sobota, 17 kwietnia 2010

Two Sides

Jak mówią, każdy kij ma dwa końce. Mając świadomość, że zdarzają się i bardziej skomplikowane gałęzie, posunął bym się do ryzykownego być może stwierdzenia, że tych końców może być znacznie więcej.

Nigdy nie kryłem swoich sympatii politycznych, skierowanych raczej w progresywno, światopoglądowo liberalny, aczkolwiek społecznie odpowiedzialny jej kierunek. Niemniej w sobotę 10.04. 2010 ok godz. 9 czasu lokalnego wszyscy doznaliśmy szoku. Niezależnie od późniejszych reakcji, fakt tragedii w której ginie prawie setka osób, dotknął zdecydowaną więszość myślącej części polskich i światowych społeczności. Straciliśmy sporą część krajowej sceny politycznej. Nie było mi po drodze z prezydentem Kaczyńskim, którego kadencję uważam za mało udaną, abstrahując od wizerunku i obyczajowych potknięć, ale również w kontekście ksenofobicznej polityki zagraniczej dot. stosunków z najbliższymi sąsiadami, oraz wsparcia udzielonego, wbrew społecznemu sprzeciwowi, byłemu prezydentowi Bushowi w Iraku i Afganistanie Nie podobała mi się również PiS-owska koncepcja moralności i absolutyzmy światopoglądowego. Generalnie mógłbym wymieniać co nie podobało mi się w prezydenturze Kaczyńskiego, polityce Aleksandra Szczygło, za czasów jego zwierzchnictwa w Ministerstwie Obrony Narodowej i dojść do wniosku, że prócz być może minister Izabeli Jarugi-Nowackiej, z żadnym z lecących polityków nie łączyły mnie poglądy, wspólna wizja przyszłości Polski cz nawet jednostronna sympatia. Mało tego, większości z nich szczerze życzyłem odsunięcia się z aktywnego życia politycznego kraju, ale do cholery - nie w taki sposób! W sobotę w Smoleńsku nie zginęły decyzje o przedłużeniu kontyngentu w Iraku i Afganistanie, kontrowersyjne wypowiedzi wobec mniejszości seksualnych i wyznaniowych, w sobotę zginęli ludzie, mający rodziny, prowadzący również prywatne życie, być może nie tak bardzo jak niektórym się wydaje, przesiąknięte ideologią i chęcią panowania nad światem.

Ciężko jest trochę odnaleźć się w krajobrazie kraju podzielonego na obozy, gdzie z jednej strony znajdują się żałobnicy, masy w dużej mierze zmanipulowane przez indywidualności upatrujące w tragedii ludzkiej możliwości zbicia politycznego kapitału, tworząc narodowe legendy i pomniki, markowane głównie metką PiS, a z drugiej krzykacze, obwieszczający całemu światu, głównie poprzez bzdurne grupy facebookowe i forumowe sprzeczki, jak niewiele znaczy dla nich życie ludzkie, "skażone" wrogą im ideologią.

Gdy po raz pierwszy usłyszałem o pomyśle pochowania p. Kaczyńskich na krakowskim Wawelu, postukałem się odruchowo po głowie, jako że ze wszystkich dotychczasowych prezydentów wolnej Polski, po 89 roku, ten wcale nie wydał mi się najbardziej zasłużony, w żadnym szczególnym aspekcie. Po drugie ewidentny jest dla mnie podtekst polityczny, mający utwierdzić Polaków w przekonaniu o świetnej prezydenturze Lecha Kaczyńskiego i o jego statusie Męża Stanu, a nie jak dotychczas - kartofla. Przykre to jest, jego śmierć na pewno była osobistą tragedią dla wielu ludzi, a koniec kadencji mógł wyglądać zupełnie inaczej (mógł poświęcić się życiu rodzinnemu, nie twierdzę przecież, że nie był prywatnie świetnym gościem, wspaniałym ojcem i kochającym mężem), ale wykorzystanie jej dla umocnienia upadłej już nieco pozycji partii Jarosława Kaczyńskiego, uważam za co najmniej niesmaczne. Z drugiej jednak strony, argumenty których używają rozszczekani przeciwnicy pochowania pary prezydenckiej w Krakowie ("bo tu dostojnicy i królowie leżą przeca!") kompletnie do mnie nie przemawia, jako że pozycja w jakiej historia umiejscowiła Józefa Piłsudskiego, Kazimierza Wielkiego i całą resztę palestry wcale nie jest dla mnie tak niepodważalna, tak więc fakt, że będzie tam leżał kolejny polityk, którego zasługi są dla mnie co najmniej dyskusyjne, jest mi zupełnie obojętny.

Szopka, tworzona głównie przez czołowe polskie media i rozkręcana przez co najmniej dwie, szczekające na siebie grupy jest naprawdę nieznośna i kompletnie nie pozostawia mi miejsca na odnalezienie się na scenie tych tragicznych wydarzeń, dlatego wolę pozostać z boku, mieć swoje zdanie i zamiast tradycyjnie rozpoczynać dzień od wiadomości z kraju, wolę rozpocząć go od posłuchania sobie muzyki...

SOCIAL UnREST

Pierwszy raz usłyszałem ich na kompilacji, znanej mniej lub bardziej każdemu miłośnikowi Punk Rocka - Complete Studio Recordings Vol. 1 i 2 wydane w 1994 przez Archive Records. Płytki bardzo przekrojowe, ciekawe choćby przez pryzmat przemian stylistycznych przez jaki przechodziła kapela na przestrzeni lat. Generalnie bardzo lubię Hardcore Punka na surowo, dlatego pewnie jedne z moich tzw. all time favorite pozycji to niebieska płyta Adolescents, "Can't Close My Eyes" Youth Of Today czy cała reszta pierwszej fali amerykańskiego Harcore Punk z początku lat 80tych. Social Unrest, w swoich pierwszych, bardziej surowych własnie dokonaniach, nie wybijała się szczególnie na tle innych kapel, szczególnie ze swojej okolicy, gdzie działały hordy jak choćby Tales Of Terror, Flipper czy Cripmshrine, ale późniejsze dokonania, z których ja znam głównie "Before The Fall" i "Now And Forever" są poprostu... piękne? Nie brakuje w nich energii, ale pomysłami, aranżacjami i wokalnymi wyczynami Creetina mogli by obdarować co najmniej kilka dzisiejszych zespołów, stawiających głównie na "marketing", "stylówkę" i "profesjonalizm"..

"..This is not style. This is not fashion. This is Punk....... On the borderline of 1978/1979 spawned Social UnRest. Our suburban origins are something we've never been ashamed of, we wanted to bring Punk from the city streets into the burbs, and that's what we did.."

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza