sobota, 8 stycznia 2011

Mad Max

Jest deszczowy wieczór - idealny aby spędzić go przed telewizorem, wcinając smaczną przekąskę i popijając czymś równie dobrym. Akuratnie nic takiego pod ręką nie mam, tak więc wsiadam do zatankowanego benzyną samochodu i jadę do sklepu zrobić potrzebne zakupy. Po drodze uświadamiam sobie kilka faktów przywołanych dzisiejszą lekturą "Nation". Jako że wbrew powszechnemu optymizmowi związanemu z zasobami paliw kopalnych, których rzekomo posiadamy pod dostatkiem, wiele faktów wskazuje na to, że zasoby te jednak, nie są nieskończone, a fakt że technologia wydobycia ropy zmierza w stronę nieprzyjaznych otchłani oceanu, oznacza że lądy udało nam się już "wyssać". Gdybym przeniósł się w czasie, do momentu gdy - po sukcesie związanych z podbiciem oceanów, osuszyliśmy już również tamtejsze złoża, scenariusz mojego wieczoru diametralnie by się zmienił. Tak naprawdę bliżej było by mu do scenerii Mad Maxa (którego paradoksalnie będę miał okazję obejrzeć dzisiejszego wieczora w TV) niż weekendowej sielanki do jakiej większość z nas zdążyła się przyzwyczaić. Okazać by się mogło, że w baku mojego samochodu nie ma paliwa, a brak surowca sprawił również, że nie mogłem wymienić starych, wysłużonych rzeczy opartych na plastiku i gumie, na nowe. Tak więc nie mam telewizora - plan na wieczór legł w gruzach. Samochód prócz benzyny, nie ma również opon, a do sklepu nie ma po co iść, bo cały nasz transport oparty jest na ropie.
Jeżeli o konieczności poszukiwania alternatywnych źródeł energii oraz inwestowania w nie, nie przekonuje Was argument o szkodliwości spalania (oraz wydobywania) paliw kopalnych na środowisko naturalne (zmiany klimatyczne), być może bardziej przekonywujące będzie uświadomienie sobie, że jesteśmy cywilizacją tak bardzo uzależnioną od ropy i węgla, że brak tych surowców zaowocuje końcem świata takiego, jaki znamy. Gdy transport, komunikacja, energia elektryczna - oparte głównie na ropie i węglu przestaną istnieć na taką skalę, na jaką istnieją obecnie, szukanie innych źródeł zasilających nasze życie, może stać się niemożliwe. Nie ma w tym przesady. Tak naprawdę gdy zaczniemy skreślać kolejne funkcje, usługi, urządzenia, przedmioty, czynności, które wraz z końcem ery ropy i węgla przestaną istnieć, okazać się może, że ostatni spierdalający, nawet nie będzie miał okazji zgasić światła. Najbardziej frustrująca w tej sytuacji jest niemożność przebicia się do świadomości publicznej, istniejących już przecież alternatyw, pod postacią energii odnawialnej ze słońca, wód geotermalnych, wiatru czy wody. Przemysł czerpiący, póki co jeszcze pełnymi garściami z zatruwania naszej atmosfery, nie ma interesu w dopuszczaniu do głosu kogokolwiek mogącego zaszkodzić ich interesom. I tak o systemach korzystających z energii odnawialnej możemy usłyszeć czasami w Discovery - w formie ciekawostki, a głosy naukowców ostrzegających przed skutkami ocieplenia klimatu często przedstawiane są jako kolejne teorie spisku. Nie można nie doceniać wpływu nafto-przemysłu na politykę, media  a nawet świat nauki. Wszak doraźne, ogromne zyski generowane przez bezmyślne zużywanie zasobów kopalnych warte są sporych inwestycji (a wiele wskazuję na to, że nawet wojna, to nie nazbyt wiele, aby zagwarantować sobie ekonomiczny byt)...








niedziela, 2 stycznia 2011

GMO

Okres przedświąteczny to okres szaleństwa, szczególnie skumulowanego w zatłoczonych centrach handlowych, gdzie - niestety, chcąc być miły gościem trzeba upolować świąteczne prezenty dla bliskich. Karkołomne zadanie, mówię Wam - to niemal jak wyzwolenie pierwotnego instynktu, słowem: zezwierzęcenie. Tak czy owak aby spełnić kolejny konsumpcyjny nawyk, przypisany tradycją na koniec grudnia, postanowiłem zorganizować sobie zapasy wegańskiego żarcia, aby po świętach również móc pochwalić się znajomym jak bardzo się przejadałem.
Czasami nie zdaję sobie sprawy z komfortu jaki daje mi malutkie oznaczenie informujące mnie, że paczka moich ulubionych parówek sojowych, wyprodukowana jest z soi niemodyfikowanej genetycznie.
Zdając sobie sprawę z rosnących obaw i narastających społecznych sprzeciwów względem płodów GMO, korporacje nie zobowiązane do tego prawnie, nie miały by żadnego interesu w informowaniu ludzi co mają przyjemność konsumować. Nie wszyscy niestety mają tyle szczęścia ile mamy my. Amerykańskie korporacje takie jak Monsanto (aktualnie Elanco) do tego stopnia zaniepokojone są faktem ludzkiej niechęci do stawania się królikami doświadczalnymi w międzypokoleniowym, dosyć ryzykownym eksperymencie genetycznym i ekologicznym, iż nie wahają się wydać grubych milionów aby nie dopuścić do procesu legislacyjnego, mogącego zagrozić ich działalności.


Niemniej nawet, wydawało by się zabezpieczona ustawowo Unia Europejska, ulega lobbingowym wpływom twórców genetycznych patentów i zobowiązuje kraje członkowskie do dopuszczenia "kombinowanych" płodów do lokalnych upraw. Abstrahując, że jedynym sposobem na obronienie wewnętrznych praw dot. GMO jest tzw. "Klauzula Ochronna", zobowiązująca do przedstawienia naukowych dowodów szkodliwości upraw, same uprawy mogą stopniowo wypierać naturalne, lokalne plony, dając niemal absolutną władzę twórcom mutantów i uzależniając tym samym od nich miejscową gospodarkę.
O ile monopolizacja skupiająca moc produkcyjną w rękach kilku korporacji może już nie przerażać (dla mnie jednak nadal pozostaje głównym motywem bojkotu), jako że jest - podobnie jak korporacyjny lobbing mający rzeczywisty wpływ na politykę państw - pewnym niepokojącym standardem, o tyle zaburzenie naturalnej równowagi ekologicznej spowodowane rozprzestrzenianiem się upraw dojrzewających w nienaturalnych okresach i odpornych/trujących dla naturalnych szkodników, powinna wzbudzać obawy.

Nawet sceptycy żywności modyfikowanej genetycznie (w tym również, jeszcze do niedawna ja) nie zdają sobie sprawy z potencjalnych zagrożeń jakie konsumpcja owych może nieść dla naszego zdrowia. Wszystkie wspomniane kwestie motywowały środowiska ekologiczne, kwestia zdrowia natomiast-będąca argumentem zorientowanym egoistycznie, była pomijana. Efekty spożywania organizmów sztucznie modyfikowanych, na poziomie genetycznym, wedle badań dzielą się na pośrednie (II generacji), czyli takie które ujawnić się mogą w kolejnych pokoleniach oraz bezpośrednie (I generacji)których doświadczać możemy już teraz. 
O ile efektów mających pojawić się w drodze wypatrzonej przez inżynierię genetyczną ewolucji ciężko nam przewidzieć, wpływ bezpośredni na choćby naszą odporność na dotychczas skuteczne leki i antybiotyki, reakcje na naturalne składniki odżywcze, alergie czy na naszą płodność, medycyna zauważa już teraz.

Jakkolwiek ponętna może być perspektywa zażegnania głodu czy chorób dręczących ludzkość, każdy z powyższych argumentów potępiających GMO nie pozostawia we mnie zbyt wielu wątpliwości.
Prawdom jest również, że organizm modyfikowany organizmowi modyfikowanemu nie równy, aczkolwiek to właśnie brak transparentności i obowiązku informowania konsumentów o szczegółach procesu produkcji sprawia, że każde prawo umożliwiające wolny obrót żywnością modyfikowaną, niesie za sobą zagrożenia.






Hokej 2010/2011

Spadająca temperatura, mroźne wieczory i krótkie dni, nie powinno być to przyjemne, gdyby nie fakt że oznacza początek sezonu snowboardowego i... HOKEJOWEGO!!!
I tak pierwsze śnieżne wieczory spędzałem na spacerach po okolicznych uliczkach rozkoszując się pruszącym śniegiem i szczypiącym lekko mrozem.
Ten sezon ma swoje przyjemne i mniej przyjemne aspekty. Te mniej przyjemne, to dosyć nieudane transfery mojego lokalnego klubu, kilka niespodziewanie przegranych meczów i brak zaangażowania w Puchar Polski (to już chyba tradycja, że kluby pretendujące do Mistrzostwa Polski olewają zupełnie Puchar...), za oceanem, drugi z moich ukochanych zespołów New Jersey Devils zalicza przegraną za przegraną. Przyjemność może jednak sprawić seria wygranych, zdobytych przez naszych nastolatków w mistrzostwach U-20. Jeżeli tylko PZHL zrezygnuje ze swoich durnych pomysłów na wzór tego, pogrążającego drużynę Podhala, chwilę po tym gdy stracili sponsora, jednocześnie stawiając bardziej na promocję tej dyscypliny w mediach (póki co ciężko znaleźć kanał prezentujący mecze ekstraligi lub choćby mistrzostw świata w hokeju, podczas gdy do posrania można oglądać mecze ligi podwórkowej piłki nożnej..) to potencjał młodzieży być może uda się wykorzystać godnie i po kilku latach gry za "dziękuje", nie będą musieli decydować się na karierę taksówkarza...
Za oceanem właśnie odbył się tradycyjny mecz na otwartym powietrzu - Winter Classic, poprzedzony wyprodukowanym przez HBO serialem "24/7 road to NHL winter classic" - świetna rzecz, aczkolwiek znowu - przygnębiająca w kontekście warunków w jakich pracują nasi rodzimi zawodnicy...

Co do samego Winter Classic 2011, to wbrew poniższej reklamie, Crosby i Oviechkin nie byli gwiazdami tego spotkania..



poniedziałek, 15 listopada 2010

Palacze!

Przepraszam Was, iż egoistycznie cieszę się z wchodzącego dzisiaj w życie prawa ograniczającego Waszą swobodę wdychania toksycznego dymu. Wszakże jest to Wasz wybór, którego nie śmiał bym podważać, powinienem też liczyć się z tym, że idąc do pubu, restauracji, klubu, na przystanek, prawdopodobnie będę śmierdział jak popielnica w po-PRL-owskim Urzędzie Miasta.

Wielu moich przyjaciół to palacze. Sam zresztą paliłem, wiele lat temu co prawda, ale pamiętam nadal jak frustrujące bywało otoczenie, które uniemożliwiało ulżenia głodowi nikotynowemu. Niemniej, przy całym moim  poszanowaniu i względnym zrozumieniu dla wyborów ludzi palących, nie rozumiem jak ograniczając mi latami możliwość swobodnego i komfortowego uczestniczenia w koncertach, spotkaniach, imprezach (dając mi złudny wybór - przyjdź i wdychaj smród fajek albo zostań w domu i nie wdychaj), można jednocześnie krzyczeć o ograniczeniu swobody wynikającej z wywalczenia sobie przez osoby niepalące (nie chcę używać argumentu większości, bo wierzę że w społeczeństwie obywatelskim, każda grupa winna mieć swoje prawa) możliwości poruszania się po miejskiej infrastrukturze bez ryzyka zatrucia nikotynowego.
Popularna maksyma, będąca truizmem - jednak bardzo praktycznym, brzmi: "wolność jednego człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego". W myśl tej zasady, zdrowym kompromisem jest ustalenie zasad, gdzie palacze będą mogli realizować swoje dymkowe zajawki nie ograniczając jednocześnie możliwości skorzystania z ogólnodostępnych dóbr (kawiarnie, kluby, koncerty itd.) osobom niepalącym. Myślę, że wynikać to powinno z ogólnych zasad kultury (jak np. nie pierdzenie w windzie), doświadczenie uczy natomiast, że próżno było by tutaj liczyć na takowe zasady.

piątek, 12 listopada 2010

Last Believer - spontan shows

Długi weekend, zaczynający się od jedenastego listopada, dla jednych jest sposobnością na uczczenie pięknego, masońskiego święta, oddania władzy marszałkowi Piłsudskiemu, dla innych - w tym dla nas, to możliwość zagrania kilku koncertów, bez potrzeby wykorzystywania dodatkowych dni urlopowych.

Ubolewam nad formą obchodów Dnia Niepodległości w naszym kraju, zawłaszczonego przez skrajnie nacjonalistyczne i ksenofobiczne środowiska, ale cóż, polski patriotyzm ma śliskie podstawy, więc zasadniczo zagranie koncertu i spotkanie przyjaciół, to dla mnie najlepsza forma spędzenia tego dnia.


Wrocław 11.11

Ten koncert ustaliliśmy na zupełnym spontanie. Cztery dni wcześniej (tak - 4 dni!!!), gdy organizator wrocławskiego koncertu, na którym zagrać mieli nasi split partnerzy - SLIP zapytał czy nie mieli byśmy ochoty zastąpić ich, po tym gdy zespół odwoła swój udział w wydarzeniu, wydało mi się to mało realne. Rzadko raczej udaje nam się tak niespodziewane akcje realizować, ale ku mojemu zaskoczeniu, chłopaki wykazali się nie lada entuzjazmem i postanowili zagrać ten gig.
Sporo stresu kosztowało mnie moje bolące od 3 dni gardło, jako że nie mogłem sobie wyobrazić zaśpiewania ponad pół godzinnego setu, gdy nawet przełykanie sprawiało mi ból, niemniej terapia wzmożona, imbirem marynowanym, sokiem z cytryny i cukierkami na gardło, dodawała mi otuchy. Po drodze do Wrocławia, pojechaliśmy po Maćka, Grajek na miejsce miał dostać się sam (chłopak ewidentnie lubi podróże polską koleją). Dojechaliśmy dostatecznie wcześnie, bym mógł zabrać ekipę na przetestowaną kilka dni wcześniej, pyszną, włoską pizzę. Placek z pomidorami, czosnkiem (a w przypadku niektórych z serem i innymi dodatkami), polany oliwami wzbogaconymi czosnkiem  lub papryką, raz jeszcze okazał się wyborny, po zjedzeniu powędrowaliśmy spowrotem do klubu. Tam, po niemal 2 godzinach sympatycznych rozmów z lokalnymi załogantami i rozłożeniu sprzętu, zagraliśmy nasz set - poprzedzony dodatkowym stresem, w momencie gdy Grajkowi, podczas ustawiania sprzętu, pękła - ostatnia z kompletu, jak się okazało struna w gitarze. Udało się wybrnąć z sytuacji, w dosyć pomysłowy sposób, tak więc zagraliśmy koncert, na moje ucho całkiem sprawnie, jak na zupełny brak prób (od ostatniego koncertu który miał miejsce ok 5 tygodni wcześniej, nie mieliśmy okazji spotkać się i wspólnie pograć). Również moje gardło sprostało i zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie, pozwalając mi zaśpiewać, bez większego problemu cały set.
Po koncercie i jeszcze chwili spędzonej w towarzystwie naszych wrocławskich znajomych (zupełnie bez ściemy - Wrocław, to chyba moje ulubione, pod względem towarzystwa, punkowe miasto w Polsce), ruszyliśmy do Krakowa. Jako jedyny nie pijący - ja zostałem wytypowany na kierowcę. Z tej roli również wywiązałem się nie najgorzej, gdy dowiozłem wszystkich szczęśliwie do domów i sam położyłem się spać we własnym Łóżku. Dzisiaj Brzeszcze - Jawiszowice. Mam nadzieję na dobry gig!



Brzeszcze-Jawiszowice 12.11

Zacząłem dzień ok godziny 11, czyli później niż zwykle (jestem raczej typem rannego ptaszka). Przez to czas do zagospodarowania przed koncertem, nie był bardzo długi. Odrobina relaksu, trochę muzyki i newsów czytanych na portalach informacyjnych i zapadł zmrok - co oznaczało zbliżający się koncertowy wieczór. 
Gdy dotarliśmy na miejsce, w klubie zaczęli zbierać się ludzie, a my, chcący-nie chcący, załapaliśmy się na noszenie sprzętu. 
Przed nami zagrali Captain Grave, No Time To Waste i W Kilku Słowach. Poziom wszystkich tych kapel, przewyższył mocno - naszym zdaniem, to co wieczór wcześniej zaprezentowali Amerykanie i Niemcy, z którymi dzieliliśmy scenowe deski. Nie jest to kokieteria, ani przejaw tej szczególnej formy lokalnego patriotyzmu - po prostu: mamy zespoły, których nie musimy się wstydzić w skali światowej sceny.
Nasz set był o tyle dyskusyjny, że chłopaki byli z niego zadowoleni, ja natomiast mniej. Być może powodem była niewielka interakcja ludzi (co ja odczytuje jako reakcję na słabo zagrany koncert po prostu, ale dopuszczam również inne, rozmaite czynniki). Mało to profesjonalne, ale gdy ludzie w czasie setu wychodzą, lub odpalają sobie papierosy i odwróceni tyłem próbują wbrew ogólnemu zgiełkowi konwersować, odbiera mi to trochę motywację do angażowania się w występ. Starałem się zapanować nad tym na tyle, aby docenić tę pozostałą, przecież nie małą grupę ludzi, która miała ochotę nas posłuchać. 
Po koncercie nadszedł czas kolejnego, nie zdefiniowanego w czasie rozstania. Tak to już bywa w naszym przypadku. Rozjechaliśmy się do domów, miło będzie jednak wspomnieć te dwa dni przez najbliższy tydzień, siedząc w robocie i licząc na kolejną okazję spotkania i wspólnego grania.


wtorek, 5 października 2010

Na wyjeździe myśli się częściej..


Potrzeba ilości bodźców zewnętrznych, mających urozmaicić codzienną egzystencję, wzrasta szybciej niż kiedykolwiek. Takie odnoszę wrażenie. Rożne głupie rzeczy robiłem będąc dzieciakiem, ale wystarczyła mi deskorolka, tanie wino, punkowy koncert czy włamania na budowy sąsiadów, żeby zaspokoić swoją żądze wrażeń. Być może to moje mylne wrażenie, ale z perspektywy dzisiejszych dzieciaków, eksperymentujacych z narkotykami, seksem i przemocą, mogę wydawać sie nudziarzem. A może to właśnie perspektywa się zmieniła a nie dzieciaki..?

Nagła eskalacja tych zachowań, prezentowana w mediach, wydaje mi sie nieco naciągana. Od kilku dni, wszyscy - od reporterów TVN24 po polityków POPiSu szaleją z powodu plagi zesłanej na ludzkość przez rozgniewanych bogów, plagi pod postacią chemicznych środków ryjących starsze i młodsze berety, zwanych Dopalaczami. Osobiście uważam że całe to zjawisko to niezłe gówno, a właściciele sieci wspięli się na niedostępne dla przeciętnego zjadacza chleba wyżyny cynizmu. Niemniej nie chce mi sie wierzyć ze problem pojawił sie nagle, po ok. dwóch latach funkcjonowania tego przybytku. Coś tu śmierdzi. Zmasowana akcja zamykania sklepów, pod wodzą polityków PO i ze wsparciem ogólnokrajowych mediów, przypomina nieco, równie widowiskowe akcje CBA z czasów PiS.
Czuję sie nieco rozdarty, jako że mój liberalizm - z jednej strony, i straight edge-owe twardogłowie z drugiej, nasuwają argumenty z jednej i drugiej strony. Mianowicie, czy zakazać dopalaczy przez wzgląd na to, że konsumenci tego syfu to często małolaty kompletnie nieświadome z czym mają do czynienia, czy też wręcz zalegalizować miękkie narkotyki, bo argument o uzależnieniu, ubezwłasnowolnieniu i niszczeniu ludzkiej psychiki, w kontekście ostatnich wydażeń związanych z krzyżem na krakowskim przdmieściu, mógł by skłonić do delegalizacji jeszcze kilku rzeczy..
Chyba, jak zwykle w takich sytuacjach postawienie na świadomość społeczną ma tę przewagę nad odgórnymi regulacjami, że zakazy można ominąć, a indywidualny wybór zdecydowanie częściej bywa przez dokonujących owy wybór respektowany.

Jeżeli chodzi o legalizację marihuany, to jedyny argument który mógłby mnie do tego przekonać, to większa skuteczność w walce z kartelami narkotykowymi, bo argument o możliwości większej kontoli konsumpcji tego narkotyku i bezpieczeństwie jego spożywania, w kontekście popularności tzw "Smartshopów", to można se w dupę wsadzić.



Kawa generuje refleksje..

Życie to zlepek małych przyjemności (i niepowodzeń rownież, niestety). Nic w tym odkrywczego, ale wyjazd w delegacje, którego aktualnie doświadczam, a może rownież przedwczorajszu seans filmu "After.Life", ponownie skłoniły mnie do refleksji. Szczegóły, jak miły hotel, szybkie i wygodne firmowe auto, smaczny obiad na mieście czy punk rockowy koncert, banalne elementy składające się na satysfakcjonującą całość.
Mam wrażenie, że większość ludzi ma spore oczekiwania od życia. Ja nie. Będąc w paryskich katakumbach jakiś czas temu, widziałem jak kończą wielkie plany. Stosy ludzkich kości, tyle dla swiata znaczą w tej chwili te tysiące ongiś ludzkich istnień, marzeń, planów, ambicji i oczekiwań. Moim celem nie jest obniżanie poprzeczki, pochylenie karku i dobrowolne przyjmowanie gówna tego świata. Jeżeli natomiast liczysz na to że zostaniesz zapamietany, ze napiszą o tobie w książkach do historii, ze zbudujesz imperium i zmienisz świat, grubo się możesz rozczarować. Nie znaczy to że ne warto próbować, przeciwnie - ale nie warto napewno odpuszczać codziennych, małych radości, kosztem wielkich planów, bo na końcu drogi okazać sie może że i sporo w życiu przegapiliśmy a i z wielkich planów chuja..

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Media Blitz

- Niech politycy zadadzą sobie pytanie, czy siły zbrojne są tymi siłami, które są w stanie zbudować pokój, w mojej ocenie nie są.. - rzekł Gen. Roman Polko, dowódca jednostki GROM, zastępca szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, wprawiając redaktora TVN24 w nie lada konsternację.

Lata podlewane nieustannie krwią afgańskich cywili, powstańców jak też żołnierzy NATO, nie przyniosły zdaniem wielu oficerów i militarnych specjalistów, żadnych z oficjalnie oczekiwanych rozwiązań (pojmanie Usama ibn Ladin -a, ustalenie nowego, demokratycznego rządu i zapewnienie udręczonym, zamachami bratobójczymi i okupacją zachodnią Afgańczykom, upragnionego pokoju).
Póki co zamachy samobójcze z roku na rok stają się codziennością, przywódcy Talibów nie zostali schwytani a cywilni autochtoni stali się dodatkowo celem rozwścieczonej, sfrustrowanej i jednocześnie przestraszonej młodzieży, pełniącej służbę w armiach walczących pod banderą NATO. 
Przykład generała Polko i deklaracje polskich polityków, chcących z terenów okupowanych się wycofać, mogą napawać optymizmem, szczególnie że jest to wola większości, jak mi się wydaje polskiego społeczeństwa. Świadomość Polaków i krytyka pojawiająca się tu i ówdzie w kuluarach militarno-ministerialnych, świadczą o powoli odzyskiwanej trzeźwości umysłu w naszym polskim piekiełku. Problem pozostaje nierozwiązany, jako że głównym graczem na afgańskiej arenie, pozostaje w dalszym ciągu nasz wielki brat - USA, a tam tendencje antywojenne ciągle pozostają w relatywnie głębokim undergroundzie. W przedwczorajszym odcinku programu "Meet The Press", pojawił się nowo sygnowany na człeka mającego uratować spadającą w sondażach popularności misję - gen. Petraeus. Pytania prowadzącego Davida Gregory, sprytnie kluczyły pomiędzy sednem tematu, przedstawiając optymistyczną wizję rezultatu misji, zupełnie pomijając fakty miażdżących porażek, przedstawiane  również oficjalnie, z tym że poza najbardziej popularnymi mediami oraz, mniej oficjalnie na stronie WikiLeaks (w postaci raportu, udostępnionego przez samych żołnierzy działających na froncie). Nie jest to nic nadzwyczajnego, jako że od lat 60, kiedy to podupadłe morale amerykanów, upodlone porażkami w Wietnamie, reperowały spreparowane informacje podawane przez media - wygląda na to, że od tego czasu niewiele się zmieniło. Mieszkając w Irlandii, często oglądałem program "Meet The Press" i w trakcie kadencji G. W. Busha jr wydawał mi się on bardzo wnikliwy i  odważny w swojej kontestacji, tego co wówczas w Stanach się działo. Niestety zmiana warty w Białym Domu, podważyła w moich oczach niezależność audycji. 
Media to potężne oręże, pozwalające kontrolować masy. Posiadające moc podobną do mocy religii, przy czym używającą jako narzędzia kontroli nie emocji (jak wspomniana..), a informacji. Tak więc dopóki informacje przedstawiane są zgodnie z intencją grup interesu a nie zgodnie z ideą obiektywizmu, dopóty - w kontekście USA, wsparcie dla wojen prowadzonych w Iraku i Afganistanie będzie ogromne, nawet WikiLeaks nie będzie w stanie zrównoważyć tej sytuacji.
Stronniczość mediów niestety nie jest przypadłością dotykającą tylko zachodnich sąsiadów. Trochę to truizm, ale polskie media rzadko grzeszą obiektywizmem - co w przypadku mediów publicznych, w czasach systemu totalitarnego, może być przyjęte jako pewna norma (sic), w czasach demokratycznych jednak - jest to co najmniej niepokojące. Jeżeli chodzi o media prywatne, nie ma się co łudzić, również da się zauważyć przynajmniej pewne sympatie, jeżeli nie ewidentne zauroczenie.
No nic, szczęście w nieszczęściu żyjemy w czasach, gdy przepływ informacji odbywa się wieloma, również niezależnymi kanałami, tak więc jedyną przeszkodą aby posiąść i przekazać dalej ,bliższą obiektywizmowi wiedzę, może być nasze lenistwo. Narzędzia takie jak Facebook czy Twitter aż proszą się aby wykorzystać je do globalnego przepływu istotnych informacji, nie tylko wyników quizów i filmików z YouTube.



Zło(ść)

Jestem z natury osoba dosyć nerwową, latami starałem się natomiast wypracować pewien mechanizm analizowania zachowań innych ludzi i próby tłumaczenia ich przed samym sobą. Ludzie zachowywali się wobec mnie nie fair, nie brałem tego jednak do siebie, mając świadomość iż sam doskonały nie jestem, jednocześnie znajdując szereg scenariuszy będących doskonałą linią obrony dla tych zachowań. Cenię tolerancję, dlatego zawsze starałem się tolerować nawet te rzeczy, których skrajnie nie rozumiałem. To ma sens. Niestety jestem również człowiekiem, a ludzie - co jest dosyć oczywiste, dają dupy. Tak więc nie wytrzymuję, daje się ponieść emocjom i skreślam kogoś jako idiotę - osobę z którą rozmowa jest równie bezcelowa, jak dyskusja z Allenowskim, wiejskim idiotą, którego jedynym problemem egzystencjalnym jest, ile śliny nakapać.. Tak stało się ostatnimi dniami w trzech przypadkach, o których napiszę, co - mam nadzieję, będzie dla mnie swoistym katharsis. 
Mianowicie, biała gorączka - odsłona pierwsza:
- krzyż pod pałacem prezydenckim, wyzwiska i zacietrzewienie idiotów zmanipulowanych przez szczwanych polityków, idealnie operujących opium mentalnym dla mas - religią. Nie byłem w stanie zdobyć się na tolerancję czy choć cień wyrozumiałości dla tych mord wykrzykujących obelgi pod adresem wszystkich znajdujących się pod "drugiej stronie barykady" - czyli wszystkich, względnie normalnych ludzi.
 - odsłona druga, dysputa o prawach dla mniejszości seksualnych w San Francisco i pomost do niedawnych dyskusji, przy okazji Europride w Warszawie, gdzie postacią analogiczną do promotorów tzw. Proposal 8, mającej odebrać gejom prawo do małżeństwa był p. Marek Jurek. Dla mnie ludzie chcący równość wobec prawa podważać na podstawie religii i własnych, dziwnych przekonać, są idiotami, z którymi nie bardzo mam o czym rozmawiać. Cześć.
- odsłona trzecia - lokalna: pewnego dnia, w klatce w której mieszkam, pojawiła się petycja, podpisana przez czerpiącą z uroków życia emeryta starszyznę bloku, nawołująca do zlikwidowania osiedlowego placu zabaw, ponieważ dzieci nań się bawiące... zbyt głośno krzyczą.. Noż kurwa!

Teraz, gdy przelałem swój żal i frustrację na stronę bloga, mogę na powrót oddać się medytacji i obrócić swoją złość w coś konstruktywnego. Amen.





 

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Globalne Ocipienie..?

Od naszej domowej kuchni aż do budynków parlamentu udowadniamy - jako gatunek, jak niewiele instynktu samozachowawczego posiadamy. Jedyny odruch mający na celu zachowanie gatunku ludzkiego, który celebrujemy nader dobrze, to dupczenie. Inne aspekty naszej gatunkowej solidarności nietety leżą. Jesteśmy krótkowzroczni, egoistyczni i zadufani w sobie - przygnębiająca świadomość. Jest rownież druga możliwość, możliwość która odpowiada mi o wiele bardziej. Mianowicie, ludzie solidaryzowali się ze sobą w przeszłości wielokrotnie, gdy tylko na horyzoncie pojawiało się zagrożenie. Potrafili rownież podejmować dalekowzroczne decyzje, w imię dobra swoich dzieci i wnuków. Czy zatem coś w nas, ludziach umarło? A może to nadal tam jest, zostało jedynie ztłamszone przez natłok informacji i codziennych obowiązków? Ta hipoteza, będąc relatywnie optymistyczną, podoba mi się bardzej.

Korzystam z wolnego (powiedzmy) przepływu informacji, jak tylko mogę. Chwalę sobie możliwość skonfrontowania jednej informacji poprzez wysluchanie jej w TV i wygooglowanie na kilku stronach internetowych, a posiadając urządzenie mobilne z dostępem do internetu, cieszę się rownież niezależnością przestrzenną.
Jednocześnie jestem w stanie zrozumieć jak bardzo trywialne w tym zalewie wiadomości mogą wydawać się poszczególne poblemy. W tym kontekście rozumiem zatem, brak szczególnego przejęcia tematami takimi jak wojna w Afganistanie czy, naglące w perspektywie naszej wspólnej, nie tak odległej przeszłości ocieplenie klimatu.

W kwestii tego ostatniego topicu, korzystając ze swojego marnego zasobu wiedzy i doświadczenia, myśl swoją nieco rozwinę. Mianowicie, jest kilka rzeczy, które w codziennej egzystencji możemy zmienić czy też zastosować, aby umnejszyć swój wpływ na ocieplenie klimatu. Czynnością znaną każdemu oszczędnemu gospodarzowi jest wyłączanie nieużywanych aktualnie urządzeń elektrycznych. Tak oczywiste, że aż ... przez wielu ignorowane. Wymiana żarówek na energooszczędne, będzie pożyteczna rownież w kontekście naszego domowego budżetu. Recycling - wiele materiałów odpadowych można, po przerworzeniu wtórnie wykorzystać. Cześć z nich może być wtórnie wykorzytana bez przetwarzania (vide butelki, pudełka, słoiki itd.) Zdarza sie również, że do naszego zakupowego koszyka, wpada kilka zupełnie niepotrzebnych przedmiotów - nadkonsumpcja rownież jest tutaj problemem - możemy lepiej planować nasze zakupy. Komunikacja zbiorowa - w mieście najczęściej jest wygodniejsza (po co miałbym tracić czas dojazdu do pracy na bezsensowne kluczenie po mieście, gdy mogę w tym czasie spokojnie posłuchać muzyki czy poczytać książkę?).
Najłatwiejszy jednak krok który każdy niemal może podjąć, uznany w ongiś publikowanym w Guardianie raporcie za najważniejszy krok w kierunku ratowania planety to rezygnacja z konsumpcji produktów pochodzących z hodowli zwierząt. Proste jak konstrukcja cepa. Metan pochodzący ze wspomnianych hodowli, będący jednym z głównych gazów cieplarnianych, jest największym procentowo ludzkim odciskiem na mało kolorowej przyszłości jaka się przed nami maluje. Rezygnacja z mięsa i innych produktów zwierzęcych, mogła by ten odcisk znacznie zmniejszyć.
Pogodzilem się już z tym, że nie każdego przekona etyczny aspekt, traktujący o bezpośrednim związku konsumpcji mięsa i innych produktów odzwierzęcych z masowym cierpieniem zwierząt. Rozumiem też, że troska o własne zdrowie może nie być dostatecznie przekonująca. Wierzę jednak, że troska o los przyszłości naszej i naszych dzieci, będzie dostatecznym motorem dla wielu, aby poczynić ten banalny, ale skuteczny na tak wielu frontach krok.

Odnosząc się jeszcze do sceptyków, poddających wątpliwości "teorie" globalnego ocieplenia, zapytam: czy bardziej ryzykujemy przedkładając ponad naszą wygodę potencjalne zagrożenia związane z następstwami ocieplającego się klimatu, stusując prewencyjne środki mające zmniejszyć owe zagrożenia, czy też bardziej ryzykujemy naszą, niezbyt odległą przyszłość spuszczając wspomnianą teorie, popartą faktami widocznymi już teraz (anomalia pogodowe odnotowywane na całym świecie) w kiblu naszej ignorancji..?