wtorek, 25 czerwca 2013

Mięsny kataklizm

28 luty 1981 - w skutek wydarzeń Sierpniowych, w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej wprowadzono reglamentację mięsa, które od tej pory dostępne miało być wyłącznie na kartki. Tym samym staje się towarem luksusowym, którym - poza oficjalnym obiegiem naturalnie, kupić można było przychylność urzędnika czy przychylność sąsiada. Mimo wszystko dieta przeciętnego Polaka w powojennej Polsce, już na początku lat 80 tych opisywana przez periodyki o znaczących tytułach - Polityka i Świat Kobiet, obfitowała w tłuszcze zwierzęce i mięso. W następstwie reglamentacji, konsumpcja mięsa przypadająca na statystycznego obywatela spadła z 73 kilogramów w skali roku, do 53 kg (w roku 1984), niemniej łaknienie truchła silniejsze było niż wszelkie trudności związane z jego kupnem, bo jak opisuje Instytut Żywności i Żywienia, "mięso królowało na PRL-owskich stołach". Aby zrozumieć fenomen pożądania tego surowca, musimy cofnąć do okresu przedwojennego, kiedy to mięso było synonimem luksusu, mniej więcej do roku 1945 dostępnego dla wyższych warstw społecznych. Artykuł spożywczy o magicznych niemalże walorach, dający siłę, witalność i zdrowie zakorzenił się w polskiej kulturze i kuchni, wypierając inne składniki diety, takie jak zboża i ziemniaki i będąc jednocześnie przyczyną pogarszającego się stanu zdrowia i postępującej otyłości Polaków. O sile tego mitu przekonałem się sam, w drugiej połowie lat 90-tych, gdy to zrezygnowałem z jego konsumpcji (głównie z pobudek etycznych). Zarówno najbliższa, jak i nieco dalsza rodzina oraz znajomi łapali się za głowę z przerażenia zmieszanego z kompletnym niezrozumieniem.

Czasy się zmieniły, terminy takie jak wegetarianizm czy weganizm nie wzbudzają już popłochu, ani nawet zdziwienia, w każdym większym polskim mieście jest spory wybór jarskich restauracji i barów, a w osiedlowym sklepie można kupić roślinne zastępniki mięsnych i mlecznych potraw. Jeżeli idea prawa zwierząt do życia, zdrowego odżywiania czy zmniejszenia swojego konsumenckiego wkładu w degradację środowiska jest Ci bliska, ostatnie lata powinny napełnić Twoje serduszko optymizmem. Niemniej w skali globalnej, zmiany te są co najmniej niedostateczne.
W samej Polsce na chwilę obecną średnie spożycie mięsa (w sumie) na przeciętnego konsumenta krajowego, zbliża się do 75- kg rocznie.

Spoglądając nieco szerzej, średni obywatel świata w roku 1950 zjadał ok 8 kg mięsa rocznie, w roku 2011 było to już ok 16 kg. Dodajmy do tego wzrost liczby rezydentów planety Ziemia z 2,5 miliarda do 7 miliardów a globalny wzrost konsumpcji mięsa wyniesie 600%. Pomijając aspekt etyczny zwierząt hodowanych i zabijanych w przemysłowych machinach, który nie dla wszystkich stanowi jakikolwiek priorytet, niepokojący jest fakt zużycia światowych zapasów żywności oraz gruntów rolnych muszących posłużyć jako materiał na pasze dla hodowanych zwierząt. W kontekście lokalnych kryzysów żywnościowych, spowodowanych między innymi przez ocieplający się klimat i reperkusje z nim związane (susze, powodzie, huragany) opieranie diety na tak mało optymalnym produkcie jak mięso, wydaje się co najmniej nierozsądne.


Reasumując, można wyróżnić kilka obszarów w których konsumpcja mięsa (a często produktów pochodzących z hodowli zwierząt, jak mleko czy jaja) odciska swoje piętno:

Wylesienie:
Tylko w ostatnich 40 latach, 40% terenów lasów tropikalnych w Ameryce Centralnej zamieniło się w pastwiska. Biorąc pod uwagę rosnące zapotrzebowanie na mięso (związane z rosnącą liczbą mieszkańców planety) niebawem nie starczy nam lasów..

Degradacja terenów zielonych:
Czyli wyjaławianie ziemi służącej jako pastwiska. W Ameryce Północnej, niegdyś w dużej części pokrytą przez rozciągły, zielony horyzont, teraz zamieniony w nieużytki rolne.

Zużycie czystej wody:
Woda pitna, element niezbędny do życia, deficytowy w niektórych obszarach naszego globu. Nadmiernie zużywana przez masowe hodowle zwierząt. Wedle badań na których oparł się Richard H. Schwartz (Doktor w College of State Island, przewodniczący Jewish Vegetarians of North America) osoba opierająca swoją dietę na mięsie (jak większość mieszkańców USA, ujętych w owych badaniach) do wyprodukowania żywności potrzebuje ok 16 000 litrów wody dziennie, osoba praktykująca dietę wegańską potrzebuje niespełna 1 200 litrów. Inaczej - do wyprodukowania mąki niezbędnej do upieczenia bochenka chleba to 550 litrów wody, dla wyprodukowania 100 gram mięsa wołowego potrzeba 7 000 litrów (wg raportu UN Commission on Sustainable Development)…

Konsumpcja energii:
Do wyprodukowania 1 kalorii z mięsa, potrzebujemy 28 kalorii z paliw (najczęściej kopalnianych), to wyprodukowania 1 kalorii ze zbóż, potrzebujemy tylko 3,3 kalorie z paliw. (David Pitmentel, Cornell University). Na zużycie energii wpływ będzie miała "żarłoczność" procesu produkcji, transportu oraz magazynowania.

Globalne ocieplenie:
Skoro wspomnieliśmy o efekcie cieplarnianym, warto również uświadomić sobie jak niekorzystny efekt dla ziemskiej atmosfery ma proces produkcji mięsa - wg Scientific American wyprodukowanie 1 kg mięsa przyczynia się do ocieplenia klimatu 57 razy bardziej niż produkcja ziemniaka (emisja gazów cieplarnianych podczas procesu hodowli, magazynowania, ewentualnej obróbki i transportu, wliczając również metan wydzielany z odpadków)

Kwestii etycznych związanych z samym zabijaniem, celowo nie ująłem w powyższej "wyliczance", zdaję sobie sprawę że jest to element być może bardziej subiektywny niż przytoczone fakty ekonomiczne i ekologiczne. Niemniej ważne jest byśmy zdawali sobie sprawę, że hodowla przemysłowa wymusza bardzo często nieludzkie warunki, w jakich oczekują śmierci zwierzęta trafiające później na nasze talerze.
Z drugiej jednak strony - również etycznej, wg stanowiska brytyjskiego parlamentu, znaczne zmniejszenie spożycia mięsa jest niezbędne dla zapewnienia bezpieczeństwa żywieniowego w krajach rozwijających się.

Tak więc rozglądając się pośród modnych wegetariańskich i wegańskich knajpek, przerzucając sterty wegańskich produktów w lokalnym sklepie, czy wreszcie (i przede wszystkim) wąchając świeże, pachnące owoce i warzywa z lokalnych upraw, pamiętajcie - jako konsumenci, mamy moc decydowania o losach świata i jego mieszkańców (jakkolwiek górnolotnie i patetycznie by to nie brzmiało).





http://www.worldwatch.org/node/549

http://www.scientificamerican.com/article.cfm?id=the-greenhouse-hamburger

http://qz.com/93900/we-produce-6-times-more-meat-than-we-did-in-1950-heres-what-that-means-for-animals-and-the-earth/

http://opcit.pl/teksty/kryzys-lat-80-w-polskiej-kuchni/

http://www.guardian.co.uk/environment/2013/jun/04/eat-less-meat-food-security

czwartek, 20 czerwca 2013

Bohaterscy zdrajcy

Jakiś czas temu pisałem o TrapWire, wówczas był to temat dla niektórych zapewne zahaczający o science fiction. Powszechna kontrola w imię bezpieczeństwa . Kilka dni temu natomiast, dzięki dociekliwości Glenna Greenwalda, przeczytać mogliśmy o kolejnej odsłonie masowej kontroli obywateli, zwanej PRISM.

W dużym skrócie, jest to system polegający na współpracy NSA (Amerykańska Agencja Bezpieczeństwa Narodowego) z największymi korporacjami teleinformatycznymi. Agencja, po 11 września, zupełnie swobodnie monitorowała zarówno rozmowy telefoniczne, maile, aktywność w sieci - głównie obywateli amerykańskich, ale również "potencjalnych terrorystów" poza granicami USA.


Do ujawnienia całej sprawy doszło za sprawą jednego z informatyków Agencji, który - jak twierdzi, nie mógł pogodzić się z brakiem jakiejkolwiek etyki w związku z podsłuchiwaniem prywatnych ludzi. Kilka dni temu, Edward Snowden wyjaśnił kulisy sprawy i swoje pobudki by ją ujawnić.

Zapewne i tym razem, zgodnie z zasadą "kill the messenger", możemy spodziewać się nagonki na Snowdena, zarówno ze strony rządu amerykańskiego, jak i części publicystów. Tak jak w przypadku Bradleya Manninga, Juliana Assange, nawet te uznawane za progresywne periodyki, jak New York Times na przykład, starały się podkopać i tak już niepewny grunt na którym stali whistleblowerzy. Już dwa dni po opublikowaniu pierwszych tekstów dot. PRISM, w blogosferze pojawiły się wpisy wyciągające stare brudy zza pralki Glenna Greenwalda - zapewne na tym się nie skończy. Sam Edward Snowden nie może wrócić do swojej ojczyzny, gdzie, jak się domyślam, został by potraktowany podobnie jak Bradley Manning.

Mam wrażenie, że społeczność międzynarodowa jest nieco rozdarta. Czy ludzi takich jak Bradley Manning, Edward Snowden czy Daniel Ellsberg traktować jak zdrajców czy jak bohaterów. Czy są nieodpowiedzialnymi narwańcami czy prawdziwymi patriotami?

Daniel Ellsberg .

Tzw. Pentagon Papers to kolekcja dokumentów opisujących w jaki sposób administracja Johnsona kłamała zarówno społeczeństwo, jak i amerykański Kongres na temat celu i przebiegu wojny w Wietnamie. Wojny w której życie straciło 430 000 południowo-wietnamskich cywilów, 65 000 północno-wietnamskich cywilów, 220 000 żołnierzy Republiki Wietnamskiej, około 445 000 żołnierzy komunistycznych, 60 000 Laotian, 58 220 amerykańskich żołnierzy, plus niemal 1 140 000 pośrednich ofiar wojny. Daniel Ellsberg, korzystając z pozycji pracownika RAND ujawnił te super tajne dokumenty, dzięki czemu poparcie dla dalszych działań militarnych znacznie spadło. Zdrajca czy bohater?

Bradley Manning.

Zawartość dokumentów przekazanych przez Manninga Wikileask, a dalej redakcji Guardiana, New York Timesa, Der Spiegel jest na tyle zróżnicowana, że wspomnę tę najbardziej chyba wymowną - ujawnienie kulisów bohaterskiej walki załogi amerykańskiego śmigłowca strzelającej do bezbronnych, irackich cywilów w Bagdadzie. Ujawnienie zbrodni wojennej - przestępstwo czy obywatelski obowiązek?

Edward Snowden.

Ujawnił w jak bezczelny sposób NSA podsłuchuje i rejestruje aktywność obywaletli (nie tylko amerykańskich), zmuszając do współpracy największe międzynarodowe korporacje teleinformatyczne. Nierozwaga czy przyzwoitość?


Słysząc część opinii potępiających działania wyżej wymienionych, mam nieodparte wrażenie, że gdzieś  po drodze pomieszał nam się system wartości. Jeżeli chcemy karać ludzi za ujawnianie prawdy, piętnować za przyzwoitość, to pozostaje zacytować Gomera Pyle...




niedziela, 16 czerwca 2013

Patriotyzm


Termin zagarnięty przez bandę idiotów chcących "Polski dla Polaków" i "MęSZczyzn zamiast ciot"(...)
Duma ze swojego koloru skóry czy miejsca urodzenia jest idiotyczna. Gdy dojdziesz do czegoś ciężką pracą, osiągniesz coś samodzielnie, bądź kolektywnie - wówczas duma jest uzasadniona. A jeżeli o dumie kolektywnej i historycznej mówimy, to  ja czuję ją w związku z progresywnymi i odważnymi zmianami, którymi Polska przecierała nowe szlaki, czy to nowoczesną - jak na ten czas, konstytucją 3 maja 1791, znoszącą szlachecką dominację, poddaństwo (niewolnictwo) chłopów i wprowadzająca demokratyczne trendy (dwuizbowy parlament, podział władzy i zrównanie stanów), czy ruchami robotniczymi obalającymi radziecką hegemonię we własnych granicach.


To bardzo smutne, że niemal wszyscy - zarówno w mainstreamie jak i na ulicy, odwołując się do tradycji, odwołują się do jej konserwatywnej, najczęściej mocno barwionej religijnie istoty, podczas gdy bogatą tradycję progresywnych zmian, tolerancji i równości określa się mianem kosmopolitycznej fanaberii nowożytnej. Tolerancja religijna (zarówno dla tzw. "innowierców", heretyków, pogan czy ateistów), dla mniejszości narodowych w duchu Kazimierza Wielkiego, niepodległościowe działania organizacji studenckich (schyłek XIX w.) czy robotniczych (lata 80te XX w) - to są te elementy historyczne, które pozwalają mi bez kompleksów spojrzeć na swoją narodowość.

Retoryka reakcjonizmu którą posługuje się skrajna prawica (czy też prawica, bo nie znam za wiele takiej nieskrajnej), marsze dla rodziny, życia, tradycji itp. (w rzeczywistości marsze przeciw wolności i tolerancji, czyli wartości, które w mojej opinii stanowiły główną wartość Rzeczpospolitej) to antypatriotyzm w czystej postaci. To impuls dla wielu Polaków (nie tylko homoseksualnych lewaków!!) aby swojej narodowości się wstydzić, dla tej bardziej refleksyjnej młodzieży by termin "patriotyzm" traktować jako eufemizm faszyzmu. 

Chciałbym legitymować się paszportem kraju w którym mniejszości etniczne i religijne nie są opluwane i napadane, środowiska LGBTQ cieszą się pełnią praw obywatelskich i tolerancją społeczną, przywileje obywateli stawiane są ponad przywileje kapitału a środowisko naturalne traktowane jest jako dobro wspólne, nie surowiec - wówczas bez zająknięcia będę mógł nazwać się patriotą.

środa, 26 grudnia 2012

Jak ugryźć 27 bilionów?


Jakkolwiek lubię poczytać czasami literaturę spiskową, szczególnie tę spod pióra Jamesa Rollinsa, czy Dana Browna (rzadziej), ostrożny jestem w kwestii poszukiwania wśród nich odpowiedzi na te bardziej istotne pytania. 
Istotne pytanie, które nasuwa mi się ostatnio nader często, brzmi - co, pomimo twardych faktów malujących przyszłość naszej planety w ciemnych (jeśli się nie całkiem czarnych) barwach, powstrzymuje nas przed naturalnym, ludzkim odruchem - samoobroną?

