMA wokalisty popularnej kapeli hardcorowej, który ma tylko te zajebiste dni. Wtedy pękasz. Zamykasz oczy, i pomimo że przecież jesteś przeciwnikiem prawa do posiadania broni, w swojej wyobraźni strzelasz na oślep z ogromnego CKM-a z bogatym zapasem amunicji, W tle słyszysz ostatnią płytę Sheer Terror.. "My only wish, my one desire, set your fucking world on fire.." Bo to jeden z tych dni...

wtorek, 10 lutego 2015

Życie w Sieci

W 2015 świat jest mniejszy niż kiedykolwiek. W zasięgu kliknięcia mamy bieżące informacje z całego świata, punkowe rarytasy z eBaya i kontakt ze znajomymi z drugiej półkuli. Obok wszystkich tych zajebistości, pojawiają się również komplikacje i niedogodności. Możliwość utrzymywania stałego kontaktu z setkami znajomych przez Facebooka, bardzo często okupiona jest niestety spłyceniem wzajemnych relacji. W zamierzchłych czasach, gdy grupa znajomych spotykała się kilka razy w tygodniu, rozmawiała  ze sobą o wszystkim, żyła ze sobą, w jakimś stopniu gwarantowały że poznawaliśmy się na tyle dobrze, by trafnie rozpoznawać swoje wzajemne intencje. Kontakty interaktywne, pozbawione bezpośredniej interakcji, uczą utrzymania dystansu, który przekłada się często na relacje poza internetowe. Sam ze źródełka nowych technologii czerpię pełnymi garściami, więc nie będę gościem, który pierwszy rzuci kamieniem. Niemniej wierzę, że nie jestem pozbawiony krytycznego oglądu i ciągle - może z racji wieku, traktuję je jako narzędzia, nie nową rzeczywistość. Przy tej okazji nie będę pisał o zagrożeniach prywatności - jest już w archiwum kilka tekstów na ten temat. Nie będę również narzekał na ludzi wiszących na swych smartfonach podczas wspólnej kolacji w restauracji, czy też świecących wyświetlaczami w trakcie kinowego seansu - na nich czeka specjalne miejsce w piekle. Czuję natomiast potrzebę, by napisać jak w moim odczuciu Internet próbuje uprościć coś, co z natury jest bardzo skomplikowane - kontakty międzyludzkie.

Przez niemal 10 lat grania koncertów, być może kilka razy zdarzyło nam się inicjować zaproszenie mojego zespołu na jakiś gig. Mieliśmy tyle szczęścia, że zazwyczaj nas po prostu zapraszano. Czasy się nieco zmieniły - być może tylko dla nas, ofert koncertowych jest coraz mniej. Prawdę mówiąc, opierając się jedynie na zaproszeniach, w tej chwili rzadko opuszczali byśmy salę prób. Tak więc chcąc grać, trzeba o sobie przypominać, "wpraszać" się na imprezy. Ktoś, kto zna mnie dobrze, wie jak wiele mnie to kosztuje - nie dlatego że cierpi na tym moja duma, ale dlatego że strach przed byciem nachalnym jest być może moją największą obsesją.
Dokładnie ten sam mechanizm sprawia zapewne, że spora część moich znajomych i ludzi, którzy na jakimś etapie życia mają ze mną kontakt, może postrzegać mnie jako aroganckiego i mało towarzyskiego typa. Oszczędnie inicjuję kontakty, rzadko wysyłam zaproszenia na portalach społecznościowych - nie dlatego, że czuję się od kogokolwiek lepszy, a dlatego, że nie chcę nikogo nadmiernie obciążać swoją osobą.
Wiedzą o tym osoby, które znają mnie od lat, być może dzięki temu są dla moich dziwactw nieco bardziej wyrozumiałe . W stosunku do całej reszty, której niestety nie miałem jeszcze okazji poznać lepiej - która opiera swoje zdanie na mój temat na wrażeniu, czuję z jednej strony: "jebie mnie co o mnie myślisz", co wynika z mojej natury, z drugiej jednak, potrzebę
wytłumaczenia się, bo nieporozumienia pozostawiają pewien niesmak i poczucie niesprawiedliwości.

Część naszego życia, również towarzyskiego przeniosła się do sieci, zapewne tutaj już zostanie. Nie ma sensu z tym szczególnie walczyć - kijem Wisły nie zawrócisz. Niemniej warto chyba pamiętać, by nie budować swojej opinii o drugim człowieku wyłącznie na podstawie internetowego wrażenia, może to dawać obraz poważnie wybrakowany, często nawet mylący.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Bezsensowna idea odpowiedzialności zbiorowej

Nie jestem winien prześladowań Żydów w Polsce, nie ja dyskryminuję Romów, maluję swastyki na murach i krzyczę rasistowskie teksty na meczach mojej ulubionej drużyny. To nie moja wina, że ludzie o kolorze skóry innym niż biały bywają opluwani w moim kraju. Nie czuję się też winny dyskryminacji kobiet, pomimo że jestem mężczyzną. Odpowiedzialność zbiorowa, to idea ułatwiająca klasyfikację ludzi i znajdywanie winnych bliżej niż za ekranem telewizora. To bezrefleksyjny odruch oparty na prostych reakcjach emocjonalnych, o tyle dla ludzi naturalny co też nielogiczny. Jak bowiem za zbrodnie w redakcji Charlie Hebdo popełnioną przez trzech fanatyków religijnych można obwiniać całą, światową społeczność muzułmańską? Społeczność ogromną i zróżnicowaną.

Wyjaśnię jedną rzecz: nie zgadzam się z poglądem, że fundamentalizm islamski miałby byc powodem do deportacji kogokolwiek. Nie zgadzam się rownież, że Islam jest religią dla Europy obcą. Islam był w Europie od dawna, a wbrew podejrzeniom niektórych, wyznawcy tej religii nie koniecznie przypłynęli do granic Europy na oponie, a najcześciej urodzili się tutaj i są obywatelami europejskich krajów. Zgadzam się natomiast, że działania wykraczjące poza wspólnie ustalone w Europie zasady wspołżycia społecznego (często nazywane prawem) powinny być karane i nie chowane za woalą politycznej poprawności. I tak jak radykałowie jakiejkolwiek ideologii (rownież tej uznawanej powszechnie jako natywnie europejskiej) którzy dopuszczają sie zbrodni w imię swoich przekonań powinni stawać przed sądem i być karani (nie deportowani) tak też prawo to powinno dotyczyć w równym stopniu Muzułmanów. Równość wobec prawa wszak, to podstawowa wartość naszej cywilizacji, dlaczego zatem w imię europejskich wartości jednych zbrodniarzy mamy karać w reakcji na ich zbrodnie, a innych deportować i prześladować prewencyjnie?
Pomimo swojej naiwności zdaję sobie sprawę, że nasz projekt multikulturalizmu w Europie nie jest doskonały, zarówno przez wzgląd na irracjonalną czasem polityczną poprawność z jednej strony, jak i marginalizację ekonomiczną z drugiej, w dalszym ciągu wierzę, że antagonizowanie jakiejkolwiek mniejszości w sposób niesprawiedliwy, nie przyczyni się do rozwiązania problemu braku integracji i poczucia wspólnoty (a raczej go pogłębi).