środa, 22 kwietnia 2009

"Heart On My Sleeve"

Pierwszy tatuaż jaki sobie zrobiłem, nie miał szczególnego znaczenia w sensie symboliki, raczej sam fakt wytatuowania sobie trwałego wzoru na skórze miał być aktem wyzwolenia (na pewnym poziomie). Brzydki jak noc październikowa smok, nie był nawet wyrazem estetycznym (kto go na tamtym etapie widział, ten wie..). Kolejny, już wyrażający pewną istotną dla mnie wtedy i teraz wartość, był w formie napisu, tak więc aspektów artystycznych, w powszechnym tego słowa znaczeniu nie miał, jednak od tego czasu wszystkie moje tatuaże powstawały dla uczczenia pewnych wartości, oddania hołdu istotnym dla mnie zespołom hcpunk czy też zobrazowania mojego stanu umysłu i ducha. Z czasem poszukiwałem równowagi, pomiędzy czystą symboliką a estetyczną ekspresją.
Nigdy nie rozumiałem uprzedzeń do symbolicznych tatuaży, reprezentujących np. pewne postawy (vide weganizm czy straight edge), argumentowanych faktem ulotności owych (w miażdżącej niestety większości przypadków). Myślę, że ok 2/3 wzorów na mojej skórze, ma jakieś "scenowe" konotacje, a przecież nauczony doświadczeniem, również biorę pod uwagę, iż któregoś dnia mogę "zagubić się w realiach życia". I co z tego? Nie ma co wstydzić się przeszłości, a posiadając pamiętnik w formie tuszu wkłutego w skórę, nie zapomnimy może skąd pochodzimy i kim byliśmy.
Świadomość i tolerancja społeczna, która jeszcze kilka lat temu skreślała mnie z szeregów "przyzwoitych obywateli", jako wyrzutka społeczeństwa, recydywistę i bandytę (tylko ze względu na wzory na moim ciele), na chwilę obecną wzrosła na tyle, iż pozwala mi swobodnie pracować w "poważnej instytucji", bez potrzeby chowania się za longsleevami. Mimo wszystko zdarzają się, poniekąd zabawne sytuacje, gdy podchodzą do mnie starsze panie aby wyrazić swój żal - "jak mogłem się tak skrzywdzić". Cóż, podchodzę do tego z lekkim uśmiechem, z drugiej jednak strony, gdy do moich tatuaży mają zastrzeżenia moi rówieśnicy lub ludzie ode mnie młodsi (argumentując je właśnie przeszkodą w wpasowywaniu się w społeczne tryby), lekko mnie to irytuje, tym bardziej, iż niektóre z tych person, swoją "karierę zawodową" zakończyły np. na budowie. W ogóle troska ludzi, jeśli chodzi o każde odstępstwo od przyjętych norm, jest fascynująca, szczególnie w obliczu ignorancji, jaką ci sami ludzie wykazują wobec faktycznego cierpienia innych.

czwartek, 2 kwietnia 2009

"I'm not a cool guy anymore"

Z uwagi na to, że nie pijam alkoholu, ludzie mają dziwną tendencję oczekiwać ode mnie bycia naprawdę cool. Takie mam wrażenie. Jak gdyby miało to zrównoważyć fakt, że nie poprawie nikomu humoru kompromitującymi autoportretami z imprezy minionej nocy czy też bezpruderyjnym, szalonym tańcem go-go na knajpianym stoliku. Czasy gdy dostarczałem rozrywki swoim bliższym i dalszym znajomym butami zgubionymi po ostrej nocy w klubie, bezpowrotnie (mam nadzieje..) minęły, a ja wcale nie mam ochoty udowadniać nikomu, że "umiem się bawić bez alkoholu i dragów". W dupie to mam, może i jestem nudziarzem, ale podejrzewam, być może odrobinę arogancko, że moje życie więcej ma barw niż egzystencja wielu moich rówieśników, prowadzona od jednej sobotniej najebki, poprzez niedzielnego kaca, aż do kolejnej i kolejnej...

Nie mam nic przeciwko pójściu do knajpy, czy nawet biernemu udziałowi w libacji, a fakt że odpuszczam większość tego typu eventów, wynika raczej z mojej wrodzonej przekory i uporu - z jednej strony, z drugiej natomiast, co trudniej przyznać - z powodu moich ograniczonych zdolności społecznych. Może to być dla wielu zaskakujące, ale w sumie nieśmiały ze mnie gość.
Nie znaczy to wcale, że nie lubię spotykać się z ludźmi - przeciwnie. Problem polega na tym, że często moje problemy z dostosowaniem się do sytuacji w której się znalazłem, mogą być odbierane jako wrogość, znudzenie, czy Bóg jeden wie co jeszcze. Ja lubię ludzi, czasami jednak mam problem by się z nimi porozumieć.

Niemniej - nie chce swoim stylem życia udowadniać, że TEŻ mogę dobrze bawić się na klubowej imprezie, TEŻ mogę pozwolić sobie na szaleństwo, TEŻ jestem mistrzem parkietu i TEŻ potrafię być 100% party boyem. Pomimo, iż jestem trzeźwy. Wbijam w to. Gdy będę miał ochotę gdzieś pójść czy coś zrobić, po prostu to zrobię - bez oglądania się na oczekiwania innych.


"Just To Get Away"

Nie wiem czy tylko ja tak mam, ale bywa iż przesłuchuje 2/3 płyty, potupując i podśpiewując teksty piosenek, bez nadmiernego zaangażowania, ale bywa i tak, że zawieszam się na jednym, dwóch kawałkach i wałkuje je w spazmach. Właśnie takich emocji doznałem dzisiaj słuchając płytę Poison Idea - "Feel The Darkness", a właściwie skupiając swoją uwagę kolejno, na dwóch szczególnych kawałkach - "Just To Get Away" i "Taken By Suprise". Intensywność, energia ale i melodia zawarta w riffach tych kawałków ładuje naprawdę niesamowitym powerem, a chwytliwe refreny krzyczane przez Pig Championa głęboko zapadają w pamięci. Jest kilka płyt, które totalnie przeszły próbę czasu i wygląda na to, że ta również się kwalifikuje do tego zacnego grona. Po raz pierwszy usłyszałem ją chyba ok. 98 roku, na szkolnej wycieczce do Włoch (nota bene jednej z moich ostatnich pijackich, grupowych wyjazdów zagranicznych), wraz z "Dance With Me" TSOL oraz "Flyulaba" SNFU - nagranych zresztą na jednej, 90cio minutowej kasecie. Wszystkie trzy robiły na mnie równie wielkie wrażenie wtedy, przed kilkunastoma laty, jak i robią teraz (na trzeźwo). Pamiętam, że historia nekrofilskiej miłości, zaśpiewana przez Jacka Grishama w Code Blue była dla mnie jednym z bardziej szokującym tekstów (może poza tekstami Kata słyszanymi jeszcze kilka lat wstecz), w tej chwili być może nie wydaje mi się już tak kontrowersyjny (w pozytywnym tego słowa znaczeniu), ale nadal pozostaje jednym z lepszych IMO punkowych kawałków.
Do czego dążę? Ano nie chce wyjść na znudzonego marudę, ale nie pamiętam by jakiś zespół z ostatnich kilku lat pozostawił w moim umyśle trwały ślad. Oczywiście zdażają się świetne hordy. Ponad przeciętne i nietuzinkowe, ale coraz rzadziej przemycają "to coś", co mogło by mnie powalić, omotać.. Mógłbym to zrzucić na karb "pierwszego kontaktu", który zawsze, niezależnie właściwie od kalibru zapisuje się na twardym dysku na stałe, ale gdy pierwszy raz słyszałem TSOL, Poison Idea, czy Pennywise, Bad Religion i Good Riddance, miałem już spore zaplecze w postaci, co prawda kapel pokroju Exploited i Toy Dolls, ale powiedzmy już z Punk Rockiem byłem zaprzyjaźniony. Nie chce przypisywać tym starym, klasycznym kapelom jakiś mistycznych właściwości, ale może haczyk jest w tym, że łatwiej było zagrać autentyczną, ciekawą muzykę(mieszcząc się w punkowej konwencji) w latach 70/80/90 niż obecnie, gdy wydaje się, że wszystko zostało już zagrane.
Autentyczność -chyba właśnie o to chodzi. Nie tylko w kontekście muzyki.