Śledząc główne bloki informacyjne krajowych i międzynarodowych mediów (chlubnym wyjątkiem będzie tutaj angielska stacja BBC), można by odnieść wrażenie, że raport który ostano wstrząsnął środowiskami naukowców oraz aktywistów, to tylko ponury żart new age-owych ekologów, nie rzeczowy kawał dokumentu przygotowany dla Banku Światowego przez Poczdamski Instytut Badań nad Wpływem Klimatu. Jak to możliwe, że w obliczu informacji braku restrykcyjnych zmian, głównie z sferze energetyki, doprowadzi do ocieplenia klimatu o 4°C do roku 2100, a co za tym idzie - do ekologicznej i  społecznej zapaści, przestrzeń informacyjna milczy? Tym czasem wg badań World Resources Instytute, w najbliższych latach powstać ma 1200 nowych elektrowni węglowych, w 59 krajach (z czego 3/4 w Chinach oraz Indiach). Nowe przybytki zasilą naszą atmosferę dodatkowymi 1400GW szkodliwych gazów cieplarnianych. Większość planowanych obiektów zbudowana co prawda zostanie przez chińskie i indyjskie firmy, sfinansowane natomiast będą w dużej mierze przez zachodnie banki komercyjne oraz lokalne banki rozwoju. I tak na ten przykład JP Morgan Chase zainwestował ponad 16,5 miliarda dolarów w budowę nowych elektrowni węglowych w przeciągu ostatnich 6ciu lat. Dalej, Citi na ten cel poświęciło 13,8 miliarda, Barclays 11,5 miliarda, i tak dalej…
Co jest motorem tej niechęci świata biznesu do zdecydowanych kroków, niezbędnych przecież aby dać szansę na przyszłość pokoleniom które będą tą planetę rezydowały po 2050 roku? Przecież nie tylko chęć zysku, bo przecież nawet różni twardogłowi doszli do słusznych wniosków, że na ekologii można zarobić i to wcale nie mało. Odpowiedzi, na łamach niedawnego wydania Rollin Stone-a udziela Bill McKibben - sumaryczna wartość rezerw ropy, gazu oraz węgla to 27 bilionów dolarów.. 27 bilionów, które są wydobyte i czekają jedynie na spieniężenie. To spory kawał tłustego tortu, o który warto walczyć. Nawet kosztem przyszłości naszych dzieci i wnuków. Tak najwyraźniej twierdzą  energetyczni potentaci, wspierani przez liczącą na pomnożenie tej sumy finansjerę. Aby utrzymać wzrost temperatury planety na poziomie poniżej 2 stopni Celcjusza (tym samym unikając ekologicznej katastrofy), świat może spalić NAJWYŻEJ 20% tych rezerw, a to - na okrągło licząc, oznacza około 20 bilionów dolarów wyrzuconych w błoto. Kupa pieniędzy których nikt nigdy nie zarobi. To mocny wabik, przez który ciężko przebić się najbardziej zdroworozsądkowymi argumentami. 

To może tłumaczyć ciszę w eterze i ogromne fundusze łożone na klimatyczną kontr-ofensywę przez neoliberalne think-thanki (jak Heartland Institute na ten przykład). Na szali mamy los ludzkości (i kilku innych gatunków przy okazji), z jednej strony, i 27 bilionów dolarów do wyszarpania z drugiej. Wybór jest oczywisty, z tym że dla różnych ludzi i środowisk oznacza coś zupełnie przeciwnego.



http://www.climatecentral.org/news/more-than-1000-new-coal-plants-planned-worldwide-15279

