piątek, 4 października 2013

Przepaść pokoleniowa (?)

Do jakiego pokolenia ja należę? Słuchałem kaset magnetofonowych, spędzałem popołudnia w wypożyczalniach VHS, żeby wybrać na wieczór kolejny hit ze Stallone, a o koncertach dowiadywałem się z plakatów, względnie z  telegazety (kto pamięta dział z koncertami RockFan?). Jednocześnie dosyć swobodnie czuję się posługując smartfonem, tabletem, korzystam z portali społecznościowych, kupuję muzykę w iTunes. Pomimo, że pamiętam w jaki sposób porozumiewało się z kumplami na odległość gdy nie było maili i Facebooka (tak! odręcznie pisane listy!), doceniam komfort ułatwionej komunikacji interaktywnej. Nie pasuję do podręcznikowego opisu sceptycznego w stosunku do nowinek technologicznych i opanowanego przez etos zawodowej obowiązkowości X-a, ani do pogrążonego w świecie technologi i "freelance-ingu" Y-ka. Być może dlatego słysząc od swoich rówieśników marudzenie na "dzisiejszą młodzież", moje skojarzenia są pejoratywne. Już to słyszałem. Pod swoim adresem. Z pokolenia na pokolenie, jednocześnie nie zmienia się nic, jak i zmienia się wszystko. Constans jest występowanie pokoleniowych różnic, zmienny jest ich charakter. Czy zatem stajemy się naszymi starymi? Czy to co ongiś było dla nas etosem ("różnimy się od naszych starych, nie powielamy ich błędów") teraz staje się solą w oku? 
Kilka tygodni temu miałem okazję być na Konferecji Nowych Technologii, gdzie jeden z prelegentów zszokował mnie nieco oznajmiając, że nic zdrożnego nie widzi w tym, aby uczestnicy w trakcie prelekcji swobodnie korzystali ze swoich smartfonów. Mało tego, na tę okazję organizator zapewnił dostęp do WiFi. Poradniki socjologiczne, zajmujące się relacjami międzypokoleniowymi, tłumaczą wielozadaniowość pokolenia Y i zaznaczają, że korzystanie ze smartfona podczas pracy, czy nawet podczas rozmowy f2f jest rzeczą zupełnie naturalną i nie jest w żadnym wypadku oznaką barku zainteresowania, szacunku czy zaangażowania. Jakkolwiek rażące wydaje mi się bezustanne korzystanie z telefonu podczas wspólnych posiłków w restauracjach, to robienie zdjęć jedzeniu i natychmiastowe udostępnianie ich na Instagramie i Twitterze weszło już w kanon savoir-vivre XXI wieku. Przełomowe dla mnie były dwie sytuacje, które głęboko utknęły mi w pamięci. W jednej z eleganckich, wegetariańskich restauracji w Malezji w której gościliśmy, byłem świadkiem sceny, w której spora grupa młodzieży spotkała się na kolacji, wyciągnęła smartfony, tablety i bez werbalnego kontaktu ze sobą na wzajem, spędziła jakieś 20 minut. Sytuacja taka trwała do momentu nadejścia starszyzny, wtedy (to zapewne wynik kulturowo warunkowanego szacunku) wszystkie urządzenia zniknęły ze stołu i zaczął się wspólny posiłek. Druga sytuacja, to miejscowy Starbucks i para, która przez godzinę wspólnej konsumpcji kawy i muffinek, nie odezwała się do siebie słowem, podśmiewając się jedynie od czasu do czasu i pokazując sobie coś wzajemnie na ekranach swoich urządzeń. Oburzające? Ci ludzie tak działają. Tak jak ja kiedyś rozwścieczałem rodziców głośnymi sesjami z punkowymi kasetami, tak dzisiejsza młodzież łamie bariery kulturowe doprowadzając swoje starsze koleżeństwo do żółtej febry. Czy możemy ich winić? Nie bądźmy tetrykami - w takiej rzeczywistości się wychowali, dla nich wszystkie te "oburzające" zachowania są zupełnie naturalne.
Sam zapewne nigdy nie przywyknę do świrowania iPhonem podczas wspólnego posiłku a za używanie telefonu w kinie najchętniej uciął bym dłonie, niemniej  chyba o wiele więcej wspólnego mam z tymi niesfornymi dzieciakami niż z wiecznie narzekającymi zgredami.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza