środa, 13 kwietnia 2011

Wolne media i szybka muzyka.

Wolne media..

Pomimo wszelkiej maści X-Factorów, Gwiazd Tańczączących na Lodzie i innych autopromocyjnych zjawisk medialnych, nadal święcie wierzę, że misja dziennikarstwa jest priorytetowa dla utrzymania zdrowej tkanki demokratycznego organizmu. W systemie gdzie społeczeństwo powierza realną władzę nad swoim losem ograniczonej grupie reprezentantów - jak każdy człowiek narażonych na ludzkie pokusy i słabości, dociekliwe polityczne dziennikarstwo oraz krytyczna publicystyka jest tak naprawdę jedynym skutecznym narzędziem społecznej kontroli. Cieszyć zatem powinno rozrastające i rozwijające się grono telewizyjnych kanałów newsowych, internetowych baz informacji codziennej, czy wreszcie papierowych periodyków. Informacji przewija się multum, (a kto ma pecha obserwować moje codzienne wpisy na Facebooku wie o czym mówię), dziennikarze telewizyjni zyskują pozycję celebrytów i mogą pozwolić sobie na coraz więcej w rozmowach z nawet najbardziej prominentnymi politykami (niechże przytoczę przykład Moniki Olejnik ganiącej gen. Jaruzelskiego), więc wydawało by się wszystko jest na miejscu i zwrócone w odpowiednim kierunku. Tę piękną wizję zakłócić może niestety bardziej wnikliwe spojrzenie na dostarczane nam codzienne informacje. Rzucając okiem na nasze najbliższe otoczenie i paszkwile którymi karmią nas poważne -jakby się zdawało, pisma, organizujące na swoich łamach istny folder promocyjny dla jednej z dwóch największych, prawicowych partii polskich, zaczynam wątpić czy rozwój ten aby nie jest zbyt kosztowny. Rozumiem pragmatyczne potrzeby posiadania zaplecza wpływowych przyjaciół, ale dla mnie taki cynizm jest nie do przyjęcia. Abstrahuję od zideologizowanych pism pokroju Gazeta Polska, ale od postępowych tygodników mam prawo wymagać nieco więcej. Do tej pory za upadek poziomu debaty publicznej obwiniałem głównie zalew fal radiowo - telewizyjnych programami rozrywkowymi niskich lotów, ale biorąc pod uwagę wizję świata sztucznie lansowaną przez prawie wszystkie mainstreamowe media, wiem że "Mam Talent" to przy tym pikuś. Zastąpienie argumentacji strachem, rzeźbiącym dwubiegunowy, POPiSowy obraz świata to już nawet nie bezużyteczność mediów, ale ich szkodliwość.
Wyjrzyjmy dalej. Pamiętacie Raymonda Davisa? Tak, to ten kolo, który zastrzelił z zimną krwią dwójkę Pakistańczyków. Bardzo szybko okazało się, że jest pracownikiem CIA, o czym - jak przystało na wiodącą "watchdogową" redakcję, wiedział dosyć wcześnie New York Times. Wiedział, ale nie powiedział, dopóki prezydent Obama utrzymywał, że Davis był dyplomatą.. Hmm.. 
Teraz wyobraźmy sobie sytuację, gdy sumienny dziennikarz dostaję od swojego informatora materiał obciążający wysoko postawionych polityków o zbrodnie i poważne nadużycia. Publikuje te rewelacje i.. sam staje naprzeciw widma srogiej kary, podczas gdy winni opisanych zbrodni nie tracą nawet dobrej opinii. Szalone, co? Dokładnie to stało się w przypadku wycieków logów udostępnionych przez WikiLeaks. Co najdziwniejsze i dosyć niesmaczne, większość (o ile nie wszystkie) mainstreamowych mediów potępiło działania Juliana Assange oraz informatora Bradleya Manninga (przetrzymywanego aktualnie w nieludzkich warunkach w wojskowym więzieniu). Skoro same media podnoszą rękę na wolność słowa oraz informacji i nie rozumieją podstawowej powinności jaka do nich należy (spełnionej doskonale przez WikiLeaks), to co różni wolny świat od reżimów uzbrojonych w własne, lojalne media..?


..szybka muzyka


Muzyka jest integralną częścią mojego życia. Towarzyszy mi tak często, że czasami nie zauważam jej istnienia. Słucham muzyki w drodze do pracy, z pracy, idąc do sklepu, relaksując się w domu, podróżując, spacerując.. Gdy jej nie słucham, gram - czy to z zespołem, czy rzępoląc w domu na gitarze. Tak było odkąd pamiętam, jeszcze zanim posłuchałem Exploited i przedziurawiłem sobie pierwsze jeansy.  Już wtedy gdy łamaną angielszczyzną  próbowałem śpiewać repertuar Queen, czy gdy podkradałem babci kasety Toma Waitsa, pewien byłem że to potrzeba fizjologiczna. Być może to, plus moja punkowa, ideologiczna baza, sprawia że krew mnie zalewa, gdy kolejne konowały starają się zrobić z muzyki, szczególnie tej dla mnie ważnej, fastfoodowy produkt sprzedawany w kolorowych opakowaniach. O ile zwykła, ludzka chciwość nie szokuje mnie już tak bardzo jak kiedyś, męczy mnie tłumaczenie po raz kolejny, dlaczego z przyjemnością tłukę się na drugi koniec Polski osobówką, by zagrać koncert, spotkać się z ludźmi mimo że na tym nie zarabiam, dlaczego słowo "kariera" w kontekście punkrocka sprawia że mam ochotę puścić pawia. Kiedyś nie dopuszczałem do siebie myśli, że scena hardcore/punk może stać się trampoliną dla szukających sławy i pokrętnie rozumianego sukcesu artystów czy chcących zbić fortunę, cynicznych firm bookingowych. Dla mnie to było, jest i będzie miejsce dla wymiany myśli, emocji i energii - nie sztucznych uśmiechów i banknotów. Jeżeli zdarzy się jednak inaczej, poszukam sobie innego miejsca. Kropka.

środa, 12 stycznia 2011

Forced Fitness

Ponieważ wraz z upływem lat trudniej pozbyć się dodatkowych powierzchni ciała, od jakiegoś czasu konsekwentnie wywiązuję się z postanowienia porannych ćwiczeń, sporadycznych - póki co, wypadów na basen, ewentualnie okazjonalnych biegów (zazwyczaj w drodze powrotnej z segregowania śmieci). Ponieważ efekt, równoważony wegańskimi przysmakami, jedzonymi do wieczornych seansów filmowych nie był do końca zadowalający, postanowiłem również ograniczyć nieco spożycie tych wszystkich pyszności, szczególnie w godzinach wieczornych. 
Po raz pierwszy od dawna (od czasów kiedy praktykowałem głodówki oczyszczające) dopuściłem do sytuacji gdy odczuwałem głód. I tak kładąc się późnym wieczorem do łóżka, z pustym już żołądkiem, reakcja moich kiszek była na tyle agresywna, że długo nie potrafiłem zasnąć, walcząc ze sobą by nie dopaść do drzwi lodówki..
Zapewne nie jestem najbystrzejszym niedźwiadkiem w lesie, niemniej mam swoje przemyślenia i tak w tym momencie łatwo uświadomić sobie jak często trywializowany jest problem głodu - poprzez płytkie wynurzenia kandydatek do tytułu Miss World, patetyczne hasła rewolucyjne i codzienne truizmy dotyczące marnowania jedzenie przez kraje rozwinięte. Przykro jest myśleć jak wielu ludzi codziennie zasypia i budzi się z uczuciem głodu nie pozwalającym trzeźwo myśleć, a co gorsza bez perspektywy na napełnienie żołądka. Sporo gorzkiej prawdy jest również w twierdzeniu, że mała część ludzkości żyje ponad swoje naturalne potrzeby, konsumując więcej niż musi (a często więcej niż może), podczas gdy cześć pozostała jedzenie musi traktować jako rarytas. 
Trudno mówić o sprawiedliwości społecznej i uczciwej konkurencji wobec całych połaci kontynentów, w historycznej perspektywie rozwoju tzw. zachodniej cywilizacji dobrobytu, postępującego w dużej mierze kosztem niewolniczej pracy, podbojów oraz wyzysku regionów pozostawionych daleko w tyle. Polegając na zasadach rynkowych, dla których głównym priorytetem jest zysk, ciężko tę ogromną dysproporcję zmniejszyć, i takim oto paradoksem rolnicy pracujący na plantacjach owocowych np. na Filipinach, codziennie zbierając tony pożywienia, tanio sprzedawanych bogatym mieszkańcom Europy i Ameryki Północnej, sami - wraz ze swoimi rodzinami, przymierają głodem. Dodatkowym problemem dotykającym - znowu głównie mniej rozwinięte regiony, ale w efekcie cały glob, to skutki ocieplania się klimatu (powodzie, susze, nienaturalne cykle). O ile świat zachodni jest przeważnie w stanie przyjąć na siebie ciężar rosnących cen żywności, o tyle brak lokalnych zasobów i rozwiniętej gospodarki, może być dla wielu społeczeństw tragiczny w skutkach.
Paradoksalnie, w pewnym uproszczeniu do ocieplenia klimatu przyczyniła się również ludzka nadkonsumpcja (przemysł hodowli zwierząt, jest głównym trucicielem, pod względem CO2 wydalanym do atmosfery, dodajmy do tego procesy produkcyjne żywności wysoko przetwarzanej, miliardy ton surowców przetwarzanych na opakowania czy wreszcie tony odpadków które po sobie pozostawiamy).
Poza wzdychaniem na myśl o nieszczęściu ludzi głodujących, warto pomyśleć jaki sami mamy w tym udział. Zapewne samo wsparcie dla inicjatyw takich jak Fair Trade, Call+Response czy Shared World nie rozwiąże problemu głodu na świecie, ale  bojkot i bycie świadomym konsumentem na pewno ograniczy nasz wkład w pogłębianie się tej społecznej przepaści i da sygnał międzynarodowym korporacjom, że empatia również może być opłacalna..



Czysta Krew

Nie dziwi mnie już szczególnie pojawianie się tego typu "poglądów" w środowiskach małomiasteczkowej, zakompleksionej młodzieży bez większych perspektyw na przyszłość. Zawsze pozostawała we mnie nadzieja, że kretyni z tego wyrosną i w najgorszym razie zostaną umiarkowanymi wyborcami LPR. Natomiast powyższa decyzja poważnej, państwowej instytucji zaufania publicznego, jaką jest sąd, wprawia mnie już w poważną konsternację.


Okresy kryzysów zwykle były świetną pożywką dla ksenofobicznej retoryki podlanej populistycznym sosem, ułatwiającym zlokalizowania wroga - kogoś, kogo za swoje nieszczęście można obwiniać. I tak jak grzyby po deszczu pojawiali się przy okazji wallstreetowego krachu radykalni krzykacze walczący o społeczne mandaty - od angielskich nacjonalistów po amerykańskie Tea Party. Retoryka obarczająca za wszelkie niepowodzenia lokalne mniejszości narodowe, nie ominęła również "poważnych" przywódców jak Silvio Berlusconi czy Nicolas Sarkosy.
Polityków o podobnych skłonnościach można by wymieniać w nieskończoność. Ważne dla demokracji jest natomiast to, aby na odpowiedzialne stanowiska administracyjne nie dopuszczać podobnych frustratów z małym rozumkiem, bo w zestawieniu z poczuciem władzy, mogą stworzyć nieckę z gównem.

sobota, 8 stycznia 2011

Mad Max

Jest deszczowy wieczór - idealny aby spędzić go przed telewizorem, wcinając smaczną przekąskę i popijając czymś równie dobrym. Akuratnie nic takiego pod ręką nie mam, tak więc wsiadam do zatankowanego benzyną samochodu i jadę do sklepu zrobić potrzebne zakupy. Po drodze uświadamiam sobie kilka faktów przywołanych dzisiejszą lekturą "Nation". Jako że wbrew powszechnemu optymizmowi związanemu z zasobami paliw kopalnych, których rzekomo posiadamy pod dostatkiem, wiele faktów wskazuje na to, że zasoby te jednak, nie są nieskończone, a fakt że technologia wydobycia ropy zmierza w stronę nieprzyjaznych otchłani oceanu, oznacza że lądy udało nam się już "wyssać". Gdybym przeniósł się w czasie, do momentu gdy - po sukcesie związanych z podbiciem oceanów, osuszyliśmy już również tamtejsze złoża, scenariusz mojego wieczoru diametralnie by się zmienił. Tak naprawdę bliżej było by mu do scenerii Mad Maxa (którego paradoksalnie będę miał okazję obejrzeć dzisiejszego wieczora w TV) niż weekendowej sielanki do jakiej większość z nas zdążyła się przyzwyczaić. Okazać by się mogło, że w baku mojego samochodu nie ma paliwa, a brak surowca sprawił również, że nie mogłem wymienić starych, wysłużonych rzeczy opartych na plastiku i gumie, na nowe. Tak więc nie mam telewizora - plan na wieczór legł w gruzach. Samochód prócz benzyny, nie ma również opon, a do sklepu nie ma po co iść, bo cały nasz transport oparty jest na ropie.
Jeżeli o konieczności poszukiwania alternatywnych źródeł energii oraz inwestowania w nie, nie przekonuje Was argument o szkodliwości spalania (oraz wydobywania) paliw kopalnych na środowisko naturalne (zmiany klimatyczne), być może bardziej przekonywujące będzie uświadomienie sobie, że jesteśmy cywilizacją tak bardzo uzależnioną od ropy i węgla, że brak tych surowców zaowocuje końcem świata takiego, jaki znamy. Gdy transport, komunikacja, energia elektryczna - oparte głównie na ropie i węglu przestaną istnieć na taką skalę, na jaką istnieją obecnie, szukanie innych źródeł zasilających nasze życie, może stać się niemożliwe. Nie ma w tym przesady. Tak naprawdę gdy zaczniemy skreślać kolejne funkcje, usługi, urządzenia, przedmioty, czynności, które wraz z końcem ery ropy i węgla przestaną istnieć, okazać się może, że ostatni spierdalający, nawet nie będzie miał okazji zgasić światła. Najbardziej frustrująca w tej sytuacji jest niemożność przebicia się do świadomości publicznej, istniejących już przecież alternatyw, pod postacią energii odnawialnej ze słońca, wód geotermalnych, wiatru czy wody. Przemysł czerpiący, póki co jeszcze pełnymi garściami z zatruwania naszej atmosfery, nie ma interesu w dopuszczaniu do głosu kogokolwiek mogącego zaszkodzić ich interesom. I tak o systemach korzystających z energii odnawialnej możemy usłyszeć czasami w Discovery - w formie ciekawostki, a głosy naukowców ostrzegających przed skutkami ocieplenia klimatu często przedstawiane są jako kolejne teorie spisku. Nie można nie doceniać wpływu nafto-przemysłu na politykę, media  a nawet świat nauki. Wszak doraźne, ogromne zyski generowane przez bezmyślne zużywanie zasobów kopalnych warte są sporych inwestycji (a wiele wskazuję na to, że nawet wojna, to nie nazbyt wiele, aby zagwarantować sobie ekonomiczny byt)...








niedziela, 2 stycznia 2011

GMO

Okres przedświąteczny to okres szaleństwa, szczególnie skumulowanego w zatłoczonych centrach handlowych, gdzie - niestety, chcąc być miły gościem trzeba upolować świąteczne prezenty dla bliskich. Karkołomne zadanie, mówię Wam - to niemal jak wyzwolenie pierwotnego instynktu, słowem: zezwierzęcenie. Tak czy owak aby spełnić kolejny konsumpcyjny nawyk, przypisany tradycją na koniec grudnia, postanowiłem zorganizować sobie zapasy wegańskiego żarcia, aby po świętach również móc pochwalić się znajomym jak bardzo się przejadałem.
Czasami nie zdaję sobie sprawy z komfortu jaki daje mi malutkie oznaczenie informujące mnie, że paczka moich ulubionych parówek sojowych, wyprodukowana jest z soi niemodyfikowanej genetycznie.
Zdając sobie sprawę z rosnących obaw i narastających społecznych sprzeciwów względem płodów GMO, korporacje nie zobowiązane do tego prawnie, nie miały by żadnego interesu w informowaniu ludzi co mają przyjemność konsumować. Nie wszyscy niestety mają tyle szczęścia ile mamy my. Amerykańskie korporacje takie jak Monsanto (aktualnie Elanco) do tego stopnia zaniepokojone są faktem ludzkiej niechęci do stawania się królikami doświadczalnymi w międzypokoleniowym, dosyć ryzykownym eksperymencie genetycznym i ekologicznym, iż nie wahają się wydać grubych milionów aby nie dopuścić do procesu legislacyjnego, mogącego zagrozić ich działalności.


Niemniej nawet, wydawało by się zabezpieczona ustawowo Unia Europejska, ulega lobbingowym wpływom twórców genetycznych patentów i zobowiązuje kraje członkowskie do dopuszczenia "kombinowanych" płodów do lokalnych upraw. Abstrahując, że jedynym sposobem na obronienie wewnętrznych praw dot. GMO jest tzw. "Klauzula Ochronna", zobowiązująca do przedstawienia naukowych dowodów szkodliwości upraw, same uprawy mogą stopniowo wypierać naturalne, lokalne plony, dając niemal absolutną władzę twórcom mutantów i uzależniając tym samym od nich miejscową gospodarkę.
O ile monopolizacja skupiająca moc produkcyjną w rękach kilku korporacji może już nie przerażać (dla mnie jednak nadal pozostaje głównym motywem bojkotu), jako że jest - podobnie jak korporacyjny lobbing mający rzeczywisty wpływ na politykę państw - pewnym niepokojącym standardem, o tyle zaburzenie naturalnej równowagi ekologicznej spowodowane rozprzestrzenianiem się upraw dojrzewających w nienaturalnych okresach i odpornych/trujących dla naturalnych szkodników, powinna wzbudzać obawy.

Nawet sceptycy żywności modyfikowanej genetycznie (w tym również, jeszcze do niedawna ja) nie zdają sobie sprawy z potencjalnych zagrożeń jakie konsumpcja owych może nieść dla naszego zdrowia. Wszystkie wspomniane kwestie motywowały środowiska ekologiczne, kwestia zdrowia natomiast-będąca argumentem zorientowanym egoistycznie, była pomijana. Efekty spożywania organizmów sztucznie modyfikowanych, na poziomie genetycznym, wedle badań dzielą się na pośrednie (II generacji), czyli takie które ujawnić się mogą w kolejnych pokoleniach oraz bezpośrednie (I generacji)których doświadczać możemy już teraz. 
O ile efektów mających pojawić się w drodze wypatrzonej przez inżynierię genetyczną ewolucji ciężko nam przewidzieć, wpływ bezpośredni na choćby naszą odporność na dotychczas skuteczne leki i antybiotyki, reakcje na naturalne składniki odżywcze, alergie czy na naszą płodność, medycyna zauważa już teraz.

Jakkolwiek ponętna może być perspektywa zażegnania głodu czy chorób dręczących ludzkość, każdy z powyższych argumentów potępiających GMO nie pozostawia we mnie zbyt wielu wątpliwości.
Prawdom jest również, że organizm modyfikowany organizmowi modyfikowanemu nie równy, aczkolwiek to właśnie brak transparentności i obowiązku informowania konsumentów o szczegółach procesu produkcji sprawia, że każde prawo umożliwiające wolny obrót żywnością modyfikowaną, niesie za sobą zagrożenia.






Hokej 2010/2011

Spadająca temperatura, mroźne wieczory i krótkie dni, nie powinno być to przyjemne, gdyby nie fakt że oznacza początek sezonu snowboardowego i... HOKEJOWEGO!!!
I tak pierwsze śnieżne wieczory spędzałem na spacerach po okolicznych uliczkach rozkoszując się pruszącym śniegiem i szczypiącym lekko mrozem.
Ten sezon ma swoje przyjemne i mniej przyjemne aspekty. Te mniej przyjemne, to dosyć nieudane transfery mojego lokalnego klubu, kilka niespodziewanie przegranych meczów i brak zaangażowania w Puchar Polski (to już chyba tradycja, że kluby pretendujące do Mistrzostwa Polski olewają zupełnie Puchar...), za oceanem, drugi z moich ukochanych zespołów New Jersey Devils zalicza przegraną za przegraną. Przyjemność może jednak sprawić seria wygranych, zdobytych przez naszych nastolatków w mistrzostwach U-20. Jeżeli tylko PZHL zrezygnuje ze swoich durnych pomysłów na wzór tego, pogrążającego drużynę Podhala, chwilę po tym gdy stracili sponsora, jednocześnie stawiając bardziej na promocję tej dyscypliny w mediach (póki co ciężko znaleźć kanał prezentujący mecze ekstraligi lub choćby mistrzostw świata w hokeju, podczas gdy do posrania można oglądać mecze ligi podwórkowej piłki nożnej..) to potencjał młodzieży być może uda się wykorzystać godnie i po kilku latach gry za "dziękuje", nie będą musieli decydować się na karierę taksówkarza...
Za oceanem właśnie odbył się tradycyjny mecz na otwartym powietrzu - Winter Classic, poprzedzony wyprodukowanym przez HBO serialem "24/7 road to NHL winter classic" - świetna rzecz, aczkolwiek znowu - przygnębiająca w kontekście warunków w jakich pracują nasi rodzimi zawodnicy...

Co do samego Winter Classic 2011, to wbrew poniższej reklamie, Crosby i Oviechkin nie byli gwiazdami tego spotkania..



poniedziałek, 15 listopada 2010

Palacze!

Przepraszam Was, iż egoistycznie cieszę się z wchodzącego dzisiaj w życie prawa ograniczającego Waszą swobodę wdychania toksycznego dymu. Wszakże jest to Wasz wybór, którego nie śmiał bym podważać, powinienem też liczyć się z tym, że idąc do pubu, restauracji, klubu, na przystanek, prawdopodobnie będę śmierdział jak popielnica w po-PRL-owskim Urzędzie Miasta.

Wielu moich przyjaciół to palacze. Sam zresztą paliłem, wiele lat temu co prawda, ale pamiętam nadal jak frustrujące bywało otoczenie, które uniemożliwiało ulżenia głodowi nikotynowemu. Niemniej, przy całym moim  poszanowaniu i względnym zrozumieniu dla wyborów ludzi palących, nie rozumiem jak ograniczając mi latami możliwość swobodnego i komfortowego uczestniczenia w koncertach, spotkaniach, imprezach (dając mi złudny wybór - przyjdź i wdychaj smród fajek albo zostań w domu i nie wdychaj), można jednocześnie krzyczeć o ograniczeniu swobody wynikającej z wywalczenia sobie przez osoby niepalące (nie chcę używać argumentu większości, bo wierzę że w społeczeństwie obywatelskim, każda grupa winna mieć swoje prawa) możliwości poruszania się po miejskiej infrastrukturze bez ryzyka zatrucia nikotynowego.
Popularna maksyma, będąca truizmem - jednak bardzo praktycznym, brzmi: "wolność jednego człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego". W myśl tej zasady, zdrowym kompromisem jest ustalenie zasad, gdzie palacze będą mogli realizować swoje dymkowe zajawki nie ograniczając jednocześnie możliwości skorzystania z ogólnodostępnych dóbr (kawiarnie, kluby, koncerty itd.) osobom niepalącym. Myślę, że wynikać to powinno z ogólnych zasad kultury (jak np. nie pierdzenie w windzie), doświadczenie uczy natomiast, że próżno było by tutaj liczyć na takowe zasady.

piątek, 12 listopada 2010

Last Believer - spontan shows

Długi weekend, zaczynający się od jedenastego listopada, dla jednych jest sposobnością na uczczenie pięknego, masońskiego święta, oddania władzy marszałkowi Piłsudskiemu, dla innych - w tym dla nas, to możliwość zagrania kilku koncertów, bez potrzeby wykorzystywania dodatkowych dni urlopowych.

Ubolewam nad formą obchodów Dnia Niepodległości w naszym kraju, zawłaszczonego przez skrajnie nacjonalistyczne i ksenofobiczne środowiska, ale cóż, polski patriotyzm ma śliskie podstawy, więc zasadniczo zagranie koncertu i spotkanie przyjaciół, to dla mnie najlepsza forma spędzenia tego dnia.


Wrocław 11.11

Ten koncert ustaliliśmy na zupełnym spontanie. Cztery dni wcześniej (tak - 4 dni!!!), gdy organizator wrocławskiego koncertu, na którym zagrać mieli nasi split partnerzy - SLIP zapytał czy nie mieli byśmy ochoty zastąpić ich, po tym gdy zespół odwoła swój udział w wydarzeniu, wydało mi się to mało realne. Rzadko raczej udaje nam się tak niespodziewane akcje realizować, ale ku mojemu zaskoczeniu, chłopaki wykazali się nie lada entuzjazmem i postanowili zagrać ten gig.
Sporo stresu kosztowało mnie moje bolące od 3 dni gardło, jako że nie mogłem sobie wyobrazić zaśpiewania ponad pół godzinnego setu, gdy nawet przełykanie sprawiało mi ból, niemniej terapia wzmożona, imbirem marynowanym, sokiem z cytryny i cukierkami na gardło, dodawała mi otuchy. Po drodze do Wrocławia, pojechaliśmy po Maćka, Grajek na miejsce miał dostać się sam (chłopak ewidentnie lubi podróże polską koleją). Dojechaliśmy dostatecznie wcześnie, bym mógł zabrać ekipę na przetestowaną kilka dni wcześniej, pyszną, włoską pizzę. Placek z pomidorami, czosnkiem (a w przypadku niektórych z serem i innymi dodatkami), polany oliwami wzbogaconymi czosnkiem  lub papryką, raz jeszcze okazał się wyborny, po zjedzeniu powędrowaliśmy spowrotem do klubu. Tam, po niemal 2 godzinach sympatycznych rozmów z lokalnymi załogantami i rozłożeniu sprzętu, zagraliśmy nasz set - poprzedzony dodatkowym stresem, w momencie gdy Grajkowi, podczas ustawiania sprzętu, pękła - ostatnia z kompletu, jak się okazało struna w gitarze. Udało się wybrnąć z sytuacji, w dosyć pomysłowy sposób, tak więc zagraliśmy koncert, na moje ucho całkiem sprawnie, jak na zupełny brak prób (od ostatniego koncertu który miał miejsce ok 5 tygodni wcześniej, nie mieliśmy okazji spotkać się i wspólnie pograć). Również moje gardło sprostało i zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie, pozwalając mi zaśpiewać, bez większego problemu cały set.
Po koncercie i jeszcze chwili spędzonej w towarzystwie naszych wrocławskich znajomych (zupełnie bez ściemy - Wrocław, to chyba moje ulubione, pod względem towarzystwa, punkowe miasto w Polsce), ruszyliśmy do Krakowa. Jako jedyny nie pijący - ja zostałem wytypowany na kierowcę. Z tej roli również wywiązałem się nie najgorzej, gdy dowiozłem wszystkich szczęśliwie do domów i sam położyłem się spać we własnym Łóżku. Dzisiaj Brzeszcze - Jawiszowice. Mam nadzieję na dobry gig!



Brzeszcze-Jawiszowice 12.11

Zacząłem dzień ok godziny 11, czyli później niż zwykle (jestem raczej typem rannego ptaszka). Przez to czas do zagospodarowania przed koncertem, nie był bardzo długi. Odrobina relaksu, trochę muzyki i newsów czytanych na portalach informacyjnych i zapadł zmrok - co oznaczało zbliżający się koncertowy wieczór. 
Gdy dotarliśmy na miejsce, w klubie zaczęli zbierać się ludzie, a my, chcący-nie chcący, załapaliśmy się na noszenie sprzętu. 
Przed nami zagrali Captain Grave, No Time To Waste i W Kilku Słowach. Poziom wszystkich tych kapel, przewyższył mocno - naszym zdaniem, to co wieczór wcześniej zaprezentowali Amerykanie i Niemcy, z którymi dzieliliśmy scenowe deski. Nie jest to kokieteria, ani przejaw tej szczególnej formy lokalnego patriotyzmu - po prostu: mamy zespoły, których nie musimy się wstydzić w skali światowej sceny.
Nasz set był o tyle dyskusyjny, że chłopaki byli z niego zadowoleni, ja natomiast mniej. Być może powodem była niewielka interakcja ludzi (co ja odczytuje jako reakcję na słabo zagrany koncert po prostu, ale dopuszczam również inne, rozmaite czynniki). Mało to profesjonalne, ale gdy ludzie w czasie setu wychodzą, lub odpalają sobie papierosy i odwróceni tyłem próbują wbrew ogólnemu zgiełkowi konwersować, odbiera mi to trochę motywację do angażowania się w występ. Starałem się zapanować nad tym na tyle, aby docenić tę pozostałą, przecież nie małą grupę ludzi, która miała ochotę nas posłuchać. 
Po koncercie nadszedł czas kolejnego, nie zdefiniowanego w czasie rozstania. Tak to już bywa w naszym przypadku. Rozjechaliśmy się do domów, miło będzie jednak wspomnieć te dwa dni przez najbliższy tydzień, siedząc w robocie i licząc na kolejną okazję spotkania i wspólnego grania.


wtorek, 5 października 2010

Na wyjeździe myśli się częściej..