http://www.commondreams.org/view/2012/11/21-7

http://www.wri.org/publication/global-coal-risk-assessment

piątek, 24 sierpnia 2012

News 2.0




Mówią, że telewizja jest zabójcą czasu. Że wybiela mózg i w ogóle jest
zła. Przyznam że czasami lubię zabić czas i wyprać sobie zwoje. Lubię swoją kablówkę. Nie tylko przez wzgląd na ESPN i możliwość obejrzenia hokeja, lubię bowiem poskakać czasami po kanałach i znaleźć coś co przykuje moją uwagę. Lubię oddawać odrobinę swojego czasu kilku serialom. Preferuję takie mniej zobowiązujace jak CSI, gdzie każdy epizod jest indywidualną historią, ale przyznaję sie rownież do śledzenia kilku tasiemców (Walking Dead, Boardwalk Empire czy Desperate Housewives..ekhm..) Ostatnim serialowym objawieniem stał się dla mnie produkowany przez HBO (mają do tego skubańcy łapę) The Newsroom. Krótki plot: jest to historia fikcyjnej stacji telewizyjnej, wplątanej w tumany rzeczywistych wydarzeń ostatnich 2/3 lat. I tak pojawia sie temat Deepwater Horizon, Arab Spring, Tea Party, w odpowiedzi idealistyczne reakcje bohaterów - dziennikarzy. Fykcyjność bohaterów polega na ich wyidealizowaniu, ukazaniu jako strażnika transparentności, swobód obywatelskich, demokracji, czyli rzeczy z których każdy szanujący sie producent telewizyjny może co najwyżej cynicznie sie zaśmiać.
Po rozmarzeniu spowodowanym sesją z Newsroom, łatwo zejść na ziemię, czy wręcz przypierdolić o betonowe podłoże. Wystarczy włączyć sobie kanał informacyjny. W zalewie informacji śniadaniowych, autopromocji stacji i plotek żywcem z Pudelka, cieżko dokopać się do czegoś co ma faktyczną wartość dziennikarską. Umarło dziennikarstwo śledcze - niemalże. Do takich wniosków doszliśmy podczas niedawnej dyskusji z przyjaciółmi. Kwestie takie jak Amber Gold, ACTA to opowiadanie o rzeczach, które przypadkowo wpłynęły zupełnie poza nurtem mainstreamowego dziennikartwa. Cały udział popularnych portali, gazet i stacji telewizyjnych to zbijanie kapitału poprzez spraszanie setek gadających głów, specjalistów którzy zawsze wiedzieli i znali recepty. Podczas gdy zarówno o ACTA, SOPA, PIPA pisali niezależni blogerzy, oficjalne media nawet o tym nie bekły. Wątpliwości dotyczące Amber Gold pojawiły sie już w raportach KNF już w 2009 roku, a przez te 3 lata telewizja prezentowała co najwyżej reklamy tego cudnego przejawu polskiej przedsiębiorczości. Kroplą która przelała moją osobistą czarę, była sprawa polskich więzień CIA, o których pisał Washington Post, a ostoja polskiej prasy lewicowej, stojącej na straży swobód obywatelskich i sprawiedliwości społecznej - Gazeta Wyborcza, robiła wszystko co w jej mocy by sprawę zatuszować lub ośmieszyć. Poza pojedynczymi dziennikarzami (np. Kowalewski w Rzepie i Czuchnowski w Wybiórczej) nikt w oficjalnym nurcie nie starał sie dociec czy tortury wykonywane na terytorium Polski, na ludziach poszlakowo podejrzanych o terroryzm jest zgodna z szeroko rozumianymi prawami człowieka czy zwykłą ludzką przyzwoitoscią.
Być może to kwestia podaży, na wiadomości lekkie, łatwe i przyjemne, stąd popularność prezenterów pokroju redaktora Kuźniara (nie ujmując jego warsztatowi, ale raczej celebryckiemu), być może ludzie nie chcą wiedzieć, a jak już sie niechcący dowiedzą, to chcą aby ktoś w łatwy, kolorowy sposób im to wytłumaczył. Ja jednak wolę szukać informacji, zamiast lukru. Póki co więc, lepszym to tego miejscem jest Twitter, albo szeroko rozumiana blogosfera, oparta na dziennikarstwie obywatelskim, niźli TVN24, Gazeta Wyborcza czy inne Rzeczpospolite.

wtorek, 14 sierpnia 2012

TrapWire

Ciekawi mnie ogromnie kluczowanie wagi informacji przez polskie i światowe media, jako że temat ostatnich wycieków WikiLeaks - TrapWire, nie doczekał się swojego miejsca w polskich wiadomościach, tak telewizyjnych jak i internetowych, a i światowe, poza Guardianem, Daily Mail, Business Insider, NY Times i Russia Today i kilkoma pomniejszymi portalami, również potraktowały temat po macoszemu. Czyżby szpiegowanie obywateli przez państwowe agencje bezpieczeństwa i korporacje nie było dostatecznie istotne?

Od początku. TrapWire to system (oficjalnie) mający na celu przewidywanie potencjalnych zagrożeń terrorystycznych na podstawie monitoringu m.in. kamer przemysłowych, rozpoznawania twarzy, danych "przeglądarkowym" (te dwa wskaźniki nie zostały oficjalnie potwierdzone, ale są wnioskiem przecieków), wzorów zachowań i tworzonych na tej podstawie baz danych. Kojarzycie Toma Cruise i "Raport Mniejszości"? TrapWire dzieje się naprawdę, to jest znacząca różnica. Oczywiście kwestia poświęcenia prywatności na rzecz bezpieczeństwa może być dyskusyjna, ale pomysł współpracy systemu z korporacyjnymi gigantami takimi jak Dell, Wall-Mart czy Google, powinien wzbudzić niepokój wszystkich niedźwiadków w lesie. Inaczej: być może nie ma powodów do paniki, póki co system (oficjalnie) służy wyłącznie kwestiom kolektywnego bezpieczeństwa, aczkolwiek fakt, że jest on produktem stworzonym i obsługiwanym przez prywatną firmę oraz był proponowany innym prywatnym firmom, zasługuje na to by być zaprezentowanym na szerszym forum publicznym.