niedziela, 8 marca 2009

8 marca


Święto to, wbrew powszechnemu przekonaniu o jego komunistycznych korzeniach, powstało w 1909 roku w Stanach Zjednoczonych i pierwszy raz obchodzone było tego właśnie roku, 20 marca, a uczcić miało powstanie kobiet, mające miejsce w roku 1857 w nowojorskiej fabryce bawełny. Rajot mający na celu wywalczenie krótszego czasu pracy i zrównania płac, z tymi które otrzymywali mężczyźni w owej firmie, był jendym z pierwszych wydarzeń odciskających swe piętno na purytańskim, patriarchalnym społeczeństwie.
Będę trochę PC. Może nawet trochę bardzo. Ale olewam metkę, myślę że równouprawnienie płci jest tak oczywistym statusem, jak negacja niewolnictwa na ten przykład i nie wymaga wepchnięcia w jakieś poprawne politycznie formuły. Pomimo tego kobiety bardzo często dyskryminowane są przez system sądowniczy, pracodawców, polityków (vide wypowiedzi Leppera nt. „zgwałcenia dziwki”) jak i obyczajowo. Przeświadczenie, że facet „zaliczający” 30 kobiet w miesiąc, to macho – godny podziwu samiec, a kobieta spotykająca się z kilkoma facetami(w czasowych odstępach) to dziwka, to obowiązujący od wieków pogląd, wzmacniany kulturowo i popkulturowo. Pomimo iż większość kobiet jest już dopuszczana do głosu podczas oficjalnych posiłków i spotkań rodzinno – towarzyskich, liczba dowcipów mających obrazować rzekomą głupotę i infantylność „płci pięknej” jest zatrważająca. Brak zaufania publicznego, najpewniej spowodowany właśnie takim poglądem, owocuje dominacją mężczyzn na stołkach rządowych, mających możliwości decyzyjne, a to z kolei utrudnia nieco legislacyjną walkę o wyrównywanie szans zawodowych i prawnych dla obydwu płci.
Od najmłodszych lat nasze głowy faszerowane są, często zakamuflowanych w formie żartu lub tradycji stereotypów.
Wierzę, że 8 marca to dobry dzień aby pomyśleć o zmianach, w mentalności po pierwsze..

niedziela, 1 marca 2009

Ferie dla pracujących cz. 2


Piątek – 27.02

Wczoraj, po odstawieniu kota do tymczasowej opiekunki – Sylwii (tylko dzięki GPS-owi w telefonie udało nam się bezbłędnie niemal, trafić na peryferie, gdzie mieści się jej przytulne mieszkanko),ruszyliśmy z Anią w drogę do Rabki, gdzie skorzystaliśmy z dobrodziejstw gabinetu masażu prowadzonego przez moją rodzicielkę, zjedliśmy wspaniałą szarlotkę w wegańskim puddingu waniliowym i po przespanej nocy, już osobno, dotarliśmy do Krakowa.
O godzinie 8 wieczorem przybył Maciek i mogliśmy udać się na salkę, by zwieźć wzmacniacz gitarowy, w między czasie Ania przygotowała wikt na długą podróż, która to czeka nas nazajutrz.

Sobota -28.02

Budzik zbezcześcił świętość naszego snu o godzinie 4 nad ranem. Po zaparzeniu pełnego termosu kawy i walce z pakowaniem samochodu, udało nam się wyruszyć w drogę. Dziewięcio godzinną podróż, w ciasnocie umililiśmy sobie m.in. filmem „Surfer, Dude”, idealnym, lekkim, w sam raz na ciężką eskapadę.Do Tczewa dotarliśmy przed czasem, mogliśmy zatem eksplorować tę malowniczą, lecz nieco wyludnioną mieścinę.Impreza rozpoczęła się dyskusją z autorami – Łukaszem Gołębiewskim, Przemkiem Guida, oraz Szymonem Wątorkiem – naszym basistą. Chłopaki mieli okazję przeczytać fragmenty swojej twórczości i opowiedzieć nieco, również o sobie. Koncert dla garstki zainteresowanych nie był może na poziomie naszych oczekiwań(w dużej mierze z naszej winy)
natomiast występ Maszyny i Motyle, w zupełności zrekompensował rozczarowaniet naszym setem. Noisowy walec, wzbogacony w niesamowity montaż filmowy, ukazujący schizę atomową w US w latach Zimnej Wojny, naprawdę zrył nam psychiki.
Noc spędzamy w pokoju, w którym na co dzień bawią się dzieci, ozdobionym malunkami kolorowych kwiatów i pełnym pluszowych misiów. Cool. Jutro wyruszamy na spotkanie z naszymi sopockimi ziomami.

Niedziela – 01.03

Poranek, przedwcześnie wywołany przez gderającą laskę – będącą nota bene jedną z organizatorów ubiegło dniowej imprezy, oznaczał mycie zębów w zimnej wodzie, szybką zawijkę do ciasnego samochodu i jazdę do Trójmiasta. Podczas pakowania, okazało się, że drzwi, zarówno do zaplecza pełnego sprzętu jak i wogóle budynku (na sali koncertowej zostały dwa laptopy i pieniądze) nie były zamknięte, tak więc myślę, że możemy mówić o szczęśliwym początku dnia, jako że nic nie zostało ze swojego miejsca uprowadzone. Zatrzymaliśmy się w Gdańsku, aby skosztować zachwalanego przez autochtonów
falafela, niestety knajpka była jeszcze nieczynna. Dotarliśmy do Sopotu, gdzie spotkaliśmy się z lokalnymi załogantami, skonsumowaliśmy obfite śniadanie/lunch i wybraliśmy się nad morze. Trochę piździło zimnym wiatrem, ale słoneczna pogoda gwarantowała przyjazną estetykę otoczenia. Po wypiciu kawy w lokalnej, przyjemnej kawiarence, część wycieczki wyruszyła w powrotną podróż do Krakowa, my natomiast, po odświeżeniu się w mieszkaniu dobrych ludzi, którzy przyjęli nas pod swój dach, wybraliśmy się na falafela i ponowny spacer po mieście.

Wtorek – 03.03

Wczorajszy dzień zaczął się na bogato, rajdem po saunach w sopockim Aqua Parku nad Bałtykiem, od hardkorowej nordyckiej, poprzez parowe aż do bio. Po wypoceniu litrów potu, udaliśmy się do Gdańska, gdzie spoczęliśmy przy najlepszym w Polsce (śmiałe stwierdzenie – wiem) sojowym latte z syropem pistacjowym w kawiarni o trafnej nazwie – Pikawa (polecam odwiedzić będąc w pobliżu Starówki). Po odzyskaniu sił witalnych,wybraliśmy się na zakupy,
następnie zjedliśmy najlepszego jak wieść niesie falafela jakiego można napotkać w okolicy. Fakt - był pyszny.
Najedzeni odwiedziliśmy mieszkającego w pobliżu zioma – Ola i jego dziewczynę, gdzie napiliśmy się kawy, mieliśmy okazję podziwiać bardzo sympatyczną fretkę – Zuzię, po czym ruszyliśmy w stronę mieszkania.
Wieczorem zmęczeni całodziennymi wojażami, zasnęliśmy w trakcie „Seven Pounds” - koniecznie musimy wrócić do tego filmu, zapowiadał się dobrze.
Dzisiaj eksplorujemy Gdynię, wieczorem mamy nadzieje na hang out z lokalną załogą a jutro z rańca ruszamy do Łodzi.

Środa – 04.03

Podróż „torowa” ma ten swój specyficzny klimat, uspakającego stukotu, cicho umykających krajobrazów. Podczas gdy Ania raczyła się błogim snem, ja czytałem zakupioną przedwczoraj książkę - „Jak Starbucks Uratował Mi Życie” Michaela Gates Gill-a oraz przesłuchiwałem płyty m.in. El Bandy i szwedzkiej załogi – Sista Sekunden.
Zgodnie z planem, zrzucimy bety w sklepie ziomków i udamy się na spacer
po Piotrkowskiej, coś przekąsimy, a wieczorem hang out z lokalsami. Jutro ok. południa wyruszamy w stronę domu – Ania do Nowego Targu, ja do Krakowa. Mimo wszystko przyjemnie będzie wziąć prysznic i ogolić się we własnej łazience, przebrać się w zupełnie świeże ciuchy i ostatnie dni urlopu wykorzystać na bardziej pasywną formę wypoczynku. Mam spory zapas filmów, które pragną być obejrzane.

Epilog

Nie wiem czy to ja staram się ją na siłę wskrzesić, czy też świecka tradycja punkowa, wzajemnego odwiedzania się i wspólnego hang out-u jednak nie umarła, ale ostatni tydzień, to dla mnie zdecydowana esencja hardcore punka. Pominąwszy koncert, słuchanie dobrej muzyki czy puszczenie codziennych obowiązków w niepamięć, sam fakt, że można pojechać na drugi koniec kraju, bez obawy, że nie będzie miało się gdzie spać czy co zjeść, plus – co chyba jeszcze piękniejsze – możliwość spędzenia kilku zajebistych chwil ze znajomymi, to jet to, co w tzw. naszej scenie jest najpiękniejsze.

środa, 25 lutego 2009

Ferie dla pracujących cz. 1

Piątek – 20.02
Ostatni dzień przed dwoma tygodniami wolności. Właściwie to już od godziny 18, gdy opuszczę mury mojego biurowca, jestem wolnym człowiekiem. Start raczej bez fajerwerków (Tofuburger i nudny film o wymownym tytule „Choke”), tak więc umownie ten dzień zyska status ostatniego dnia pracy miast pierwszego dnia urlopu.



Początek

Sobota – 21.02
Plan odespania tygodnia pracy wziął w łeb, gdy obudziłem się o godzinie 8 i targany wyrzutami sumienia, iż uciekają mi cenne minuty już rozpoczętego urlopu, zebrałem się, zabrałem posegregowane śmieci i wyszedłem na zakupy. Rzadko miewam spokojne, stacjonarne soboty, więc chill out przy śniadaniu, szklance soku pomarańczowego i filiżance kawy, wydał mi się niezwykle cenny. Dzisiaj wraca Ania, więc po kawalerskim tygodniu, w przeciągu którego obowiązki domowe ograniczałem do minimum, należało by ogarnąć włości, najlepiej przy płycie Black Flag puszczonej w tle. Pogoda dosyć przyjazna, tak więc mam dobrą okazję, by przed wyjazdem załatwić kilka spraw na mieście.
W poniedziałek wyruszamy, póki co wykorzystać stosunkowo łatwy dostęp do gór oraz zimową aurę.

Poniedziałek – 23.02
Wczoraj przeminęło pod znakiem lenistwa. Prócz wyprawy na lotnisko, nic nie wyciągnęło nas poza próg mieszkania. W drodze z lotniska, przeczytałem ciekawy artykuł o cudownym wpływie - na zdrowie - naturalnie, popołudniowych drzemek, co też postanowiłem wprowadzić w życie. Wiadomo – zdrowie ważna rzecz.
Rano z zupełnym luzem zebraliśmy się, zrzuciłem jeszcze kilka filmów na notebooka i ruszyliśmy autokarem w stronę Tatr. Podróż wykorzystałem na swoją dzienną dawkę nowo zaadaptowanego, cudownego leku, a po dotarciu na miejsce, wskoczyliśmy do samochodu i wybraliśmy się do pobliskich źródeł geotermalnych. Czad. Wokół biało, padający śnieg i skąpane w mroźnej otulinie góry, które obserwujemy wprost z parującej, gorącej kąpieli, okraszonej masażami wodnymi. Woda potrafi pobudzić potworny apetyt, a taki można zaspokoić dużą, wegańską pizzą z oliwkami z Da Grasso. Po obfitej kolacji, czas na uspołecznianie.
Spotkanie dawno nie widzianych znajomych i ploteczki z lokalnej sceny nad bezalkoholowym (w moim przypadku) piwie, były ciekawym akcentem tego dosyć produktywnego dnia.
Po powrocie do mieszkania, zasnąłem, nie – właściwie straciłem przytomność – literalnie, oglądając „Pretty In Pink”. Całe szczęście, że znam ten film niemal na pamięć.

Wtorek – 24.02
Około południa, udało nam się wyjechać do mojego rodzinnego domu, aby zgarnąć sprzęt i wyruszyć na stok. Korzystając z okazji (i ekspresu), wypiłem szybką kawę, spakowałem się i pojechaliśmy na miejscówkę. Na miejscu, okazało się, że poza małą grupką lokalnych muzykantów, którzy zresztą korzystali z wyciągu za free, jesteśmy jedynymi klientami (być może ze względu na usytuowanie tego malowniczego miejsca, kilka kilometrów w bok od głównej drogi Kraków – Zakopane). Śnieg był odrobinę mokry, początkowo nie czułem się też zbyt pewnie, niemniej jazda zarówno po wyratrakowanej trasie jak i w głębokim „puchu” (właściwie ze względu na temperaturę, ciężkim i mokrym śniegu), była na prawdę przyjemna.
Wieczorem umówiliśmy się Dawidem, moim wieloletnim przyjacielem, z którym to wspólnie wkraczaliśmy w klimaty Straight Edge i potem weganizmu, również wspólnie przetrwaliśmy, jako odmieńcy przez okres szkoły średniej. Tak więc w czwórkę, z dziewczynami zabraliśmy jedzenie z lokalnej knajpki chińskiej i pojechaliśmy na mieszkanie. Po sympatycznie spędzonym wieczorze, znowu szybko odpadłem – tym razem na Psychozie Hitchcocka.
Środa – 25.02
Dzisiejszy poranek przyniósł odrobinę niepewności, jako że grafik mamy napięty, ciężko było rozplanować dzień optymalnie.
Po śniadaniu spakowaliśmy deski i wyjechaliśmy na pobliską górkę, gdzie Ania pozostawiła mnie sam na sam z zaśnieżonymi polanami. Freeride okazał się być ciężką przeprawą, ponieważ deska grzęzła co kilka.kilkanaście metrów w mokrym, głębokim śniegu, sporo odcinków trzeba było pokonać pieszo, zapadając się w białej pokrywie co najmniej po kolana. Ostatni odcinek udało się pokonać już na desce i nawet z odrobiną emocji, był relatywnie stromy i pokryty gęstwiną drzew i krzaków. Na koniec zafundowałem sobie zjazd na tzw. „kreche” z zaparowanymi goglami (wypociłem w międzyczasie chyba z pół wiaderka wody) z krótkiego, aczkolwiek mocno nachylonego odcinka i na tym też postanowiłem jazdę zakończyć. W mieszkaniu szybka regeneracja pod prysznicem i zbieramy się – ja do Zakopanego, spotkać znajomego ze szkolnych lat, dziewczyny do Białego Dunajca, spotkać się z fryzjerem.
Spotkanie po latach zaowocowało wspominkami starych, relatywnie dobrych czasów, koncertów w Zako i starych znajomych, których ścieżki wytyczyły się w dosyć nieprzewidywalnych dla nas kiedyś kierunkach. Po ok. 2 h spędzonych w kawiarni, nadszedł czas by zebrać się do Krakowa, na jeden dzień póki co, jutro bowiem Ania ma rozmowę kwalifikacyjną, tak więc trzymam za nią kciuki..

sobota, 14 lutego 2009

Śniegu ton kilka



Czytając wstecz swojego własnego bloga, mógłbym pomyśleć, że moje życie toczy się od piątku do niedzieli, reszta tygodnia to jakaś czarna dziura, niewarta uwagi i kawałka powierzchni hostowej.

A przecież tak nie jest, również w przeciągu tygodnia uda mi się czasem obejrzeć dobry film, spotkać ciekawych ludzi, czy nawet wyskoczyć na mecz hokeja. Mógłbym nawet powiedzieć, że zaliczam się do wąskiej grupy szczęśliwców, którym praca zarobkowa daje względną satysfakcję. Niemniej weekend, to czas gdy mam chwilę by usiąść i coś napisać, a zwykle składa się tak, że mam ochotę pisać o możliwie aktualnych wydarzeniach lub przemyśleniach, co w gruncie rzeczy ma chyba jakiś

 sens.

Niemniej, znowu weekend, tym razem wybraliśmy się do Nowego Targu, z planem wyskoczenia na lokalny koncert, na którym gościć miał m.in. krakowski Tripis. Zakopane i Nowy Targ, to miasta w których często ongiś bywałem w związku z koncertami Hardcore Punk, tak więc perspektywa takiego lekko sentymentalnego wydarzenia powodowała lekki dreszczyk. Niemniej dobry plan,  raz na jakiś czas musi się sypnąć, tak więc podróż autobusowa z Krakowa do Nowego Targu, przez wzgląd na niesamowite korki i zaskakujące (nie tylko drogowców) warunki atmosferyczne, trwała ponad 3h, podczas gdy zazwyczaj zamyka się w 70min. Większość podróży drzemałem, słuchając Cro-Mags na zmianę z Integrity. Wycieczkę umilała nam grupa dzieciaków, nieco zniecierpliwiona jazdą oraz równie rozdrażniony kot, jadący na kolanach mojej dziewczyny. Grupa chłopców, ok 10-13 lat, okazała się być drużyną unihokeja, jadącą na zawody w Nowym Targu, prosto znad jeziora Śniardwy, od godziny 5:30 rano!!! Dodam, że na miejsce dotarliśmy po godzinie 8:20 wieczorem. Chłopakom życzę powodzenia w zawodach.

Godzina na którą dotarliśmy, zdyskwalifikowała plan pójścia na koncert, tym bardziej, że mieliśmy ze sobą ciężkie bagaże, kota, laptop i trochę ciuchów, dodatkowo byliśmy bez konkretnego posiłku, tak więc zabraliśmy samochód, kupiliśmy kilka paczek chipsów, upiekliśmy ziemniaczane kulki i zasnęliśmy oglądając Reign Over Me.

Sobotni poranek uczciliśmy odrobiną lenistwa (zasłużonego w moim przekonaniu), po czym sesją gimnastyczną z łopatą śniegową, aby odkopać samochód spod śniegowej kołdry.

Ponieważ postanowiłem odwiedzić rodziców w Rabce, wybrałem się tam komunikacją publiczną, co przypłaciłem przemarzniętymi kończynami i 3 godzinną podróżą  przesiadkami (podczas gdy w normalnych warunkach, te 20 km można pokonać w maksymalnie 30min).

Szczęście iż w domu mogłem liczyć na ciepłą zupę, gorącą kąpiel i playoff-owe mecze w ESPN.


"Oko za oko"


Na wstępie zaznaczyć muszę, że wiadomość o bestialskim zamordowaniu polskiego zakładnika, wstrząsnęła mną równie mocno jak resztą kraju. Wstrząsnęły mną również niekontrolowane emocje mające swe ujście w wypowiedziach kilku publicznych postaci, wyrażające chęć odwetu, w imię zasady "oko za oko"... Wstrząsające, jak nieodpowiedzialnie mogą zachować się ludzie związani bezpośrednio z polską obronnością oraz polityką - zewnętrzną i wewnętrzną. Pomysł mordowania ludzi odpowiedzialnych za bestialstwo dokonane na Polaku, biorąc pod uwagę jego ewentualne następstwa, w mojej opinii jest skrajnie nieodpowiedzialny. Rzesza islamskich bojowników oczekuje na zapalnik tego rodzaju, by móc rekrutować kolejnych "walczących". Poza tym już na wstępie, również armia polska, traktowana jest przez wielu Afgańczyków jako agresor, tak więc grupa odpowiedzialna za porwanie Polaka kierowała się być może podobnymi motywami jak nasi lokalni, spragnieni zemsty krzykacze, czy też Bush, jeden czy drugi, wysyłający wojska czy to do Afganistanu czy do Iraku. Przy czym cele Muzułman (tak jednoznacznie określiła grupę porywaczy międzynarodowa opinia publiczna) wydają się o wiele jaśniejsze niż cele choćby koalicji, która, inaczej niż Irakijczycy czy Afganowie w krajach koalicyjnych, jest oficjalnym okupantem w krajach arabskich - pragną wycofania wojsk ze swojego kraju i uwolnienia kamratów. Intuicja podpowiada, że to dosyć naturalne żądania w podobnych okolicznościach.

Jako obywatel, oczekiwał bym większej odpowiedzialności oraz rozsądku w polityce na bliskim wschodzie, a nie deklaracji rodem z filmów ze Schwarzennegerem.

wtorek, 10 lutego 2009

Pozytywny Weekend


Ostatni weekend miał być dla mnie okazją na wyjazd do Łodzi, spotkanie z dawno nie widzianymi znajomymi i zobaczenie Subhumans na żywo. Stety, niestety, dałem się namówić na dwudniowe próby z zespołem, co początkowo nie wydawało mi się aż tak dobrą alternatywą. Niemniej już piątek zwiastował, że moja decyzja zostanie sowicie wynagrodzona, gdy przy pomocy dobrego, lecz chorowitego ducha, udało mi się zakupić nowego MacBooka za całkiem przyzwoitą cenę. Sam weekend, pominąwszy radość jaką sobie sprawiłem nowym nabytkiem, przyniósł całkiem owocne manewry w salce prób (dwa nowe kawałki w stadium zaawansowanym) no i niesamowitą radość z przesłuchania wreszcie ukończonej, nowej płyty (no... prawie ukończonej). Słuchając tych naszych wypocin, wszyscy mieliśmy wypieki niczym dzieciaki na kolanach sympatycznego grubasa, wciskającego co roku swoje tłuste dupsko przez kominowy otwór. 
Nie udało mi się co prawda odpocząć, ale to były dwa dni warte wysiłku i zachodu.
Mam nadzieję, że nie będziemy jedynymi ludźmi którym ten materiał się podoba, niemniej nawet gdyby tak było, satysfakcja jaką chyba wszyscy odczuwamy, warta była czasu i wysiłku włożonego w tę nagrywkę.