poniedziałek, 19 stycznia 2026

Od dychotomii kontroli do mapy wpływu


Zagrożenia, które dają się rozpoznać już na pierwszy rzut oka - autorytarne rządy, zagrożenie wojną, niesprawiedliwość społeczna, ekspansja mocarstw kosztem słabszych, (zbyt) łatwo można sklasyfikować jako powtarzalne, cykliczne i (w dużej mierze słusznie) założyć, że przeminą. Podobnie jak jak przemijały już w wcześniej. Pod spodem jednak, czają się detale, których na próżno szukać w odmętach historii - nie polegamy już na strukturach czysto społecznych, naturalnych, relatywnie stabilnych i trwałych, ale na technologicznych, podatnych na manipulacje czy nawet zniszczenie. 


Dynamiczny rozwój modeli AI, informatyczne struktury jako fundament funkcjonowania systemów finansowych, energetycznych, komunikacyjnych czy nawet zarządczych - to są wyzwania z którymi historycznie ludzkość nie miała do czynienia. Być może w rozrachunku, lata po tym jak obecne pokolenia zdążą popełnić już wszystkie swoje błędy, okaże się że jednak unikalność tych wyzwań była podobna jak unikalność wyzwań każdej wcześniejszej epoki. Mam jednak przeczucie, że nie warto czekać na rozliczenie naszej historii tylko wziąć się w garść i zobaczyć co jest do zrobienia. Tym właśnie sposobem odpowiedzialnie pokazać swoją twarz kolejnym pokoleniom, bez potrzeby racjonalizacji naszej bezczynności.

Wszyscy moi ulubieni filozofowie opierali swoją ideę na dychotomii kontroli - czyli, mówiąc prościej: dosyć jasnemu określeniu swojej strefy wpływu. W sposób dosyć zero-jedynkowy. Albo coś leży w twojej strefie wpływu, więc na to wpływasz, albo nie leży, wówczas akceptujesz, nie szarpiąc się niepotrzebnie. Lista rzeczy, które są w pierwszym koszyku, jest bezlitośnie krótka i zawiera właściwie dwa elementy: nasze osądy i nasze reakcje. Pozostałe - od stanu naszego ciała, poprzez zdarzenia polityczne aż po procesy naturalne znajdują się w koszyku akceptacji. Niezupełnie bezwarunkowej, no bo każde niezależne zdarzenie, daje nam możliwość zależnej do nas reakcji, ale mimo wszystko można odnieść wrażenie, że sprawczość jest tu trochę wykastrowana. 

Czy ten mechanizm percepcyjny nadal jest aktualny w świecie wielu zależności i nierównych szans - nie wynikających z porządku świata (wbrew temu co może wydawać się wielu fanom Ayan Rand) ale z mechanizmów stworzonych i sztucznie utrzymywanych przez ludzi? I tak i nie. Uważam, że jest silnym fundamentem filozoficznej konstrukcji, niemniej coraz bardziej czuję, że zamiast przełącznika dychotomii (zależne/niezależne) mamy do czynienia z suwakiem wpływu.


Wyobrażam sobie go jako gradient: 

  • całkowicie zależne ode mnie - opinie i reakcje
  • mam wpływ na różnym poziomie - mimo że efekt nie zależy ode mnie, moje działanie na niego wpłynie
  • mam wpływ zbiorowy - sam może i niewiele zmienię, ale nie jestem sam
  • mam wpływ opóźniony - kropla drąży skałę
  • nie mam wpływu - nie ma sensu obrażać się na to, że dzisiaj pada deszcz

Być może moja refleksja wynika z przekonania, jak niesprawiedliwa może być nowoczesna, bardzo powierzchowna interpretacja stoickich idei, jako usprawiedliwienia kultu ego, „samorozwoju” obiecującego, że „wszystko zależy od ciebie”. Wręcz machiawelicznego cynizmu, zakładającego, że świat jest jaki jest i naszą rolą jest to wykorzystać dla swojej przewagi. Mam przekonanie, że dodanie gradientu i zwiększenie świadomości tego, że być może jako jednostki startujemy z dosyć ograniczonym arsenałem wpływu na rzeczywistość, ale już jako suma wielu potencjałów, w duchu dobra wspólnego, znacznie bliżej będzie nam do intencji Marka Aureliusza, Epikteta czy wybitnie kosmopolitycznego Zenona, a przede wszystkim do realnej sprawczości tam, gdzie jednostka jej nie ma.

Myślę sobie o weganizmie, jako osobistym wyborze - moim i tysięcy innych osób, który w tej sumie ma realne przełożenie na minimalizowanie efektów eksploatacji i realne ograniczenie liczny zabijanych zwierząt. Myślę o kolejnych  abolicjonistach, którzy za swojego życia nie zobaczyli efektów swojej walki, ale trudno im odmówić zasług dla społeczeństw XXi XXI wieku. Myślę o bojkotach konsumenckich, które zmieniały polityki wielkich korporacji czy decyzji ciał ustawodawczych. Myślę o tekstach punkowych zespołów, które zmieniały życie tysięcy ludzi. 

Być może równie ważna jak dychotomia kontroli jest świadomość rozszerzonej mapy wpływu i koncentracja na tym cytacie Marka Aureliusza:

 „Czyń to, co w danej chwili uznajesz za słuszne. Reszta niech będzie taka, jaka będzie.”

poniedziałek, 24 listopada 2025

Cykle historii uprawomocniają rewolucję

Natłok zdarzeń i podążających za nimi informacji o charakterze depresyjnym wydaje się od kilku lat narastać - wykładniczo. Pandemia i lockdown, atak Rosji na Ukrainę, rzeź palestyńskich cywilów w Gazie, faszyzm w ostoi wolności, katastrofy naturalne związane ze zmieniającym się klimatem - to pewnie tylko wierzchnie nakrycie toczących się na poziomie społeczności i indywidualnych jednostek dramatów. Można by ocenić, że dożyliśmy wyjątkowo trudnych czasów (co z resztą znajduje odzwierciedlenie we wiodącej narracji). W tym samym czasie, żyją jeszcze przedstawiciele pokolenia, które przeżyło Holokaust, głód i wojnę, dając żywy dowód na to, że jako ludzkość byliśmy już w dupie i z niej wyszliśmy.

Historia, jakkolwiek znienawidzona przez wielu na poziomie szkolnego przedmiotu, nudnego i okupionego cierpieniem wykuwania dat na pamięć, dostarcza zdrowej perspektywy: to co się dzieje - nawet w najgorszym wydaniu, miało już miejsce wcześniej. Zmieniają się jedynie detale. Co ważniejsze - upadały imperia i cywilizacje, ale jako ludzkość przetrwaliśmy. Paralele które można wytyczyć na przestrzeni conajmniej 2000 lat są dość wyraźne, w mojej głowie zapewne zabarwione kulturą w której żyję -  zakładam, że nie musi rezonować z każdym.


 

-„Poproś, o co chcesz”

-„ Przesuń się, zasłaniasz mi słońce”


W roku 335 Przed Naszą Erą, Aleksander Wielki rozkazał zrównać z ziemią miasto Teb, zabijając 6000 ludzkich istnień, pozostałe 30000 zniewalając. Władca zupełnie pozbawiony skrupułów, z boskim kompleksem i nieograniczoną władzą. Władzą zapewne pociągającą dla wielu w jego otoczeniu, skapującą dobrobyt i bogactwa dla tych którzy przyklaskiwali i akceptowali barbarzyństwo. 

„Chwilę” wcześniej, w roku 416 P.N.E., imperium Ateńskie, demokratyczne, ale pod przewodnictwem Kleona zgładziło spartańską wyspę Melos, stając się najbardziej wyrazistym archetypem polityki ekspansywnej.

Niemal 400 lat później, „genialny przywódca” Juliusz Cezar, budując swoją wizję hegemonicznego cesarstwa rzymskiego, odpowiada przed historią za czystki etniczne na Eburonach, palenie galijskich miast czy mordowanie politycznych oponentów w satelitarnych krajach. 

Od Aleksandra Wielkiego, poprzez Kleantesa, Cezara, Napoleona, Mussoliniego, Hitlera, aż do Netanyahu, Putina czy Trumpa, historia udowadnia jak ego, pożądanie, chęć posiadania, często również strach i słabość, zasilane przez systemy zarządzania - od demokracji po faszyzm, mogą doprowadzić do tragedii odciskających piętno na kilkutysięcznej historii cywilizacji człowieka.


W każdej z opisanych po krótce sytuacji, w odpowiedzi na zwyrodnienie pojawiał się ruch oporu, który na różne sposoby próbował się z nimi rozprawić.

W egotystycznym świecie Aleksandra hostem nadziei dla wielu był zapewne Diogenes - twórca szkoły filozofii znanej jako Cynizm. Diogenes w radykalny sposób podważał potrzebę posiadania (czegokolwiek), w ten sposób gwarantował sobie pełną niezależność od ówczesnego status quo. Skupiał się na praktycznej cnocie, konfrontował - czasami w obrazoburczy sposób hipokryzję dominującej narracji, wyśmiewał autorytarną władzę i pozorne autorytety. Przeciągając linię do lat 70 i 80 XX wieku, skażony jak wspomniałem własną kulturą, widzę Diogenesa w rewolucyjnych ideach punkrocka, żywych nadal (a może coraz bardziej) w 2025. Bezpośrednimi spadkobiercami idei cynizmu, za sprawą cynika Kratesa, nauczyciela Zenona z Kition, byli stoicy. Stoicyzm, „liftujący” idee i cnoty przyniesione przez Cynizm, nie odrzucał społeczeństwa, ale nie unikał również rewolucyjnego spojrzenia na status quo. Angażował się społecznie na rzecz zmian - skupiając się na swojej strefie wpływu i nie unikając żadnych wyzwań. Brutus - stoik, uczeń Arystona i Katona Młodszego, mąż Procji Katonis (córki Katona), uwolnił świat od Cezara. Seneka przez całe swoje życie próbował okiełznać egotyzm Nerona, Musonius Rufus publicznie krytykował władcę (co w jego czasach było aktem niesamowitej odwagi, doprowadziło z resztą do jego wygnania) czy wspomniany Katon, aktywny „opozycyjny” senator. Po dwóch przeciwległych stronach społecznej perspektywy stali Epiktet - niewolnik, pokazujący, że prawdziwa władza nie wynika ze statusu a samokontroli, i Marek Aureliusz, który zdefiniował coś co dzisiaj nazwali byśmy „servant leadership”. Myśląc o stoikach, myślę o wszelkich ruchach aktywistycznych, które pragmatycznie, a jednak nie w oderwaniu od idei i cnót, poświęcają się dla dobra innych. Myślę o kolejnej iteracji punkrocka - hardcore, który poza podważaniem status quo, krytyką konsumpcjonizmu i konformizmu proponuje również proaktywnie działanie.


Przez tysiące lat ludzkość trapiły katastrofy, wynikające z natury rzeczy, ale również niedoskonałości ludzkich charakterów. Dla innych była to okazja aby wznieść się ponad te niedoskonałości i być przydatnym w kształtowaniu nowej, lepszej przyszłości. Nic tutaj się nie zmieniło, poza detalami i oprawą. Nadal istnieją pokusy i zwyrodnienia wykorzystywane przez ludzi słabych i szanse dla dobrych ludzi by to dobro przekuć w pragmatyczną wartość dla innych.

sobota, 11 czerwca 2022

Szczęście

Trochę Seneki i trochę Churchilla


Obecnie po Ziemi stąpa 7,9 miliarda ludzi. Każda z tych istot, to indywidualna tożsamość, zbiór marzeń i ambicji. Wszystkie, blisko 8 miliardów umysłów, zgodnie z piramidą Maslowa, pragną również uznania. 
Sukces dorobił się conajmniej kilku definicji, przez wielu jednak nadal utożsamiany jest z obrazowym wspięciem się na szczyt, zostaniem zauważonym, podziwianym. Z tej perspektywy, na osiągniecie sukcesu, wspięcie się na szczyt i wbicie flagi, statystycznie - pozwolić sobie może około 10% z nas. To potencjalnie lokuje pozostałe przeszło 7,8 miliarda gdzieś na oblodzonych trudnościami i zanurzonych w nieszczęściu, ścianach góry. 

Kultura w której żyjemy, skazuje nas na myślenie w kategoriach: „jest miejsce na podium i są przegrani”, „zawsze bądź o krok przed pozostałymi”, „uczysz się po to by być najlepszym” itd. Ogniskujemy uwagę naszych dzieci na byciu lepszymi niż rówieśnicy, budujemy w nich przekonanie, że muszą „coś osiągnąć”, betonując jednocześnie przekonanie, że szczęście to coś co na nas czeka, gdy dotrzemy tam gdzie kierowana jest nasza ambicja. W efekcie zanim tam dotrzemy, mamy tego szczęścia niedostatek, skupiamy się przyszłości, która dla 90% nigdy nie nadejdzie. 
Potrzeba bycia docenionym, w świecie w którym doceniani są głównie artyści z wielkich scen, topowi managerowie, celebryci, sportowcy, to potrzeba trudna do spełnienia. Dla wielu niemożliwa. 
Oczekiwania które wpajają nam rodzice, nauczyciele, koleżeństwo, my sami, są toksyczną studnią, nieefektywnie pochłaniającą naszą energię i motywację, często wpędzającą nas  w poczucie frustracji, nierzadko w nałogi. Uczą nas koncentrować swoją uwagę na przyszłości, która mamy nadzieję nadejdzie i przyniesie coś, co przynieść przecież powinna, przepuszczając jednocześnie wszystko to, czego doświadczamy po drodze. 
Ciągłe porównywanie się z innymi, zabija potencjał zauważenia co jest prawdziwą wartością dla nas samych i bez końca oddala od nas perspektywę szczęścia. 

Bardzo lubię tą bluecollarową definicję sukcesu wg Churchila: „jest to umiejetność podnoszenia się po każdej porażce, bez utraty entuzjazmu”. Dorzucił bym swoją własna - sukces to stawanie się coraz lepszą wersją siebie, bez oglądania się na innych i z umiejętnością czerpania radości z każdego kroku tej drogi. 
Czasami warto olać efekt, jeśli proces nie daje satysfakcji. Zamień oczekiwania na nadzieje, skup się na rzeczach ważnych dla siebie, bądź przy tym służebny i pomocny dla innych, a na mecie nie będziesz miał sobie za złe, że Twoje życie nie miało znaczenia.



Jak zwiększyć poziom szczęścia 

Szczęście to stan emocjonalny, wyznaczający kierunek niemal każdej żyjącej istocie. Jest perspektywą napędzające nasze instynkty, dążenie do uczucia przyjemności, na poziomie świadomym regulującym nasze motywacje i plany. Jak zwiększyć poziom szczęścia? Najłatwiej zrobić  - w uproszeniu, identyfikując co daje nam szczęście - tj stanowi dla nas wartość, co nam go nie daje i skupić się na pozbyciu się z życia możliwie wielu rzeczy, czynności, a czasami … ludzi, którzy tej wartości nie wnoszą. Tym samym zwolnimy czas i uwagę na to co dla nas ważne. Gdzie jest pułapka? Unikanie nieprzyjemności to cholernie kaloryczne zajęcie, samo w sobie nie dające szczęścia, odwlekająca jego perspektywę i wzmacniające poczucie dyskomfortu. Życie usłane jest nieprzyjemnościami. Mniejszymi i większymi, takimi których da się uniknąć i takimi, których się nie da. Jak sobie z tym poradzić? Zaakceptować, że życie pełne jest przyjemności i nieprzyjemności. Nie uzależniać od nich swojego poczucia szczęścia i nie tracić czasu i energii na unikanie lub zdobywanie ich za wszelką cenę. Cieszyć się z przyjemności, akceptować nieprzyjemności, mając świadomość, że jedne i drugie przeminą, a po nich przyjdą kolejne. 


Dla mnie to działa. 

poniedziałek, 8 listopada 2021

Najgroźniejszy wróg

Nie będę oryginalny, gdy napiszę, że byłem wkurwionym młodym człowiekiem. Zaryzykuję stwierdzenie, że większość moich znajomych bazowała na podobnych emocjach. Nie wiem czy wszyscy mieliśmy podobne powody wkurwienia, ale większość z nas podobnie sobie z nim radziła - agresją. Niezależnie czy eksplodującą w ulicznych bójkach, na punkowych koncertach czy patologicznym piciu, tak właśnie demonstrowaliśmy naszą złość. A przynajmniej ja tak robiłem. Niezależnie czy była to jazda na deskorolce, picie wódy z kolegami (lub bez), tak naprawdę demonstrowałem swoje wkurwienie. Zapewne nastoletni gówniarz ma masę powodów do bycia wkurwionym, większości z nich nie pomnę, część wydaje mi się z dzisiejszej perspektywy absurdalna, ale ten najbardziej istotny towarzyszy mi nadal i zmusza mnie do codziennej pracy, w mojej głowie.

Jestem przekonany, że nie jest to szczególnie oryginalne, ale odkąd pamiętam, scenariusze nie tylko mojego życia, ale również mojego otoczenia i ludzi w nim żyjących, automatycznie pisały się w mojej głowie. Byłem do nich przywiązany na tyle, że każda "improwizacja", abstrahująca od mojego planu generowała nieznośną frustrację. To trudne, biorąc pod uwagę, że świat to nie projekt, który można zaplanować i kontrolować, a ludzie - niech ich szlag, mają swoje plany i wolną wolę. Wiele lat minęło, zanim udało mi się zidentyfikować tego przebiegłego demona, będącego głównym sprawcą mojego częstego dyskomfortu. Wpierw, szczęśliwie, zorientowałem się, że leczenie emocji używkami może mieć kiepski finał. W kolejnym przebudzeniu, uświadomiłem sobie, że nikt nie lubi być rozliczany ze scenariuszy, których sam sobie nie napisał (chyba, że robi to zawodowo). Kolejny przewrót w mojej głowie - być może najbardziej dotkliwy, pojawił się przy okazji pisania któregoś z kontestujących rzeczywistość tekstów dla mojego zespołu. Moja naiwna wiara, że rewolucyjne, punkowe piosenki, aktywizm i szczere zaangażowanie, realnie zmienią świat, upadła gdy zorientowałem się, że piszę o rzeczach aktualnych i istotnych, o których pisały zespoły 20, 30 lat przede mną. 

Mam wrażenie, że część ludzi miewa wrodzoną zdolność, żeby odpuszczać, albo wręcz mieć gdzieś. Ja nie urodziłem się takim szczęściarzem i sporo czasu minęło, zanim uświadomiłem sobie, że nie wszystko zależy od mojego widzimisię. Mogę zrobić robotę, po swojej stronie, ale oczekiwanie, że przyniesie ona konkretny efekt w moim otoczeniu, muszę zamienić na co najwyżej nadzieję. Jestem przekonany, że moja głowa spędzała (i pewnie często jeszcze spędza) zbyt dużo czasu w przyszłości, rysując plany - często nieosiągalne, bo zależne nie tylko ode mnie, albo w przeszłości, katując się rozpamiętywaniem co poszło nie tak. Wszystko to kosztem uciekającej nieco między palcami teraźniejszości. 


Frustracja i ewentualne jej owoce to nie jedyny, choć może najbardziej spektakularny efekt nieracjonalnych oczekiwań. Innym, równie destrukcyjnym, jest marnotrawstwo czasu jaki konsumuje nam podróżowanie w przyszłość by nakreślać nierealne plany, lub w przeszłość, by rozliczać porażki. Dodam, że strata wynika nie tylko z realnego konsumowania czasu bezwartościowymi czynnościami (w tym wypadku, głównie intelektualnymi), ale również z percepcji czasu, która nie jest równoznaczna z Twoim zegarkiem, a bardziej ze sposobem angażowania mózgu. Upraszczając: skupienie swojego mózgu na poznawaniu świata w okół, w czasie rzeczywistym, względnie wydłuża czas (w naszym postrzeganiu tego wymiaru), podczas gdy chodzenie utartymi ścieżkami (bycie we własnej głowie, wspominki, plany) znacznie go skracają.

Zmiana sposobu w jaki działa nasz mózg to ciężka, czasami nieprzyjemna robota. U podstaw jej powinna leżeć aspiracja, pomóc powinien szereg narzędzi i zdrowe - kaizenowe podejście. Cierpliwie, wytrwale, nóżka za nóżką, ale do przodu.

poniedziałek, 25 października 2021

Czas

Każdego roku, aktywna zawodowo część z nas, poświęca średnio 1800 godzin na tzw pracę. To równowartość 1200 hokejowych meczów, blisko 900 seansów filmowych, około 600 koncertów z kilkoma kapelami na liście, blisko 1800 odcinków serialu, albo po prostu ok 112 dni do zagospodarowania wg własnych potrzeb i fantazji. Zakładając 36% efektywności dnia pracy (średnio przez 2 godziny i 53 minuty pracy jesteśmy produktywni, pozostały czas to zwykle wypełniacze) pozostały czas spędzony w robocie, zarówno z perspektywy pracodawcy jak i pracownika (abstrahując od zobowiązań etatowych) to marnotrawstwo.

Ale nieefektywna “praca” to nie jedyna czarna dziura naszego czasu. Sam również - jak gość obok, konsumuję sporo swojego wolnego czasu na czynności konieczne, ale nie będące dla mnie szczególnie wartościowe (sprzątanie, zakupy, płacenie rachunków itd), co gorsze, część mojego dnia marnowana jest na czynności zupełnie bezwartościowe (scrollowanie Instagrama, szukanie ulubionej koszulki, wracanie do pobliskiego spożywczaka, bo zampomniałem kupić bananów…)
Oczywiście to co dla mnie jest marnotrawstwem, dla Ciebie może być wartością (wyobrażam sobie, jak chodzenie po zakupy 3 razy w ciągu dnia może zasilać pożądane przez smart watcha kroki), więc nie ma uniwersalnego przepisu w jaki sposób odzyskać odrobinę czasu. Mając zatem ambicje by odbić choć trochę cennych minut z czarnej dziury, warto wpierw określić sobie co tak naprawdę jest dla nas wartościowe i na co chcieli byśmy spożytkować oszczędności. Istotne jest również zdefinowanie czynności, które same w sobie nie są dla nas atrakcyjne, ale dzięki nim możemy realizować te dla nas najważniejsze. W ich przypadku warto przyjąć jakąś strategię optymalizacji. Ostatnia grupa, to ta, które nie mają dla nas żadnej wartości, a ich brak nie pozbawi nas możliwości realizowania tego, co tą wartością jest - ich chcemy sukcesywnie, ale bezlitośnie pozbywać.
Korelacja oszczędności czasu z oddziaływaniem na świat, to rozległa sieć. Z jednej strony implikuje ona potencjalne oszczędności zasobów (energia elektryczna, paliwo, nawet woda), z drugiej, poszukując przyczyn wielu zbędnych czynności, znajdziemy obszary naszego życia warte głębszej analizy (ilość rzeczy wymagającej codziennego sprzątania, system planowania zakupów czy np. sztuczne potrzeby generujące niekoniecznie potrzebne zakupy). Niezależnie od naszej definicji wartości, listy priorytetów czy zobowiązań jakie mamy, kluczem do - nazwijmy to dość szumnie: kontroli nad naszym życiem, jest świadomość podejmowanych czynności i decyzji, co będzie w opozycji do częstej jazdy na autopilocie. Inspirująca i zarazem - wierzę, że bardzo pomocna w tym, jest perspektywa dziecka, które wręcz nadużywa pytań pomocnicznych: Po co? Dlaczego? To dobry filtr, jeżeli nie możemy odpowiedzieć na te pytania, z dużym prawdopowobieńswem to co zamierzamy zrobić lub robimy (do czego tymi pytaniami referujemy) najzwyczajniej nie ma sensu i powinniśmy to olać. 
Czy taka, właściwie stała analizaycia jest łatwa? Pewnie nie. Ale jeżeli pozwoli na obejrzenie dodatkowych 432 meczów hokeja lub 324 dodatkowych filmów, albo podzielenie tych, zaoszczędzonych tylko w ramach nieefektywnej pracy 652,5 godzin rocznie, na wartościowy czas spędzony z rodziną czy przyjaciółmi, pomoc innym czy badziej efektywną i sensowną pracę zawodową (nie wiem jak Wy, ale ja swoją lubię), to coś o co warto zawalczyć.

piątek, 2 października 2020

Dlaczego biegniemy szybciej niż kiedykolwiek a licznik stoi w miejscu?

Dlaczego biegniemy szybciej niż kiedykolwiek a licznik stoi w miejscu?


Marzec 2020 - świat zadrżał w obliczu widma pandemii COVID-19: grypopodobnego wirusa, który w ekstremalnych przypadkach zarażenia, grozi poważnymi powikłaniami, nawet śmiercią. Z dnia na dzień ludzkość przypomniała sobie kilka podstawowych zasad higieny a sklepowe półki zaczęły wyglądać jak sceneria apokalipsy zombie. Jak więc udało się zmobilizować miliony ludzi do panicznych czasami działań w obliczu zmutowanej grypy, od lat nie udaje się natomiast w związku z potencjalną zagładą cywilizacji jaką znamy? Kryzys klimatyczny, bo to on właśnie jest aktualnie największym zagrożeniem dla wielu gatunków zamieszkujących tą planetę (w tym dla homo-sapiens), w przeciągu najbliższych kilkudziesięciu lat spowoduje masowe i kaskadowe wymieranie organizmów, susze, migracje, choroby, wojny..


Zeszły rok przyniósł nam imponujący wynik 3200 miliardów ton CO2, to niemal 150% więcej niż w epoce przedprzemysłowej - wiemy już, że to my generujemy problem, mamy również dosyć precyzyjne wytyczne co zrobić żeby to turlanie się w przepaść wyhamować. Co sprawia w takim razie, że nie działamy tak sprawnie jak w obliczu Koronawirusa? Przekaz.




Pozytywny trend


O ile w przypadku postępującej pandemii ładowani jesteśmy jasną informacją: wirus jest groźny, rozprzestrzenia się błyskawicznie i musimy działać radykalnie by się przed nim uchronić, kryzys klimatyczny komunikowany jest w zupełnie innym tonie.

Po pierwsze - przez lata informacja o stanie naszej atmosfery były blokowane przez wpływowe organizacje, których przetrwanie uzależnione jest od utrzymania wysokiego poziomu zużycia paliw kopalnych. Od lat 80 korporacja naftowa Exxon Mobile miała jasne dowody potwierdzające naukowy konsensus o antropocentrycznym wpływie na ocieplający się klimat, jednak inwestowali grube miliony aby fabrykować wątpliwości. 

30 lat później sytuacja zaczyna się zmieniać. Zarówno korporacje naftowe przyznają, że problem istnieje, żeby było tego mało - angażują się w walkę ze skutkami kryzysu. W przeciągu 5 lat zdarzyło się coś o czym 20 lat nie mogłem marzyć - w telewizji pojawiają się reklamy wegańskich produktów, sklepy wielkopowierzchniowe promują wielorazowe torby i opakowania, a sklepy odzieżowe zwiększają zwiększają swój asortyment z bio-materiałów. Biorąc do ręki pierwszy lepszy produkt, po kilku sekundach możesz ocenić czy jest wegański, wytworzony w zrównoważonych warunkach i z ekologicznych materiałów. “Głosuj portfelem” - etos idei bojkotu konsumenckiego i świadomych zakupów wreszcie wszedł na salony i święci triumfy.


Czy na pewno?


Jaki efekt przyniosła nam ta konsumencka rewolucja? Przy takiej mobilizacji powinniśmy zabezpieczyć już przyszłość dla naszych dzieci. Czy można zatem wyłożyć nogi na kawowy stolik i zapalić kubańskie cygaro? No nie bardzo. W 2009 światowi liderzy założyli na bazie istniejących modeli klimatycznych, wzrost temperatury o 2 stopnie Celcjusza (w stosunku do epoki przedprzemysłowej). Model z roku 2015 finiszuje już na 6 stopniach Celcjusza. Przy obecnym poziomie emisji gazów cieplarnianych, krzywa temperatury do roku 2100 cały czas dynamicznie rośnie.


Greenwashing - czyli business as usual


W wiodącym aktualnie paradygmacie ekonomicznym, jeżeli coś zwiększy wartość firmy dla akcjonariuszy, trzeba to zrobić. Jeżeli jest zatem popyt na “zielony biznes”, motywowany troską o świat w którym żyjemy, trzeba to przepakować i sprzedać. 

Wspomniany wyżej Exxon Mobile, wpisując się w zielony trend deklarował ambitne inwestycje w nowoczesne technologie, ograniczające emisje gazów cieplarnianych, niestety audyt przeprowadzony chwilę później, wykazał…ich wzrost. 

“Zrównoważony” to również ostatnio drugie imię szwedzkiego giganta odzieżowego H&M. Firma deklaruje, że do roku 2025, 100% jej produktów powstanie z materiałów pozyskanych i powstałych w zrównoważonych warunkach. Pomóc ma w tym między innymi program zwrotów zużytych ubrań. Niemniej wszystkie ich starania bledną nieco w obliczu nadprodukcji o wartości 4,3 miliardów dolarów, co ciągle solidnie nadwyręża zasoby wody i podnosi emicję CO2 (przemysł odzieżowy odpowiada za ok 8% emocji tego gazu). Ciężko mówić o zrównoważonym rozwoju, gdy główną miarą sukcesu w dalszym ciągu jest bezgraniczny wzrost produkcji i sprzedaży…





Rewolucja


Konsument w XXI wieku jest świadomy: marki, etykiety, sposobu powstawania i dystrybucji. Nie jest jednak świadomy swoich potrzeb. Ten obszar zaopiekowany jest przez przemysł i marketing. Dowiadujemy się o swoich potrzebach z reklam, filmów, seriali, programów śniadaniowych, billboardów. Żyjemy w kulturze ekonomii push - czyli takiej, która wpierw produkuje towar, następnie generuje nań zapotrzebowanie. To co brzmi równie rewolucyjnie jak i… racjonalnie, to przejście w ekonomię pull - w której produkcja uzależniona jest od potrzeb. O tym jak rewolucyjny jest to pomysł, świadczyć może wypowiedź Karla-Johna Perssona - szefa wspomnianej H&M: “ograniczenie konsumpcji może będzie miało mały wpływ na środowisko naturalne, ale ogromny i katastrofalny efekt społeczny”. Serio?


Jak zrobić to mądrze?


Przede wszystkim zmieniając dotychczasową perspektywę: zarówno producentów jak i konsumentów.

Dotychczasowy priorytet bezrefleksyjnego zwiększania wartości firmy, mógłby zostać zastąpiony mądrym, społecznie i ekologicznie odpowiedzialnym rozwojem. Metoda push koncentrująca się na produkcji (a w efekcie często nadprodukcji) powinna zostać zastąpiona metodą pull, a perspektywa produktowców i marketingowców powinna zostać zastąpiona perspektywą konsumentów. Produkt powinien być wytwarzany zgodnie z potrzebami klienta, dobrze by jego jakość maksymalnie zbliżyła się do tej oczekiwanej przez odbiorcę, a ewentualny spadek zysków równoważony może być wykluczaniem marnotrastw (procesowych, magazynowych i nadprodukcyjnych).

Konieczna jest również zmiana postrzegania potrzeb przez samych konsumentów - czyli nas. Proces świadomych zakupów musimy kierować się drogowskazami:

  • czy jest mi to potrzebne
  • czy kupuję optymalną ilość
  • czy mogę to pożyczyć
  • czy kupuję produkt dobrej jakości, wytwarzany w zrównoważonym środowisku i z materiałów możliwie neutralnych dla natury i zdrowia

Celem powinno być to, abyśmy nauczyli się czytać własne potrzeby i możliwie precyzyjnie na nie odpowiadać. Wszystko, poza zużytymi/zepsutymi przedmiotami, co wyrzucamy (żywność, reklamówki) lub wrzucamy do szafy i o tym zapominamy, jest marnotrastwem. Idealnie było by skupić się na wykluczeniu tego z naszych planów zakupowych.



No to jak z tym Koronawirusem?


Nie do końca potrafię wyjaśnić z jakiego powodu informacja o zagrożeniu pandemią sprawia, że bez marudzenia stosujemy się do zaleceń służb sanitarnych - unikamy miejsc publicznych, myjemy ręce po każdym wyjściu z domu, przełykamy odwołanie hokejowych playoffów, z drugiej strony informacja, że hodowla zwierząt jest dominującym kontrybutorem w ocieplaniu klimatu nieco po nas spływa i wcale masowo nie rezygnujemy z produktów zwierzęcych w naszej diecie. Być może przekaz w tym pierwszym przypadku jest znacznie mniej rozmyty niż w przypadku kryzysu klimatycznego? Może zagrożone zyski dużych korporacji są znacznie mocniejszym motywatorem niż perspektywa katastrofy ekologicznej? 

Myślę, że problem jest systemowy - dopóki dla oceny dobrostanu społeczeństwa posługujemy się przestarzałymi wskaźnikami (Produkt Krajowy Brutto - czyli PKB czy też GDP), dopóty wiodącym paradygmatem będzie dbanie o ciągły wzrost - produkcji, zysków a co za tym idzie marnotrastw, zanieczyszczeń, CO2, metanu itd. Myślę, że w odpowiedzialności światowych rządów i wiodących ekonomistów jest przekierowanie uwagi na znacznie bardziej wymierne wskaźniki, np Gross National Happiness (GNH) czyli Szczęście Narodowe Brutto (wiem, w tłumaczeniu nie brzmi najlepiej). Wskaźnik ten prócz dobrobytu materialnego (który zresztą jest bardzo subiektywny) mierzy również:

• zdrowie

• samopoczucie psychiczne

• środowisko

• witalność kulturowa

• witalność wspólnoty

• zarządzanie

• bilans czas

• edukacja


Żyjemy przeładowani, przebodźcowani, zarzuceni obowiązkami co utrudnia nam zwolnienie, rozejrzenie się i refleksję czy to co robimy ma jakiś głębszy sens. A być może rozwiązanie jest właśnie tak proste - przestańmy robić rzeczy, konsumować dobra i organizować sobie czas nie mając przekonania, że to sensowne.

środa, 3 października 2018

Październik

Podczas gdy dla wielu Październik oznacza koniec ciepłych wieczorów, sezonu grillowego, wakacyjnych festiwali i początek ciepłych kocy oraz wyczekiwania wiosny, ja darzę ten miesiąc szczególną sympatią. Jest to miesiąc, w którym bowiem rusza najlepsza liga hokejowa świata, Netflix zbroi swój katalog z horrorami i do woli można obżerać się zupą dyniową. Prócz tego wszystkiego, jest to miesiąc dla mnie szczególnie ważny, ponieważ w tym roku oznacza osiemnastą rocznicę mojej decyzji o byciu trzeźwym. Co roku przy tej okazji staram się walidować czym aktualnie jest dla mnie Straight Edge. Inicjalnie było dla mnie punkową rewolucją i trochę kołem ratunkowym by nie pogrążyć się w alkoholowym nihilizmie - jak duża część społeczeństwa: wówczas i teraz. Te elementy nadal są witalną częścią mojej tożsamości. Prawem młodości jest również pewnego rodzaju egzaltacja, która na pewno była częścią tego, w jaki zaznaczałem swoją odrębność - chcę wierzyć, że obecnie osiągnąłem nieco większą równowagę emocjonalną, co nie oznacza, że sama deklaracja przestała mieć dla mnie znaczenie. Nadal przyjemnie jest nosić straightedge-owe t-shirty. Być może sam temat abstynencji, różnych jej aspektów społecznych itd. nie jest już tak żywy, głównie z powodu kurczącej się społeczności, z którą można się identyfikować i tematykę podgrzewać, pewnie też rutynizacji tego społecznie nienaturalnego zachowania, ale nie uznał bym, że stał się dla mnie mniej ważny. Nadal pomaga mi się skupić na tych rzeczach, tu i teraz, które są istotne, daje poczucie większej samokontroli (choć to zawsze obszar z potencjałem rozwoju) i - będąc zupełnie szczerym, karmi moje punkowe ego nie bycia tak do końca częścią społeczeństwa, z którym tak często rozjeżdżam się wartościami.


21 Październik to znacząca data, której będziemy mogli wybrać kto być może zadba o nasz interes w  samorządach. Trochę inaczej niż scentralizowane ideologiczne potyczki i świstające frazesy, są to wybory w ramach których pośrednio możemy zadecydować jak będzie wyglądało nasze najbliższe sąsiedztwo. Dla mnie jest to perspektywa wstępnych (przed wyborami centralnymi kiedy to proces, który za moment pobieżnie opiszę nabierze tempa) nagabywań z serii "to fajnie, że masz sprecyzowane poglądy i chcesz głosować na ludzi, którzy je reprezentują, ale tym razem trzeba się zmobilizować i zagłosować na mniejsze zło, w innym wypadku przyjdzie to większe i to będzie twoja wina". Czuję, że ta argumentacja ze strony ludzi, z którymi wydawało by się światopoglądowo jest mi po drodze, wkurwia mnie bardziej niż rzesza internetowych trolli próbujących w idiotyczny sposób dewaluować wartości, w które wierzę.


obrazek autorstwa Pause-Designs

wtorek, 17 lipca 2018

Gdy Wszyscy Mówią A Nikt Nie Słucha

Miliony lat temu, relatywnie niska podaż żywności zaprogramowała organizmy żywe jako energooszczędne. Każde zwierze, w tym człowiek, dąży do tego aby minimalnym nakładem energii zaspokoić swoje naturalne potrzeby. Tak, couch potato to zgodna z naszą naturą forma wypełniania czasu, gdy akurat nie jesteśmy w potrzebie zdobywania żywności, terenu lub partnerów. W oparciu o dokładnie ten sam mechanizm działa nasz mózg - organ, który pomimo, że w sposób często niewidoczny, konsumuje ogromne ilości energii. Aby zoptymalizować swoją wydajność, często jest rozproszony a na pojawiające się bodźce reaguje wyuczonym wzorcami. Aby móc „zaparkować” w swoim biernym comfort zone, mózg przyjmując pewien pryzmat postrzegania świata, podświadomie pomija fakty, tak by te zgadzały się z naszą percepcją. W roku 2018, w otoczeniu algorytmów odbierających dla nas personalizowane treści, pozostawanie w tym comfort zone jest jeszcze łatwiejsze. Prócz zamykania się na opinie innych, możemy rownież w pełni merytorycznie (przynajmniej pozornie) wchodzić w intelektualne zwarcia z ludźmi o innych poglądach i wartościach.

Obserwując małe dzieci i ich proces uczenia się świata, łatwo zauważyć, że wykorzystują do tego wszystkie zmysły, ale motorem całego procesu jest jeden organ o specyficznych atrybutach: ciekawski mózg. Umysł otwarty na programowanie, skoncentrowaniu na postrzeganiu rzeczy wokół takimi jakimi są.
Łatwo zaobserwować tendencje naszego umysłu do wyłączania się. Gdy przez chwilę słuchamy wywodu osoby, która z pragmatycznych powodów jest dla nas średnio interesująca, mózg zaczyna błądzić, rozmyślając czym zaraz powinnismy się zając, co zjemy dzisiaj na obiad, jaki nowy serial pojawił sięwczoraj na Netflix i czy napewno zamknąłem drzwi na klucz wychodząc rano do pracy. Jeszcze wyraźniej, gdy wchodząc w „polemikę” z osobą o „wrogich” poglądach, zamiast aktywować procesy analityczne i poznawcze w korze mózgowej, uruchamiamy automatyczne „gadzi mózg” i jego prosty algorytm - „wróg = atakuj lub uciekaj”. Być może tutaj właśnie leży zarzewie wielu konfliktów, tych na tle światopoglądowym, kulturowym czy nawet etnicznym. Aktywne słuchanie, otwarty umysł i bieżąca analiza wydają się być rozwiązaniem zbyt łatwym by traktować je jako panaceum problemów tego świata, warto jednak spróbować, choćby po to by poprawnie ułożyć nasze relacje z najbliższymi nam ludźmi. Szukając konsensusu, łatwiej przecież spojrzeć w tym samym kierunku i nawet różniąc się od siebie, wspólnie poszukać rozwiązań trapiących nas problemów. 
 



Definiując charakterystykę lidera, często ten profil osobowości postrzegamy jako cechujący się silnymi, wyrazistymi poglądami i pełnym przekonaniem we własne racje. W moim przekonaniu nie są to cechy lidera a tyrana. Umiejetność słuchania innych, zauważanie ich potrzeb i oczekwań oraz umiejętne radzenie sobie z własnymi emocjami i pierwotnymi reakcjami - to są cechy których powinnismy szukać w ludziach którym powierzamy swój los.

środa, 21 marca 2018

(Nie tylko) 21 Marca

21 marca 1960, w Sharpeville (RPA), podczas pokojowej demonstracji miejscowej ludności reprezentowanej przez African National Congress (ANC), z rąk policjantów zginęło 69 osób. W samej demonstracji, która w kulminacyjnym momencie osiągnęła liczbę 20 000 uczestników,  czarna społeczność izolowana w mało rozwiniętych ośrodkach urbanistycznych jak Sharpeville właśnie, sprzeciwiała się przepisom ograniczającym migrację do miast i pogłębiającym segregację rasową w apartnheidowej Afryce Południowej,

Rzecznicy policji tłumaczyć będą po zdarzeniu, że punktem zapalnym dla tragicznego zdarzenia były agresywne zachowanie demonstrantów oraz młody wiek i niedoświadczenie wysłanych na barykady policjantów. Zdawało by się, że obydwie strony mają swoje racje. Z tym, że ta fałszywa symetria zakłada, że racje bandyty równe są racjom ofiary.



17 marca 2018, uczestnicząc w proteście przeciwko rasizmowi, mam silne poczucie abstrakcji, jakim cudem w kraju dotkniętym przez ideologię segregacji rasowej i zbrodnie nią inspirowane, nadal konieczne jest odmrażanie sobie tyłka w akcie sprzeciwu przeciwko czemuś z czym nie warto dyskutować. Potrzeba takich reakcji wydaje mi się równie irracjonalna, jak demonstrowanie przeciwko bandziorom okradającym staruszki - narzędziem, które radzić sobie powinno z podobnymi zjawiskami jest prawo karne i służby je egzekwujące. 

Tak było by przynajmniej w idealnym świecie. Nie żyjemy w idealnym świecie. Żyjemy w świecie, w którym do niedawna jeszcze organizacje promujące „separatyzm rasowy” mogły liczyć na wsparcie (również finansowe) partii rządzącej, a niedawny jeszcze minister MSWiA straszy społeczeństwo imigrantami z bliskiego wschodu. Świecie, w którym prezydent prawdopodobnie najpotężniejszego w świecie kraju, założonego z resztą przez imigrantów, odgraża się budową muru blokującego … imigrację. W tym świecie, w którym chore fantazje legitymizowane są przez polityków i media, jedynym rozwiązaniem wydaje się być protest. Protest na ulicy, protest przeciwko absurdalnej symetrii, która chce rasistów i antyrasistów ukazywać jako dwie, równe sobie, zwaśnione strony. Symetrii, która prezentuje „ludzką twarz nacjonalizmu”, dając głos faszystom „zaszczutym przez dyktaturę tolerancji”.






Jeżeli zrezygnujemy z ostracyzmu postaw rasistowskich, ksenofobicznych czy faszystowskich, możemy wrócić - szybciej niż nam się wydaje, do pełnoprawnej dyskusji o tym, czy Żydzi powinni mieć prawo do działalności gospodarczej a czarni mogą korzystać z publicznych toalet…

środa, 7 marca 2018

Dziewczyny Wygrają

Tekst oryginalnie ukazał się w zinie „Wygrać Nowe Życie” #4

Od retoryki “fajna dupa z ryja” po łapanie za intymne części ciała, promowane z resztą przez obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych, brak elementarnego szacunku dla kobiet zdaje się rozlewać pośród naszego "cywilizowanego" społeczeństwa. Trudno - szczególnie facetom, wyobrazić sobie, że ta "niewinna" (bo jedynie werbalna) forma "końskich zalotów" jest w rzeczywistości słowną agresją często wywołującą w adresatkach obrzydzenie czy nawet strach. Dlaczego ten poniżający stosunek do naszych córek, matek, sióstr i żon jest powszechnie tolerowany? Czy jest to przekonanie, że wszystko to jest mniej lub bardziej wysmakowanym, niewinnym żartem, albo formą komplementu? Czy być może jest to kulturowo wyuczona forma zaznaczania naszej męskiej dominacji w świecie coraz bardziej dominowanym przez niewygodną, kobiecą siłę? Najłatwiejsza była by pewnie próba wpisania tego mniej lub bardziej ordynarnego seksizmu, w rezultat popkultury eksponującej półnagie (lub nagie) damskie ciała, mam jednak wrażenie, że niewiele rzadsza ekspozycja ciał męskich nieszczególnie wpływa na pozycję społeczną panów. 

Zdarzyło mi się kilka razy uczestniczyć w kościelnych nabożeństwach związanych ze ślubami moich przyjaciół i właśnie tam słyszałem zwykle dosyć zatrważające instrukcje funkcjonowania tradycyjnej rodziny, gdzie mężczyzna jest "panem domu" a kobieta "usłużną" niewiastą, zmiękczające i kojącą męskie serce. Całości dopełnić może jedynie żart - "panowie, pomagajcie swoim żoną, pozbierajcie czasami swoje brudne skarpetki", będący niejako miarą postępu tej skamieniałej instytucji jaką jest Kościół. Skamieniałej, nadal jednak niestety opiniotwórczej, wspieranej dodatkowo przez legislatorów czuwających pieczołowicie nad łonami i społecznymi rolami pań. Refleksja nad tym, czy źródłem tego seksizmu (ponownie nazywając rzeczy po imieniu) są faktyczne nauki Kościoła, czy też środowisko zdominowane przez patriarchów z nieczynnymi (przynajmniej w założeniu) narządami płciowymi, jest niczym rozważanie czy najpierw było jajko czy kura - szczególnie dla religijnego ignoranta, jakim jestem.  




Pocieszające jest to, że od czasu gdy kobiety wywalczyły sobie prawo udziału w życiu publicznym, zawodowym przeszliśmy długą drogę. Ruchy kobiecie wydają się być przyszłością aktywizmu, dając niespotykane dotąd oręże solidarności. Jaka bowiem inna grupa dyskryminowana i krzywdzona, ma taki potencjał do zjednoczenia się ponad podziałami etnicznymi, światopoglądowymi czy narodowymi?

Od Czarnego Protestu po Women's March, dziewuchy zdają się brać los nas wszystkich w swoje ręcę, a reakcyjny bełkot jak pozornie humorystyczne warsztaty zatytułowane "Jak Być Posłuszną i Uległa Żoną", to ostatnie tchnienie zaszczutej i odchodzącej w niebyt skamieliny.

czwartek, 9 listopada 2017

11 Listopada

Czym jest patriotyzm w czasach pokoju i względnego spokoju? Czy gotowość oddania swoich wygód, a nawet życia symbolom i wzniosłym hasłom to faktycznie praktyczny wymiar przywiązania do społeczności w której żyjemy? Wreszcie – czy to oddanie oferowane przez adeptów ruchów narodowych to chęć szczerego zaangażowania czy jedynie hasła pozostające na poziomie deklaracji?

Obserwacja wydarzeń jak marsze patriotyczne czy działalności organizacji narodowych choćby w social media sugeruje mi, że tożsamość ruchów deklarujących miłość do ojczyzny budowana jest aktualnie przede wszystkim na retoryce animozji i nienawiści to rozmaitych grup zdefiniowanych jako „wrogowie”: od mniejszości seksualnych, „lewaków” aż do cudzoziemców – w tym uchodźców oraz imigrantów. Czy to są tendencje solidarne ze społecznością Polaków, budowaną też przecież przez wspomnianych przeze mnie wyżej, a wykluczanych przez środowiska narodowe ludzi?
W badaniu  CBOS z roku 2015 wywnioskować można, że większość (bo 68 procent badanych) uważało, że migracja ludzi (nawet w celu podjęcia pracy – czyli imigracja zarobkowa) pomiędzy państwami jest korzystna dla tych państw, podając jako jeden z argumentów fakt, że pozytywnie wpływa to na kulturę i poziom tolerancji w społeczeństwach. 63 % Polaków natomiast, w badaniu z roku 2010 wskazało, że homoseksualizm, nawet jeżeli nie jest według nich „naturalny”, to należy go tolerować. W 2017 r. 52 % badanych deklaruje swoje poparcie dla prawa do związków partnerskich dla osób o orientacji homoseksualnej.  Można by z tego wysnuć teorię, że hasła głoszone w imię obrody narodu, z postawą tego narodu nie za bardzo licują. Czym zatem te postawy są? Czy jedynie nośnymi hasłami wokół których można budować polityczne zaplecze? Czy faktycznie negatywne komunikaty i emocje to jedyny sposób budowania tożsamości?


Gdybym w tym miejscu miał zaproponować alternatywę, pokrywającą ten wydawało by się istotny dla postaw patriotycznych obszar społecznej solidarności , czy po prostu troski o współobywateli, to miałbym kilka pomysłów:

Wizerunek – chcąc dać Polakom poczucie dumy wynikającą jedynie z faktu, że są Polakami (jakkolwiek nielogiczna wydawać się może duma z rzeczy na którą nie mieliśmy absolutnie żadnego wpływu), warto było by wziąć pod uwagę, że wedle badań statystycznych te staropolskie przywary jak gościnność i tolerancja są dla nich ważne, więc machanie sztandarami opisującymi kto ma wypierdalać a kto zawiśnie na drzewie sprawi najpewniej, że większość rodaków będąc za granicą, nie będzie chciało jakoś szczególnie epatować swoją narodowością

Obrona – ponieważ aktualnie w naszym regionie panuje względny pokój, prawdziwe zagrożenie czai się wewnątrz – zarówno w procesach legislacyjnych mogących ograniczyć naszą cenną przecież spuściznę wolności i swobody, jak i w grupkach bojówek zagrażających zwykłym obywatelom. Dodam, że nie są to wcale grupki cudzoziemców. Częściej są to grupki „obrońców” narodu właśnie.

Solidarność – żyjemy w społeczeństwie nierówności. Pośród nas są ludzie, którzy mają trudność z zapewnieniem sobie dostatecznej ilości pożywienia, z różnych przyczyn nie mogą znaleźć pracy lub stracili dach nad głową. Troska o nich – praktyczna, nie tylko deklaratywna, była by tym wymiarem solidarności, który doskonale wpisał by się w etykę patriotyczną.

Spuścizna – czyli dbałość o to, żeby naszym dzieciom świat, a przecież również kraj w którym żyjemy jest jego częścią, pozostawić w stanie lepszym (a przynajmniej nie gorszym) niż go zastaliśmy. Troska o środowisko naturalne jest tutaj chyba rzeczą absolutnie nadrzędną, tak więc spychanie problemów związanych z ocieplającym się klimatem, czy bardziej lokalnie – smogiem, do kosza z plakietką „lewackie pierdolenie” jest wobec przyszłości (również narodu) absolutnie nieodpowiedzialna.
Każda z powyższych propozycji może oczywiście zostać przez stereotypowego nacjonalistę potraktowana jako żydomasońska propaganda, nie zmienia to jednak obiektywnego faktu, że nawet średnio inteligentna małpa przyzna, iż wszystkie są bardziej patriotyczne niż rwanie płyt chodnikowych i rzucanie racami w „lewaków”.

środa, 5 kwietnia 2017

Idealizm vs Pragmatyzm

Ludzka natura pełna jest wad, część z nich jesteśmy w stanie moderować, inne zakorzenione są w nas tak głęboko, że nie sposób się ich wyprzeć. Jednym z takich właśnie atrybutów człowieczeństwa jest potrzeba oceny innych. Ich wyglądu, zapachu, zachowania, nawyków - wszystkiego co zostanie zaobserwowane przez nasze zmysły. Na prymitywnym poziomie przetrwania to zapewne przydatny mechanizm, pozwalający np. dobrać odpowiadających nam partnerów, świeże jedzenie czy unikać groźnych sytuacji. Na poziomie bardziej świadomym, często oceniamy innych by dowartościować siebie, a gdy pryzmatem jest coś silnie oddziałującego na nasze emocje, pcha nas w objęcia fanatyzmu. 
To właśnie ta ideologiczna, czy emocjonalna forma oceniania innych jest najtrudniejsza do powstrzymania, bo w jej przypadku zwykle mamy świadomość procesu, ale jednocześnie czując moralne prawo by nie przestawać. Jednocześnie to właśnie ludzie wierzący w szczytne idee, a na ich podstawie chcący zmieniać społeczeństwa, powinny mieć świadomość, że moralizatorstwo ma absolutnie odwrotny skutek.


Gdy w roku 1944 Donald Watson po raz pierwszy użył terminu "vegan", dając jednocześnie początek inicjatywie Vegan Society, zdefiniował "ruch" na bazie relatywnie luźnej definicji "wykluczenia z diety pokarmów pochodzenia zwierzęcego, w tym mleka, jaj i ryb", pociągnął za sobą dosyć liczną grupę zorientowanych na różne cele wegetarian. Część z nich chciała dbać o własne zdrowie, część uważała tą dietę za najlepszą dla planety, a część nie chciała uczestniczyć w krzywdzie zwierząt. W roku 1949 natomiast, gdy kontrolę nad organizacją przejął Leslie J Cross, definicja została nieco zmodyfikowana. Od tego momentu wymagania stawiane aktywistom były bardziej restrykcyjne, a gdy ktoś ich nie spełniał, w oczach Crossa nie mógł zostać uznany "prawdziwym weganinem". W tym czasie liczebność ruchu drastycznie się skurczyła. 
Tej szczególnej formy ostracyzmu z łatwością doświadczamy dzisiaj, choćby na facebookowych grupach dyskusyjnych dotyczących weganizmu, gdzie tabuny neofitów znajdą etycznie wątpliwą firmę kosmetyczną z której produktów korzystasz, zajrzą do twojej kawy i sprawdzą co jada twój kot - wszystko po to aby udowodnić ci jak daleko masz do prawdziwego weganina. Historie o szukaniu "szkodliwej chemii" w składzie solonych chipsów bywają już wesołym smaczkiem dyskusji, dla wielu jednak - szczególnie tych wchodzących w tematykę diety, ekologii czy praw zwierząt, będzie to sygnał, że nie jest to miejsce dla nich. 
W każdym przypadku, gdy nasze działania nastawione są na cel, ważne oczywiście są idee i wartości, nadrzędny jednak jest pragmatyzm. Z perspektywy zwierząt na przykład, nie ma znaczenia czy redukcja uboju następuje z powodów etycznych, zdrowotnych czy po prostu jest wynikiem mody na lansowaną przez gwiazdy dietę. Ma natomiast znaczenie czy ktoś nie uczestniczy w przemyśle hodowli i uboju zwierząt, niemniej czasami zje chipsy z olejem palmowym, lub zgodnie z logiką "wszystko albo nic" stwierdzi, że te chipsy dobrze będą smakowały w zestawie z hamburgerem i mlecznym szejkiem, skoro i tak marny z niego weganin.
Inny wymiar braku tego potrzebnego dla osiągania celu pragmatyzmu jest dis dla wielkich korporacji, bo CEO mają prawa zwierząt w dupie i robią to tylko dla kasy. Jeżeli to oznacza  więcej wegan, mniej mordowanych zwierząt, kogo obchodzą intencje zarządu?? Ludziom z łatwością przychodzi krytyka organizacji takich jak PETA, czy bardziej lokalnie Otwarte Klatki, bo współpracują i promują duże marki, które posiadają jedynie wąski segment etycznych usług, pośród masy "business as usual". Ale to właśnie ogromne sieci proponujące wegańskie kanapki mają potencjał do popularyzacji zjawiska na niespotykaną dotychczas skalę. To czego w tym zakresie dokonały duże sieci jak Whole Foods, Chipotle, Starbucks czy Subway w jakieś 2 lata, lokalne para-indyjskie bary wegetariańskie nie dokonały w 20.

"Ludzie mówią 'Przeszedł bym na weganizm, ale za bardzo lubię ser', więc przejdź na weganizm, poza serem" - ten cytat przewodniczącego Vegan Outreach Jacka Norrisa wielu adeptów "ruchu" przyprawia co najmniej o niestrawność. Jest on jednak esencją wegańskiego pragmatyzmu, skoncentrowanego na maksymalnym, możliwym ograniczeniu cierpienia zwierząt. 

Mnie równie trudno pogodzić się z tą dewizą jak gościowi obok, dlatego przyjmuję następującą zasadę: sam ustalam sobie własne standardy, tak wysokie jak tylko podpowiada mi serce i rozsądek, pozostawiając dokładnie tą samą możliwość innym - bez oceniania.

niedziela, 29 stycznia 2017

Jajko Czy Kura

Wybieramy sobie liderów, którzy reprezentują nasączone nienawiścią i ksenofobią społeczeństwo, czy liderzy propagujący taką właśnie retorykę legitymizują (i prowokują) zachowania społeczne oparte na nienawiści?





Trend wrogości do wszystkiego co nie jest spójne z białym, chrześcijańskim profilem etniczno-tożsamościowym wydaje się być szczególnie dominujący w europejskim i amerykańskim pejzażu społecznym. Od Brexit, poprzez ustawy antyaborcyjne i antyimigrancką retorykę, po Trumpa obsadzającego swoją administrację neonazistami. Horyzont wydaje się być zdominowany przez dyskurs obarczający winą za światowy kryzys "obcych" oraz "lewacką" ideologię otwartości.  Na myśl przywodzi to niemiecki marzec 1933. Wydaje się, że coś co tliło się od lat, powstrzymywane nieco przez "poprawność polityczną", teraz dostało zielone światło i eksplodowało. Pali meczety i bije studentów z wymiany. Demoluje sklepy i domy imigrantów (również polskich) oraz (znów) upolitycznia kobiecie łona. Prawa mniejszości seksualnych zeszły na dalszy plan, bo wątpliwe jest prawo do własnego zdania, jeżeli nie jest ono spójne z dominującym kierunkiem rozumowania.


Często sam jestem ofiarom swojego zbyt dużego zaufania w demokrację i wiary w wartość płynącą z różnorodności światopoglądowej. Nadal wierzę, że monopol paradygmatu i duszenie się we własnej, sztywnej wizji świata nie służy ani społecznemu współżyciu, dialogowi ani jakiemukolwiek rozwojowi. Natomiast sytuacja w której dominująca narracja, mało tego, że niechętnie dopuszcza do głosu innych, orze osiągnięcia, które - jak wierzę, pozwalają nam koegzystować we względnym pokoju, wydaje się być sygnałem alarmowym. Żadne przywileje i prawa nie są nam dane. Są, dopóki je egzekwujemy i ich bronimy.





Czy zatem fala kryzysów gospodarczych, coraz większe rozwarstwienie społeczne, plutokratyczne rządy (często mylnie określane "lewicowymi") były powodem frustracji, sprytnie wykorzystanej przez prawicowych populistów? Czy też nienawiść do wszystkiego co inne i obce głęboko zakorzeniona jest w naszych umysłach i czeka tylko na szansę by objąć stery naszej historii? Uparcie i naiwnie chcę wierzyć, że nienawiść to sprytnie ukierunkowana przez cynicznych demagogów złość.  Trudno było by mi żyć z przekonaniem, że każdy wyborca Trumpa, PiS, Theresy May czy Marine Le Pen to ziejący nienawiścią ksenofob. To oznaczało by, że jakiekolwiek próby wpływania na aktualną rzeczywistość są zupełnie beznadziejne i oznaczają wojnę - my kontra oni.


Bezcelowe Dywagacje Polityczne

Co wybory  naszych liderów mówią o nas samych? Czy faktycznie są oni odbiciem naszej kolektywnej świadomości, albo przynajmniej świadomości tych, którzy do tej roli ich powołali? Było by to pewnie wygodne uproszczenie, dające zarówno oponentom jak i zwolennikom oręże łatwej klasyfikacji całych grup wyborców. Tymczasem wydaje się, że elektorat Prawa i Sprawiedliwości, Platformy Obywatelskiej czy jakiejkolwiek innej partii nie jest jednolitą masą o identycznych motywacjach i oczekiwaniach, a próba takiego uproszczenia to nic innego jak mechanizm myślenia stereotypowego.

Nie ma wątpliwości, że tendencje w polityce europejskiej oraz amerykańskiej w obecnym czasie są skoncentrowane wokół reakcyjnego, konserwatywnego, a często ksenofobicznego nurtu. Niemniej stwierdzenie, że jest to wynik upadku wartości postępowych czy też porażki mało wyrazistych i konsekwentnych środowisk lewicowych, będzie tylko małą częścią prawdy. Tak jak nie da się w łatwy sposób sklasyfikować wyborców danej formacji, nie sposób też wskazać jednej przyczyny (i ewentualnego remedium na nią) tego stanu rzeczy. Najpierw trzeba by rozdzielić motywacje ludzi czynnie uczestniczących w procesach politycznych - na emocjonalne i merytoryczne. Przeważnie w podejmowaniu decyzji towarzyszą nam wszystkim obydwa elementy, niemniej w różnych stosunkach. Biorąc pod uwagę trend memoizacji i infantylizacji przekazu (przy okazji kampanii wyborczych ale również w czasie sankcjonowania, czy też podważania - w przypadku opozycji, rzeczywistości powyborczej) mniemam, że większość odbiorców komunikatów, to ludzie kierujący się głównie emocjami. Tak przynajmniej obstawiają spin doktorzy, co szczególnie widać było w wyborach prezydenckich w USA, gdzie urząd objął gość najpopularniejszy, najgłośniejszy i działający według marketingowej maksymy: "nieważne jak mówią, byle by mówili". Krótkie i proste zabiegi retoryczne ("pozbędziemy się imigrantów", "wysuszymy bagno", "rozbijemy układy"), nazywane czasami "populizmem", zdecydowanie trafiają w emocje i o ile nie zostaną przeanalizowane przez rozum, w łatwy sposób polaryzują odbiorców. Część - zazwyczaj zmęczona status quo, bez namysłu podda się nośnym hasłom, inna część - zrażona hasłami godzącymi w ich wartości, przeciwnie. O ile postać Trumpa może być łatwiejsza do klasyfikacji - z racji na pewnego rodzaju dystynkcję jaką niesie ze sobą amerykański urząd prezydenta i tego jak bardzo postać popularnego biznesmena z niewyparzoną gębą i totalitarnymi zapędami do niej nie przystaje, o tyle różnice pomiędzy dwoma największymi obozami politycznymi w Polsce mogą pozostawiać więcej odcieni szarości.
Przechodząc do drugiej grupy uczestników życia politycznego - tych rządnych informacji merytorycznych, sprawa wydaje się nieco komplikować. Szczególnie z perspektywy partii, która chciała by ze swoim programem wpisać się w potrzeby społeczne, ucząc się ich na podstawie wyników ostatnich wyborów. Klasyczny rozdział (lewica - prawica) wydaje się nie mieć zastosowania w przypadku partii, które (nawet jeżeli na poziomie deklaratywnym tylko) są jednocześnie postępowe społecznie (czyli klasycznie kojarzone z lewicą) a liberalne gospodarczo (klasycznie konserwatywna polityka fiskalna kojarzona z prawicą), lub odwrotnie. Być może rozdział dwuosiowy (Lewica, Prawica, Populiści, Libertarianie) bardziej przystaje do czasów w których żyjemy, wydaje mi się jednak, że ilość informacji i zmiany społeczno-gospodarcze przed jakimi stoimy generują nieco inny rozdział:

  • Widzów - którym do podjęcia decyzji wystarczy dobry spektakl i nośne hasła
  • Analityków - którzy przed podjęciem decyzji przeanalizują program wyborczy, wycieki z WikiLeaks, stos artykułów z portali internetowych i raporty finansowe kandydatów
  • Wiernych Wyborców - którzy od lat głosują na swoją partię, niezależnie jaki program i jakie hasła aktualnie ona promuje
Jak pisałem wyżej, każdy z nas może mieć cechy ze wszystkich tych grup, tyle że w różnym stopniu dominujące nasz proces decyzyjny.
Na pytanie w jaki sposób politycy powinni reagować na tak zróżnicowany profil wyborców, nie ma chyba dobrej odpowiedzi. Być może autentyczna propozycja wartości, w które sami wierzą, podana w przejrzystej i rzeczowej formie ma największą szansę na to, by każde z ugrupować zbudowało swój własny elektorat. Aktualna taktyka generowania strachu, tworzenia medialnego show sprawia, że często rozsądni ludzie podejmują mało rozsądne decyzje.  Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że w dobie społecznych zawiłości, triumfu bezsensownej w polityce roli spin doktorów i ludzkiej tendencji do stereotypowania, to jest naiwne myślenie życzeniowe porównywalne z tym, abyśmy wszyscy byli szczęśliwi, piękni i bogaci.

piątek, 14 października 2016

Hillary Trump

Z perspektywy europejskiego obserwatora, wybory prezydenckie w USA mogą wydawać się zarówno ekscytujące, jak i mało zróżnicowane z drugiej strony(porównując je choćby do tych odbywających się na starym kontynencie). Przeciętny wyborca amerykański, w trakcie wielu miesięcy przygotować do mianowania nowego prezydenta, poznał kilka nazwisk: Trump, Clinton, Sanders, Cruz, Rubio, wszystkie związane z dwoma dominującymi partiami - Demokratami oraz Republikanami. Ostatecznie, po prawyborach i wykluczeniu wewnątrzpartyjnej konkurencji, w głowach publiki zapisały się dwa nazwiska: Trump i Clinton. Zadbały o to niemal wszystkie, duże, narodowe i międzynarodowe media. Jak to się stało, że świat tak mało słyszał o Jill Stein z Partii Zielonych, Garrym Johnsonie - Libertarianinie, czy niezależnym Evanie McMullinie? Ano żadne z nich nie zostało zaproszone na oficjalne debaty prezydenckie, organizowane przez Comission Of Presidential Debates. Kandydaci, którzy mimo wszystko chcieli skorzystać z wydawało by się naturalnego w demokracji prawa do zaprezentowania swojej platofrmy podczas debaty, nie zostali do niej dopuszczeni, czy wręcz zmuszeni do opuszczenia miejsca w którym ta się odbywała..


Czym jest tak zwana "Komisja Debat Prezydenckich"? Wbrew swojej szumnej i urzędowo brzmiącej nazwie, jest to niezależna korporacja o charakterze non-profit, działająca jednak dzięki hojnym datkom majętnych sponsorów. CPD powstało w roku 1987, z inicjatywy oficjeli dwóch największych partii: Demokratów i Republikanów. Ta organizacja zarządzana przez dominujące w lokalnej polityce środowiska powstała w odpowiedzi na niezadawalające dla niego działania League Of Women Voters, która odpowiadała za debaty od roku 1976. Przełomowym zdaje się być rok 1980, kiedy Jimmy Carter konkurujący z Ronaldem Reaganem zrezygnował ze swojego udziału w debacie, z racji dopuszczenia przez Ligę, mającego ok. 15% poparcia, niezależnego kandydata Johna Andersona. W kolejnych wyborach, w roku 1984, kandydaci z szeregów republikańsko - demokratycznych: Reagan i Mondale kolejno odrzucili 83 nazwiska proponowanych przez Ligę moderatorów debaty. Rok przed kolejnymi wyborami narodziła się Komisja, przewodzona m.in. przez Franka Fahrenkopfa, który - jak sam przyznał podczas konferencji prasowej w 1987: "osobiście wierzy, że kandydaci tzw. trzecich partii powinni być wykluczeni z debat". Symboliczny próg 15% zostaje przyjęty jako warunek konieczny dla dopuszczenia do debaty, w rezultacie kandydaci z partii nie mających za sobą dużego kapitału nie są w stanie w żaden sposób przebić się do świadomości wyborców. Błędne koło zostaje domknięte, a miliony Amerykanów powierza swoje życie ludziom wybieranym zgodnie z filozofią "mniejszego zła". Kolejni lokatorzy Białego Domu różnią się od siebie głównie retoryką, grzecznie realizując interesy lobby zbrojeniowego, energetycznego czy spożywczego.

Czy  można więc winić Amerykanów, że za ich sprawą na czele największego globalnego gracza stanie prymitywny szowinista - ksenofob lub cyniczna manipulatorka? Dotarcie do niezależnych mediów, prezentujących innych, nie związanych  z establishmentem kandydatów wymaga zachodu, a przede wszystkim świadomości, że takowe istnieją. Dopóki o kierunku i formie publicznej debaty decydują prywatne korporacje pod przykrywką niezależnych organizacji takich jak CPD, dopóty możemy mówić o demokracji, conajwyżej fasadowej...

http://www.democracynow.org
http://www.commondreams.org
http://www.truthdig.com
http://www.alternet.org

sobota, 17 września 2016

Pakowanie - sztuka niedoceniana

Zamiast pisać kolejny tekst o tragediach tego świata, postanowiłem podzielić się swoimi doświadczeniami z podróży. Dokładniej rzecz biorąc, przygotowań do podróży, a będąc nawet bardziej precyzyjnym - umiejętnością pakowania. Pakowania efektywnego - dodam, bo wrzucić kilka ciuchów do walizki potrafi chyba każdy. Osobiście, nauczony wszelkiego rodzaju punkowymi wyjazdami, gdzie kawałek miejsca na nadkolu vana jest na wagę złota, zarówno na 2 dniowy, jak i 2 tygodniowy wyjazd pakuję się do jednego plecaka. Po kolei:
Zakładamy wariację wyjazdu na dłużej, w przypadku krótszego.... jest jeszcze łatwiej. 


 


Odzienie wierzchnie
Jedne spodnie, na własną dupę - jeżeli wyjazd wiąże się z graniem koncertów warto drugą parę wrzucić do plecaka. Nie polecam przepacać jedynej pary spodni. Jeżeli wyjazd jest czysto turystyczny, jedne spodnie powinny wystarczyć (jeżeli sezon trafia nam się letni, do plecaka spodzień krótki)
Bluza, na grzbiet - windbreaker/przeciwdeszczówka, jeżeli zwiewny, do plecaka

T-Shirty
Ważna sprawa - nic bardziej reprezentatywnego niż koszulka z ulubioną kapelą (albo z ulubionej firmy): 5/6 szmatek na dwutygodniowy wyjazd powinno być w sam raz - znowu, jeżeli to wyjazd koncertowy, ekstra koszulka do przepocenia w trakcie gigu.

Bielizna
Bokserki (czy slipy, jak kto woli) - analogicznie jak t-shirty: 5/6 par, skarpety - 4/5 par

Kosmetyczka
Wszelkie małe pojemniczki przeznaczone do podróży samolotowych, sprawdzą się rownież w naziemnych wojażach. Maszynka do golenia - jeżeli, elektryczna. Ewentualnie medykamenty, plasterki itd

Gadżety
iPad, jak koledzy przynudzają, można zagrać w Plants vs Zombie. Ładowarki, kable, słuchawki:  najlepiej w małej, poręcznej torebeczce. Mały ręcznik, mokre chusteczki. Wszystko mieści się w dodatkowej, mniejszej kieszeni mojego plecaka. Okulary słoneczne! Nic bardziej frustrujacego niż ich brak.

Pakowanie 
Ciuchy najlepiej zwijać w rulony i pakować systemem: poziomo środkiem i pionowo bokami

Zarządzanie
Żeby cały system się sprawdził, trzeba przygotować się na odpowiednie zarządzanie zasobami.
Bieliznę, najlepiej prać - jeśli jest taka możliwość. Jeśli nie ma,  skarpetki można nosić wpierw na prawej, potem na lewej stronie. Wypranie majtów uda się choćby pod kranem w kiblu na stacji benzynowej. Suszenie przez okno zadziała lepiej niż niejedna suszarka. Na śmierdzące, przepocone rzeczy warto mieć szczelny worek lub odrębną kieszeń (najlepsze plecaki dla surferów, z kieszenią na mokre boardshorty), inaczej świeżynki po jednym dniu mezaliansu również będą capić. T-Shirty należy wymieniać trybem organoleptycznym, nie cyklami. 

Zaryzykował bym stwierdzenie, że ten system sprawdzi się dla każdego, niemniej owy każdy, sam do niego musi się przekonać. Jak wszędzie, i tutaj kierował bym się zasadą: "nie uszczęśliwiajmy nikogo na siłę".. 


wtorek, 21 czerwca 2016

Krótka refleksja o gównianej branży żywieniowej

Wczoraj media społecznościowe aż huczały po informacyjnej eksplozji dotyczącej zarzutu łamania praw pracowniczych w jednej z wegańskich restauracji. Słuszne oburzenie podsycane było dodatkowo oczekiwaniem "etyczności" tego typu biznesu. Sprawa wydaje się być w toku, mnie - bardziej od clue sprawy, przykrywanego warstwami szybkiej informacji, poraziły setki komentarzy, z których płynie dosyć ciekawy wniosek: praca w gastronomii jest pracą gównianą. Na gównianą lub żadną umowę, za gówniane pieniądze i w gównianej atmosferze (bo szybko trzeba wykarmić wymagającego klienta). W związku z powyższym, wszelkie oczekiwania pracownikow tej branży, odnośnie lepszej płacy, stabilnej formy zatrudnienia czy komfortowych warunków, można sobie w dupę wsadzić, wiedzieli bowiem na co się pisali w momencie zatrudnienia. Trudno zarzucić właścicielom rzeczonych biznesów, by owe fakty podczas zatrudniania pracownikow skrywali, jak się bowiem okazuje wszyscy to wiedzą - gastronomia to gówniana branża. 

 

Co natomiast mówi o nas jako o społeczeństwie fakt degradowania wartości pracy ludzi, którzy nas karmią, przygotowują jedzenie, zajmują się rolnictwem (rownież uwłaczającą w oczach dużej części społeczeństwa profesja), gdy tym samym rzutem, wszelkiej maści traderów, korporacyjnych mącicieli czy speców od reklamy awansujemy do grona wykwalifikowanych ekspertów? Zdaję sobie sprawę z naiwności tego pytania, jednocześnie czuję, że powinniśmy je sobie zadać.

piątek, 22 kwietnia 2016

"Światowe media donoszą, że prezydent pierdnął..."

Media społecznościowe,  być może bardziej niż sam internet, zupełnie zmieniły sposób w jaki konsumujemy informacje. Możliwe, że większość z nas właśnie tam, na Twitterze, Facebooku, Tmblerze, wpierw szuka informacyjnego ładunku. Nic w tym zaskakującego - wszystko zagregowane, podane w krótkiej, atrakcyjnej formie, tylko... jakie informacje trafiają do naszych feedów? Zupelnie abstrahując (tym razem) od sprytnych algorytmów wyrzucających nam spersonalizowane treści, sama specyfika powszechności tych narzędzi, sprawia że publicystą zostaje każdy mający dostęp do sieci. Tak egalitarna forma ma oczywiście mnóstwo zalet, niemniej brak reporterskiego zacięcia i dystansu sprawia, że "wiralne" stają się głownie treści emocjonujące oraz łatwe w konsumpcji. W taki oto sposób na wyciagnięcie ręki mam na swoim facebookowym wallu szereg informacji o tym jak Kukiz bluzgał w kuluarach na Zawiszę, co z ambony pierdolił Międlar, jakie bzdury wygadywał Waszczykowski, na próżno jednak szukać choćby informacji o TTIP czy CETA i dotyczących ich ustaleń poczynionych ewentualnie podczas konferencji Polish-American Investment Dialogue, w której niedawno uczestniczyła Premier RP. Trudniej też znaleźć jakieś wzmianki o projekcie Ustawy Antyterrorystycznej, która notabene trafiła, chyba nieco przypadkiem, w ręce organizacji Panoptykon, podczas gdy zdrowy rozsądek podpowiada, że wraz ze wspomnianą transatlantycką umową handlową, powinna być w centrum zainteresowania wszystkich obywateli, bo przecież będzie miała bezpośredni wpływ na ich życie. Inaczej niż majaczenie posłanki Pawłowicz i relacje miedzy Prezydentem RP a prezesem jego partii. Wydaje się, że sami w sobie taki konsumencki nawyk kształcimy, takie też informacje dostajemy rownież od mediów głównego nurtu - emocjonujące, nie rzeczowe.
Ta dominacja formy nad treścią, emocji nad wkładem merytorycznym, rzutuje rownież na nasze polityczne zaangażowanie, które bliższe jest kibolstwu niż uczestnictwu w organizowaniu życia społecznego (że tak idealistycznie to określę). Tym samym - pojęcie lewicy i prawicy zupełnie straciło na znaczeniu, gdy ludzie lewicowo wrażliwi obstają za szowinistycznym Leszkiem Millerem czy oddają głos na neoliberalną Platformę Obywatelską, prawica natomiast inwestuje w socjalizujące gospodarczo Prawo i Sprawiedliwość. W efekcie rownież projektowane pieczołowicie przez spin doktorów kampanie wyborcze są w rzeczywistości niczym innym jak sprawnie zrealizowaną kampanią reklamową grającą na naszych emocjach i usypiającą analityczny zew czy zdrowy rozsądek. 
Chciałbym wierzyć, że powstająca Rada Mediów Narodowych magicznie sprawi, że media publiczne, w odróżnieniu od tych komercyjnych, nie będą działały w imię wskaźników oglądalności i kapitału ręklamodawcow oraz akcjonariuszy, a publicznej misji. Z natury jednak jestem gościem "szklanka-do-połowy-pusta", więc pozostanę przy swoim rytuale codziennego przeszukiwania Twittera oraz śledzenia dodanych do readerów kanałow INFORMACYJNYCH oraz publicystycznych. Papkę zostawię sobie na weekendowy relaks.

piątek, 12 lutego 2016

Kurcząca się planeta

Pierwotnie tekst ten ukazał się w Zielonych Wiadomościach, wydał mi się jednak na tyle istotny, by powielić go na stronach mojego bloga. Problem błyskawicznie zaludniającej się planety i zasobów niewystarczających aby rosnącą populacje wyżywić, pojawia się w zarówno w prasie naukowej jak i w popkulturowej przestrzeni od dawna. Niewydolność czy wręcz szkodliwość obecnego systemu spożywczego zainteresowała świat stosunkowo niedawno, a rozpędu w ostatnim czasie nadał temu niewygodnemu tematowi świetny dokument Cowspiracy.
Poniżej zebrałem kilka faktów, istotnych jeżeli jako gatunek chcemy przetrwać bez konieczności znacznego ograniczenia antropopresji.

Publikacje takie jak  "The Future of Planet Earth: Scientific Challenges in the Coming Century" autorstwa United States Geological Survey (USGS) czy raport z serii  "Global Environment Outlook" autorstwa United Nations Environment Programme (UNEP) zgodnie ostrzegają, że utrzymanie dotychczasowego tempa wzrostu liczebności naszego gatunku sprawi, że oczekiwane 9 miliardów ludzi w roku 2050 będzie dla naszej planety wyzwaniem o wiele ponad jej możliwości. Możliwości produkcji pokarmu, dla którego przewidziana jest maksymalnie 38% powierzchnia planety, będzie znacznie poniżej potrzeb tak ogromnej populacji. Niewystarczające może okazać się również 54 miliardy ton tlenu produkowane corocznie przez rosnące na Ziemi rośliny. Poniżej potrzeb przeżycia i zachowania zdrowia jest również przewidywana ilość czystej wody przypadająca na każdego mieszkańca planety. Do ogromnej ilość produkowanych ścieków oraz odpadów przemysłowych, dodajmy jeszcze naturalną chęć dostosowywania stylu życia do standardów świata zachodniego, wraz z ich zapotrzebowaniem energetyczno-żywnościowym i The Hunger Games wydaje się sielanką.

Opublikowany ponad rok temu w "Proceedings of the National Academy of Sciences" artykuł podważa jednak, by ograniczanie przyrostu naturalnego, samo w sobie było szybkim i łatwym rozwiązaniem gnębiących ludzkość problemów. W chwili obecnej populacja ludzi wrasta równo o 1,2% rocznie, równocześnie populacja zwierząt hodowlanych wrasta w tym samym czasie o 2,4%. W prostym przeliczeniu, do wspomnianego roku 2050 planeta będzie musiała pomieścić dodatkowe 120 milionów ton ludzi oraz 400 milionów ton zwierząt hodowlanych. Przemysł hodowlany globalnie  zużywa 3/4 powierzchni gleby, na której uprawiane są rośliny przeznaczone do konsumpcji - co oznacza, że jedynie 1/4 z nich zjadana jest bezpośrednio przez ludzi. Uprawy na potrzeby hodowli zwierząt odbywają się często nie tylko kosztem roślinnego pożywienia mogącego zaspokoić potrzeby ludzi, ale i tropikalnych lasów zamieszkiwanych przez dzikie gatunki zwierząt. Tutaj pojawia się kolejna ofiara masowej hodowli zwierząt przeznaczonych do konsumpcji - wymieranie gatunków dzikich zwierząt. Następnym pokłosiem przemysłu jest znacznie zwiększone zużycie oraz zanieczyszczenie globalnych zapasów wody. Dla przykładu, do "wyprodukowania" kilograma wołowiny potrzebne jest 15400 litrów wody. Do wyhodowania takiej samej masy pokarmu roślinnego, na przykład kukurydzy, potrzeba 1220 litrów (czyli mniej niż 10% ilości zużywanej do produkcji mięsa) , ziemniaków 290 litrów itd. 
W samych Stanach Zjednoczonych, produkcja mięsa odpowiada za wytwarzanie ilości ścieków 13 razy większej niż ta wytwarzana bezpośrednio przez populację ludzi.
Dodajmy do tego gazy cieplarniane (dwutlenek węgla oraz metan), wytwarzane poprzez hodowlę zwierząt w ilości większej niż sumarycznie produkowane przez przemysł samochodowy, samolotowy i pozostałe formy transportu, a okaże się, że wybór tego co jemy, dla przyszłości naszej planety znaczy tak samo wiele jak planowanie rodziny czy transformacja energetyczna.