http://www.zdnet.com/google-salesforce-were-allegedly-offered-trapwire-spy-tool-7000002505/

http://www.businessinsider.com/trapwire-everything-you-need-to-know-2012-8

http://www.guardian.co.uk/world/2012/aug/13/trapwire-surveillance-system-exposed-leak?newsfeed=true


piątek, 25 maja 2012

Upadek

Dzisiejszego poranka, z inicjatywy władz miasta Krakowa, został zlikwidowany trwający od poniedziałku, 21 maja, protest przeciwko antyspołecznej i nieekologicznej polityce miasta. Lokalne władze uznały zapewne, że protest w formie namiotowej okupacji, znany z zachodnioeuropejskich i północnoamerykańskich miast, jest nieestetyczny i źle zaprezentuje Kraków w oczach tłumnie przybywających turystów. No własnie, co pomyślą sobie owi turyści widząc obraz protestujących "biwakowiczów"? - być może, że przybyli do europejskiego, demokratycznego miasta gdzie obywatele bez przeszkód mogą praktykować uczestnictwo w owym systemie. Choć mogą pomyśleć rownież, że podobnie jak w USA czy Kanadzie, władza lobbowana przez finansowe grupy nacisku, próbuje prawa obywatelskie ograniczać. Może pomyślą, iż podobnie jak w Hiszpanii czy Grecji rząd pod naciskiem europejskich przywódców stara sie kosztami kryzysu spowodowanego przez rynek spekulacji finansowych, obciążyć obywateli.
Rozumiem dylemat polityków na szczeblu lokalnym i krajowy, którzy winni walczyć o swój elektorat, ale odpowiedzialni są głownie przed swoimi sponsorami, zrzeszonymi w lobbistycznych tkankach układających polityczne scenariusze.

Upał

To pewnie niebywałe aby Polak narzekał na zbyt wysoką temperaturę za oknem (choć Polak w zasadzie znany jest z tego, ze narzeka) ja jednak najlepiej czuje sie w temperaturze, w której moje ubrania po godzinie spaceru nie wymagają wyżymania.
Abstrahując jednak od moich upodobań, ta nienaturalnie wysoka temperatura, mająca swoje źródło w procesach o których nie rozmawia sie w FOX News, ma rownież ciemniejszą stronę. Mianowicie wg raportu NRDC zachorowania związane z upałami (przegrzania, udary słoneczne, choroby serca) w samych Stanach Zjednoczonych zbiorą żniwo wieksze niż dotychczas, o DODATKOWE 33 000 istnień, do połowy bieżącego stulecia.
Niemniej wygląda na to, ze profity płynące z przyzwolenia na wydobycie ropy spod arktycznych wód, w kontekście przyszłości cywilizacji ludzkiej, są istotniejsze od życia kilkudziesięciu tysięcy ludzi i pozostałych, równie nieistotnych kosztów społecznych.

Play-offs

Stara hokejowa tradycja nakazuje zawodnikom oszczędzać zarost na czas trwania finałów. Empatyczni kibice często wspierają swoich ulubieńców rownież pozostając w tymczasowej separacji ze swoją maszynką do golenia. Osobiście nie czuje sie najlepiej z zarostem, niemniej odkryłem że moi zawodnicy przegrywają tylko gdy golę się w dniu meczu, tak więc praktykuję golenie bezpośrednio po meczu, tak aby do następnego zarost zdążył powrócić. Broda mnie swędzi, szlag mnie trafia i wyglądam jakbym stracił dach nad głową (co w obecnych czasach jest realną perspektywą dla znacznej większości ludzi), ale co tam - czego nie robi sie dla ulubionej drużyny.