Potrzeba ilości bodźców zewnętrznych, mających urozmaicić codzienną egzystencję, wzrasta szybciej niż kiedykolwiek. Takie odnoszę wrażenie. Rożne głupie rzeczy robiłem będąc dzieciakiem, ale wystarczyła mi deskorolka, tanie wino, punkowy koncert czy włamania na budowy sąsiadów, żeby zaspokoić swoją żądze wrażeń. Być może to moje mylne wrażenie, ale z perspektywy dzisiejszych dzieciaków, eksperymentujacych z narkotykami, seksem i przemocą, mogę wydawać sie nudziarzem. A może to właśnie perspektywa się zmieniła a nie dzieciaki..?

Nagła eskalacja tych zachowań, prezentowana w mediach, wydaje mi sie nieco naciągana. Od kilku dni, wszyscy - od reporterów TVN24 po polityków POPiSu szaleją z powodu plagi zesłanej na ludzkość przez rozgniewanych bogów, plagi pod postacią chemicznych środków ryjących starsze i młodsze berety, zwanych Dopalaczami. Osobiście uważam że całe to zjawisko to niezłe gówno, a właściciele sieci wspięli się na niedostępne dla przeciętnego zjadacza chleba wyżyny cynizmu. Niemniej nie chce mi sie wierzyć ze problem pojawił sie nagle, po ok. dwóch latach funkcjonowania tego przybytku. Coś tu śmierdzi. Zmasowana akcja zamykania sklepów, pod wodzą polityków PO i ze wsparciem ogólnokrajowych mediów, przypomina nieco, równie widowiskowe akcje CBA z czasów PiS.
Czuję sie nieco rozdarty, jako że mój liberalizm - z jednej strony, i straight edge-owe twardogłowie z drugiej, nasuwają argumenty z jednej i drugiej strony. Mianowicie, czy zakazać dopalaczy przez wzgląd na to, że konsumenci tego syfu to często małolaty kompletnie nieświadome z czym mają do czynienia, czy też wręcz zalegalizować miękkie narkotyki, bo argument o uzależnieniu, ubezwłasnowolnieniu i niszczeniu ludzkiej psychiki, w kontekście ostatnich wydażeń związanych z krzyżem na krakowskim przdmieściu, mógł by skłonić do delegalizacji jeszcze kilku rzeczy..
Chyba, jak zwykle w takich sytuacjach postawienie na świadomość społeczną ma tę przewagę nad odgórnymi regulacjami, że zakazy można ominąć, a indywidualny wybór zdecydowanie częściej bywa przez dokonujących owy wybór respektowany.

Jeżeli chodzi o legalizację marihuany, to jedyny argument który mógłby mnie do tego przekonać, to większa skuteczność w walce z kartelami narkotykowymi, bo argument o możliwości większej kontoli konsumpcji tego narkotyku i bezpieczeństwie jego spożywania, w kontekście popularności tzw "Smartshopów", to można se w dupę wsadzić.



Kawa generuje refleksje..

Życie to zlepek małych przyjemności (i niepowodzeń rownież, niestety). Nic w tym odkrywczego, ale wyjazd w delegacje, którego aktualnie doświadczam, a może rownież przedwczorajszu seans filmu "After.Life", ponownie skłoniły mnie do refleksji. Szczegóły, jak miły hotel, szybkie i wygodne firmowe auto, smaczny obiad na mieście czy punk rockowy koncert, banalne elementy składające się na satysfakcjonującą całość.
Mam wrażenie, że większość ludzi ma spore oczekiwania od życia. Ja nie. Będąc w paryskich katakumbach jakiś czas temu, widziałem jak kończą wielkie plany. Stosy ludzkich kości, tyle dla swiata znaczą w tej chwili te tysiące ongiś ludzkich istnień, marzeń, planów, ambicji i oczekiwań. Moim celem nie jest obniżanie poprzeczki, pochylenie karku i dobrowolne przyjmowanie gówna tego świata. Jeżeli natomiast liczysz na to że zostaniesz zapamietany, ze napiszą o tobie w książkach do historii, ze zbudujesz imperium i zmienisz świat, grubo się możesz rozczarować. Nie znaczy to że ne warto próbować, przeciwnie - ale nie warto napewno odpuszczać codziennych, małych radości, kosztem wielkich planów, bo na końcu drogi okazać sie może że i sporo w życiu przegapiliśmy a i z wielkich planów chuja..