Zagrożenia, które dają się rozpoznać już na pierwszy rzut oka - autorytarne rządy, zagrożenie wojną, niesprawiedliwość społeczna, ekspansja mocarstw kosztem słabszych, (zbyt) łatwo można sklasyfikować jako powtarzalne, cykliczne i (w dużej mierze słusznie) założyć, że przeminą. Podobnie jak jak przemijały już w wcześniej. Pod spodem jednak, czają się detale, których na próżno szukać w odmętach historii - nie polegamy już na strukturach czysto społecznych, naturalnych, relatywnie stabilnych i trwałych, ale na technologicznych, podatnych na manipulacje czy nawet zniszczenie.
Dynamiczny rozwój modeli AI, informatyczne struktury jako fundament funkcjonowania systemów finansowych, energetycznych, komunikacyjnych czy nawet zarządczych - to są wyzwania z którymi historycznie ludzkość nie miała do czynienia. Być może w rozrachunku, lata po tym jak obecne pokolenia zdążą popełnić już wszystkie swoje błędy, okaże się że jednak unikalność tych wyzwań była podobna jak unikalność wyzwań każdej wcześniejszej epoki. Mam jednak przeczucie, że nie warto czekać na rozliczenie naszej historii tylko wziąć się w garść i zobaczyć co jest do zrobienia. Tym właśnie sposobem odpowiedzialnie pokazać swoją twarz kolejnym pokoleniom, bez potrzeby racjonalizacji naszej bezczynności.
Wszyscy moi ulubieni filozofowie opierali swoją ideę na dychotomii kontroli - czyli, mówiąc prościej: dosyć jasnemu określeniu swojej strefy wpływu. W sposób dosyć zero-jedynkowy. Albo coś leży w twojej strefie wpływu, więc na to wpływasz, albo nie leży, wówczas akceptujesz, nie szarpiąc się niepotrzebnie. Lista rzeczy, które są w pierwszym koszyku, jest bezlitośnie krótka i zawiera właściwie dwa elementy: nasze osądy i nasze reakcje. Pozostałe - od stanu naszego ciała, poprzez zdarzenia polityczne aż po procesy naturalne znajdują się w koszyku akceptacji. Niezupełnie bezwarunkowej, no bo każde niezależne zdarzenie, daje nam możliwość zależnej do nas reakcji, ale mimo wszystko można odnieść wrażenie, że sprawczość jest tu trochę wykastrowana.
Czy ten mechanizm percepcyjny nadal jest aktualny w świecie wielu zależności i nierównych szans - nie wynikających z porządku świata (wbrew temu co może wydawać się wielu fanom Ayan Rand) ale z mechanizmów stworzonych i sztucznie utrzymywanych przez ludzi? I tak i nie. Uważam, że jest silnym fundamentem filozoficznej konstrukcji, niemniej coraz bardziej czuję, że zamiast przełącznika dychotomii (zależne/niezależne) mamy do czynienia z suwakiem wpływu.
Wyobrażam sobie go jako gradient:
- całkowicie zależne ode mnie - opinie i reakcje
- mam wpływ na różnym poziomie - mimo że efekt nie zależy ode mnie, moje działanie na niego wpłynie
- mam wpływ zbiorowy - sam może i niewiele zmienię, ale nie jestem sam
- mam wpływ opóźniony - kropla drąży skałę
- nie mam wpływu - nie ma sensu obrażać się na to, że dzisiaj pada deszcz
Myślę sobie o weganizmie, jako osobistym wyborze - moim i tysięcy innych osób, który w tej sumie ma realne przełożenie na minimalizowanie efektów eksploatacji i realne ograniczenie liczny zabijanych zwierząt. Myślę o kolejnych abolicjonistach, którzy za swojego życia nie zobaczyli efektów swojej walki, ale trudno im odmówić zasług dla społeczeństw XXi XXI wieku. Myślę o bojkotach konsumenckich, które zmieniały polityki wielkich korporacji czy decyzji ciał ustawodawczych. Myślę o tekstach punkowych zespołów, które zmieniały życie tysięcy ludzi.
Być może równie ważna jak dychotomia kontroli jest świadomość rozszerzonej mapy wpływu i koncentracja na tym cytacie Marka Aureliusza:
„Czyń to, co w danej chwili uznajesz za słuszne. Reszta niech będzie taka, jaka będzie.”
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz